niedziela, 6 grudnia 2020
Kryminał w obrazkach
wtorek, 24 listopada 2020
"Granatowi" i Żydzi
piątek, 6 listopada 2020
Poniemieckie, czyli do niczego - poniemieckie, a więc dobre
Rozdział "Liegnitz" to z jednej strony historia rodzinna autorki, z drugiej zaś to powojenne dzieje luksusowej części miasta zajętej po wojnie na kwaterę Armii Radzieckiej z siedzibą dowództwa wojsk sowieckich stacjonujących w Polsce. Był to teren zamknięty dla Polaków, ze swoim szpitalem, szkołami i całą infrastrukturą. Raz do roku jednak odbywały się dni przyjaźni polsko-radzieckiej, które faktycznie były dniami ostentacyjnej wzajemnej nieufności. Kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy wycofywano ich z Polski, zamieszkujący mieszkania i wille oficerowie, którzy i tak dopuścili do dewastacji swych siedzib, zabrali ze sobą resztki tego, co ocalało. Nawet kaloryfery i boazerie.
Zresztą sam widziałem w latach siedemdziesiątych wille zamieszkiwane przez sowieckich oficerów na wrocławskim osiedlu Poświętne, z pierzynami zamiast szyb w oknach i zapuszczoną zielenią wokół. Nietrudno więc wyobrazić sobie wnętrza.
niedziela, 11 października 2020
Niemcy i Polacy tuż po wojnie
Pierwsze lata po wojnie kojarzą się nam z filmami "Skarb", "Prawo i pięść", "Krzyż walecznych" "Sami swoi" czy z serialu "Dom". Czyli widzimy zburzone miasta, ciasnotę mieszkaniową, poszukiwania zaginionych i odnajdywanie się członków rodzin, a jeśli pokazywali się radzieccy żołnierze, to jako gotowi wyświadczyć przysługę za butelkę lub kankę bimbru. Jak się pojawił jakiś Niemiec to członek Wehrwolfu lub jakiś przestraszony urzędnik z biała flagą wypowiadający drżącymi ustami sakramentalne "Hitler kaputt".
środa, 23 września 2020
Historyk, któremu historia przyznała rację
Jednego z ostatnich dni mojej pracy w wolnej chwili od czytelników i innych bieżących prac uporządkowałem jeszcze książki w jednym z działów, za które odpowiadałem, czyli historię. Jako ostatnia w porządku tytułów stała autobiografia Richarda Pipes'a pt. Żyłem : wspomnienia niezależnego (Magnum, 2014). A że lubię autobiografie znanych postaci, więc pożyczyłem sobie.
Urodzony w 1923 r. w Cieszynie w zasymilowanej rodzinie żydowskiej, jako czteroletnie dziecko zamieszkał w Warszawie. Jego ojciec, kombatant I wojny oraz w wojnie polsko-rosyjskiej w 1920 r. w Legionach Piłsudskiego po zrobieniu interesu na stworzeniu fabryki wyrobów cukierniczych (dziś jako zakłady "Olza" produkuje znany specjał "Prince Polo") przeniósł się bowiem do na kilka miesięcy do Krakowa, a potem do Warszawy, gdzie ojciec od nowa musiał budować swoją pozycję. Gdy zaczęła się okupacja i wiadomo było, jaki los czeka Żydów, dzięki koneksjom ze sferami sanacyjnymi udało się im wydostać z Polski do Włoch. Też rządzonych przez antysemickich faszystów. Dzięki pomocy wspólników od interesów rodzina mogła zamieszkać przez kilka miesięcy w Rzymie, zaś koneksje z ówczesnym ambasadorem Polski, którym był druh z Legionów gen. Bolesław Wieniawa-Długoszowski pozwoliły wydostać się do Hiszpanii, a stamtąd do Stanów Zjednoczonych.
Ojciec widział w synu następcę swojej firmy, którą dość szybko rozkręcił w Nowym Świecie. Ten jednak na podstawie Who's who wyszukał ponad sto uczelni fundujących stypendia dla studentów. Z czterech odpowiedzi pozytywnych na podstawie mapy Stanów wybrał tę, która znajdowała się w mieście najbliższym centrum państwa - Muskingum w stanie Ohio. Tam nie raziła bieda siedemnastolatka (miał tylko dwa garnitury i cztery koszule, czyli chyba więcej niż ja, gdym zaczynał studia) i nie czuł się zagubiony wśród raptem 700 studentów. Budził za to zaciekawienie jako jedyny Europejczyk. Dziewczyna, z którą sympatyzował, stwierdziła, że dzięki niemu uwierzyła, że Europa to nie mit, tylko realny kontynent, bo z wyjątkiem rektora nikt tam nie był. Kiedy Niemcy napadły na Związek Radziecki Pipes został wcielony do armii i przygotowywany był do zrzutu na terytorium Ukrainy, więc przygotowanie polegało głównie na intensywnej nauce rosyjskiego na college'ach rozrzuconych po całych Stanach. Ale pozostał w swojej nowej ojczyźnie i potem znów był przygotowywany do wojny w Korei. I to ta służba, w ramach której poznawał też historię środkowo-wschodniej Europy, nie tylko w drodze zajęć, ale i lektur zdecydowały o przyszłej karierze jako historyka Rosji.
Cornell University w stanie Nowy Jork, gdzie m.in. Pipes jako żołnierz studiował język rosyjski, uznając także jego osiągnięcia w college'u Muskingum nadał mu w 1945 tytuł bakałarza, dzięki czemu mógł rozpocząć studia na sławnym uniwersytecie Harvarda w Cambridge nieopodal Bostonu. I z tą uczelnią związał się na stałe. Jako student, wykładowca, a wreszcie profesor tej uczelni zetknął się z najwybitniejszymi umysłami epoki.
Po uzyskaniu doktoratu, zgodnie z zasadami panującymi w Harvardzie otrzymał pięcioletni kontrakt jako docent. Osoby na tym kontrakcie po czterech latach podlegały ocenie i albo otrzymywały rekomendację na stanowisko profesora nadzwyczajnego (ale tylko jeśli zwalniało się takie stanowisko), gwarantujące stałe zatrudnienie, albo miały półtora roku na znalezienie pracy gdzie indziej. Pretendentów do rekomendacji było trzech, a zwalniało się tylko jedno miejsce, więc Pipes przyjął propozycję wykładów na jeden semestr na uniwersytecie Berkeley z opcją związania się na dłużej. Pensja (oraz hojne stypendium Guggenheima) pozwoliły mu na roczny pobyt w Europie, z główną kwaterą w wygodnym mieszkaniu w Paryżu, skąd odbywał podróże do innych krajów, w tym i do ZSRR, już wtedy pod rządami sekretarza generalnego KPZR Nikity Chruszczowa. Po powrocie do Harvardu dowiedział się, że otrzymał rekomendację na stanowisko profesora.
Poza bezterminowym zatrudnieniem oznaczało to wysokie pobory, prowadzenie dwóch cyklów wykładów (czego zresztą ściśle nie egzekwowano, a rok akademicki składał się z dwóch 12-tygodniowych semestrów), prawo do bezpłatnego rocznego urlopu co cztery lata i płatnego półrocznego urlopu co siedem lat. Pipes pisze, że w ciągu roku miał 120 godzin wykładów w cyklu trzyletnim, po czym wyjeżdżał na rok do Europy. Pensja profesora wystarczała na podróże wraz z żoną, z którą ożenił się w wieku 22 lat (tak jak ja!). W części były to wyjazdy turystyczne, ale dużo czasu przeznaczał na pobyty w bibliotekach i archiwach oraz na pisanie. Rosyjskie archiwa były dla niego zamknięte.
Jednym z największych jego naukowych osiągnięć była dwutomowa monografia poświęcona Piotrowi Struvemu (1870-1944), który najpierw zafascynowany marksizmem, był współzałożycielem Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej Rosji i autorem jej manifestu, stał się jego krytykiem i po definitywnym rozbiciu armii Denikina wyemigrował do Paryża.
Był też historykiem Rosji. Plonem tych zainteresowań była książka Russia under the Old Regime (1974), wydana kilkanaście lat później w Polsce jako Rosja carów. Później autor pociągnął dzieje Rosji do początków XX wieku, pisząc monumentalne dzieło (ok. 1500 stron!) pt. Russia under Bolshevik Regime (1994), w którym za daty graniczne uznał lata 1895 i 1928 a w której zarysował nie tylko tło polityczne, ale i społeczne. Książka przyniosła autorowi sukces, ale wzbudziła też kontrowersje, wśród historyków, a także i historyków idei, gdyż autor nie krył swojej antypatii dla komunistów, a poza tym m.in. wykazał, że uznane niemal za pewnik twierdzenie iż Lenin był tym dobrym rewolucjonistą, a Stalin złym, jest mitem. Lenin był co najmniej takim samym okrutnikiem i nawet oddawszy władzę następcy zarzucał mu zbędną łagodność w zwalczaniu przeciwników i wątpiących.
Sukces ten sprawił, że posypały się zamówienia na wykłady w całym świecie oraz na następne książki o Rosji. Dzięki temu - i pracowitości autora - ukazały się książki o komunizmie, Leninie, Stalinie oraz stypendia na prace naukowe. Dzięki temu mógł przygotować do druku ok. tysiąca listów i notatek Lenina, do których, spoczywających w archiwum PZPR, wreszcie w poradzieckiej Rosji uzyskał dostęp.
Publikacje Pipes'a wskazują, że był historykiem konserwatywnym zarówno gdy idzie o interpretację opisywanych przezeń zdarzeń, jak i w metodzie badawczej, polegającej na możliwie jasnej narracji o zdarzeniach, procesach, zjawiskach i ludziach przy jednoczesnym odżegnywaniu się od wywodzącej się z Heglowskiej teorii dziejów, teorii o konieczności następujących zdarzeń, z pominięciem wpływu konkretnych ludzi i zachodzeniu faktów niejako przypadkowych.
Głęboka znajomość historii Rosji została zauważona przez polityków, którzy już od lat siedemdziesiątych korzystali z jego rad i sugestii, a w 1980 r. stał się jednym z doradców prezydenta Ronalda Reagana. Z jednej strony pozycja społeczna, bezpośredni dostęp do ucha prezydenta, co prawda nieczęsty, mu schlebiała, z drugiej strony jednak krępowało go miejsce w hierarchii, na skutek czego inni decydowali o jego podróżach, udziale w konferencjach i naradach oraz integralności przygotowywanych przezeń opracowań. Po dwóch latach zdecydował się więc odejść, żegnany z honorami przez prezydenta, który uszanował jego sugestię dotyczącą obsadzenia opuszczanego stanowiska.
Jako doradca zdecydowanie różnił się od rządowych sowietolo- i kremlinologów. Jako zdeklarowany antykomunista, który utwierdził się w swoim stanowisku będąc kilkakrotnie w Związku Radzieckim, był zwolennikiem wymuszania na tzw. Kraju Rad trudnych dlań zachowań, tak, żeby to państwo Breżniewa musiało szukać sposobu reakcji na działania rządu Stanów, a nie żeby jak dotychczas, to rząd w Waszyngtonie reagował na działania Sowietów. Był przekonany, że trzeba raptem kilku, najwyżej kilkunastu lat, żeby ZSRR nie poradził sobie ani z konkurencją militarną, ani gospodarczą i upadł.
Historia potwierdziła, że miał rację.
Pipes przeszedł na emeryturę w wieku 73 lat. Stał się bowiem beneficjentem zmian w systemie emerytalnym Stanów Zjednoczonych. W 1983 r. Kongres USA zniósł bowiem obowiązek przechodzenia na emeryturę po osiągnięciu pewnej granicy wieku, po przekroczeniu której mógł już przejść. Co warte podkreślenia, tzw. vacatio legis dla tej ustawy wynosiło 10 lat! A nie jeden dzień, jak ostatnio w Polsce.
Był nakłaniany do pracy na pół etatu, ale pewien znajomy powiedział mu na podstawie własnego doświadczenia, że pracy ma się nadał dużo, tylko pensję o połowę mniejszą. Przejście miał łagodne, gdyż jakby skorzystał z przysługującego mu co cztery lata bezpłatnego urlopu, który tym razem już był płatny.
Warte lektury są uwagi autora na temat starzenia się i starości. Sam zorientował się, że jest człowiekiem z innej epoki, gdy zauważył, że wśród wchodzących i znajdujących się w pewnej galerii tylko on jeden był w garniturze i krawacie. Po tym pierwszym roku, więc jakby tym urlopie, uświadomił sobie, że wobec braku obowiązków musi sobie narzucić dyscyplinę czasową. Więc do południa pisał, bo wciąż otrzymywał zamówienia na książki i artykuły, a popołudnia spędzał w bibliotece. Chyba że wypadał udział w jakichś konferencjach czy seminariach. Ja na razie tylko przedpołudniami piszę na podstawie zebranych materiałów i tego com zapamiętał, a do bibliotek zacznę chodzić, gdy szerzej otworzą swe podwoje czytelnie naukowe.
Nie przypuszczałem, że książka wzięta do czytania w pewnym sensie przypadkowo, okaże się tak intrygująca!
PS.
W Bibliotece Dolnośląskiej Szkoły Wyższej, której księgozbiór kształtowałem przez 22 lata znajduje się kilka książek tego autora
niedziela, 6 września 2020
Emerytura, czyli czas pisania i czytania
Postanowiłem codziennie dwie godziny pisać (umowa na książkę podpisana) i minimum tyle samo czytać na potrzeby pisania. Na razie się udaje i zapisanych stronic (w Word-zie) przybywa. Pisze też, wolniej, autobiografię, z myślą o dzieciach i wnukach. Choćby pomny na to, że o wiele rzeczy moich rodziców, zwłaszcza taty, który był na dwóch wojnach, nie wypytałem. Moja biografia wolna jest dramatycznych przeżyć, bo na szczęście urodziłem się w czasach pokoju, ale parę zakrętów trzeba było przeżyć i pokonać. Na razie opisałem czasy dziecięce, zanim poszedłem do szkoły. Bywam zachęcany do napisania czegoś w rodzaju autobiografii zawodowej z wątkami osobistymi. Jeśli ktoś złoży konkretną propozycję, to kto wie...
Chodzę na spacery, dla zdrowia, relaksu i dla zdrowia zahaczam do jednej lub drugiej pizzerii na lampkę wina. Mobilizuje mnie też licznik kroków w smartfonie. Średniej z czasu pracy już nie osiągnę (bo chadzałem na ogół pieszo), ale staram się nie zejść poniżej pięciu tysięcy.
poniedziałek, 31 sierpnia 2020
O awansie edukacyjnym dziecka wiejskiego w PRL-u. Na przykładzie własnym
Jak już kiedyś napisałem, byłem dobrym uczniem, uchodzącym za chyba najlepszego w podstawówce. Ale kiedy zbliżał się koniec nauki złożyłem podanie o przyjęcie do zasadniczej szkoły samochodowej w Legnicy. Skończył ją rok wcześniej starszy kolega i już zarabiał w stacji paliw. Perspektywa pracy w mieście i zarabiania była kusząca zarówno dla mnie, jak i dla rodziców. Co prawda nie lubiłem majsterkować i nie marzył mi się nawet motocykl, ale liczyłem na to, że szkoła rozbudzi moje zainteresowanie motoryzacją.
Podanie musiało jednak być zaakceptowane przez kierownika szkoły wraz z opinią sporządzoną przez wychowawcę klasowego. Pani Wanda (wtedy Turek) tylko się zdziwiła, upewniła się, że obstaję przy swoich zamiarach. Ale kierowniczka szkoły, nieoceniona i niezapomniana pani Maria Misztalowa, wezwała mnie do gabinetu i ochrzaniła, nazywając głupim (jak ona pięknie wypowiadała "ł" przedniojęzykowe!) i po południu wybrała się do rodziców (mieszkaliśmy przez drogę i wysoką siatkę ogradzającą jej i jej męża gospodarstwo). Rodzice najpierw dość niepewnie, że jak się syn chce kształcić na mechanika, to niech się kształci, będzie miał lżejszą pracę niż w gospodarstwie, oddawać obowiązkowe dostawy zboża i żywca. Ale pani Misztalowa nie ustąpiła: wasz syn jest zdolny i musi iść do ogólniaka, tak jak nasz syn, który już jest inżynierem i ma wysokie stanowisko we Wrocławiu i córka, która właśnie zdaje maturę. Przekonywania pewnie były dłuższe, ale zakończone zgodą rodziców.
niedziela, 23 sierpnia 2020
Didier Eribon o długiej i krętej drodze z rodziny robotniczej do profesury
Urodzony w rodzinie zamieszkującej w mieszkaniu socjalnym w robotniczej dzielnicy, a właściwie przedmieściu Paryża, już jako profesor uniwersytetu odwiedza samotną matkę (ojciec cierpiący na zaawansowana chorobę Alzheimera, przebywał w ośrodku dla chorych terminalnie) i w końcu dowiaduje się o jego śmierci. Nie cierpieli się nawzajem, gdyż ojciec nie zaakceptował jego homoseksualizmu. Zdecydował, że nie pojedzie na pogrzeb, także dlatego, że nie chciał po 30 latach niewidzenia spotkać się braćmi, którzy szybko skończyli szkolną edukację, zostali robotnikami i wyborcami Frontu Narodowego Le Pena. On zaś wybrał dalszą edukacje w liceum, gdzie czuł się pariasem, gdyż jego koledzy (szkoła była męska) pochodzili z rodzin dobrze sytuowanych, w których kładziono duży nacisk na edukację, pozwalającą na uzyskanie liczącej się pozycji społecznej. Ale dobre wyniki w nauce pozwoliły ma na zdobywanie uznania wśród uczniów i nauczycieli.
wtorek, 18 sierpnia 2020
Na deptakach w Ciechocinku
Ale równie ludna była uliczka wiodąca do tężni, z licznymi knajpkami, i tętniąca życiem właściwie od przedpołudnia do zmierzchu.
W każdym razie tydzień przebiegł szybko. Już parę minut po 8.00 schodziliśmy na śniadanie, bo o 9.00 czekały nas zabiegi, potem po 10.00 szliśmy dokończyć śniadanie, czyli na kawę i jakieś ciasto, a potem już wolny cały dzień z przerwami na obiad i kolację. Było upalnie, więc jedliśmy zwykle w przyległym ogrodzie.
niedziela, 2 sierpnia 2020
Złote gody i sprawy biblioteczne
Impreza okolicznościowa nie była wielka: obiad w gronie rodzinnym w dobrej restauracji nad Odrą, posadzeni w bezpiecznych odległościach, wysłuchaliśmy życzeń, odebrali upominki, wysłuchali toastu i zabrali do pysznych dań.
Od ślubu czas biegł jak zwariowany. Najpierw na sublokatorkach, potem przez rok w akademiku męskim z niezamykającymi się drzwiami do łazienki i ubikacji (stałem na czatach), potem w czymś nazywanym hotelem asystenckim, a od 46 lat w tym samym mieszkaniu, z którego zdążyły wyfrunąć dzieci, ale na szczęście niedaleko, bo wszyscy mieszkamy we Wrocławiu.
A potem znów praca - w domu, albo na miejscu. W lipcu liczba czytelników była niewielka, odwiedzin niewiele, tym bardziej, że czytelnia niedostępna. Ale pracy nie brak. Te kilka godzin w bibliotece mija jak z bicza strzelił. Po uporządkowaniu i przesygnowaniu piśmiennictwa prawniczego, a także przeznaczeniu do ubytkowania literatury przestarzałej, trzeba uporządkować i nieco rozrzedzić księgozbiór z zakresu nauk o bezpieczeństwie. No i zabrałem się do wprowadzania do inwentarza i katalogu nabytków. Wyłącznie z darów i w porywach z rekompensat za zwłokę w zwrocie. W porywach, gdyż na czas pandemii na kilka miesięcy wstrzymaliśmy bieg terminu zwrotu. Więc czasem coś wpada za zaległe przewinienia.
Zajmując się w drodze pracy zdalnej doklejaniem okładek do posiadanych książek (robię to na podstawie ofert wydawców, skąd pochodzi najwięcej publikacji) widzę jak wiele wartościowych, a czasem wręcz pomnikowych publikacji z roku zeszłego i bieżącego nie trafia do biblioteki, która tym sposobem traci swą jakość i atrakcyjność. Dostęp do tekstów elektronicznych tylko częściowo łagodzi ten stan rzeczy.
To mi przypomina strategię kierownictw polskich telewizji, stosowaną od ponad dwudziestu lat. Jak się jakiś dziennikarz czy inny twórca zanadto wybija nie niepodległość, zmienia się godzinę emisji jego programów na późniejszą lub emituje w czasie ruchomym, co powoduje spadek oglądalności, a potem pod tym pretekstem ogłasza się, że "formuła się wyczerpała", program znika z anteny i dziennikarz lub filmowiec musi szukać sobie nowego zajęcia. Zniknięcie biblioteki nam nie grozi, bo trzeba by zamknąć uczelnię, ale jej znaczenie maleje.
Skończyłem tymczasem lekturę dwóch książek: powieści francuskiego pisarza Gillesa Roziera Z kraju bez miłości (Wydawnictwo Literackie, 2011) oraz Z mojego młyna Kazimierza Kutza (Znak, 2009). Narrator pierwszej szuka śladów swojej babki Anny Janowskiej. Trafia do bogatej arystokratki, córki warszawskiego żydowskiego fotografa, która przed wojna wyszła za mąż za włoskiego ambasadora, w którego rzymskim pałacu zgromadziła bogatą bibliotekę judaistyczną i już jako wdowa dożywa żywota. Niewiele dowiaduje się o babce, za to w dzięki rozmowom z Sulamitą i listom od niej poznaje świat pisarzy tworzących w jidysz i przez to właściwie w polskiej publiczności nieznanych. A wraz z nimi poznaje je czytelnik powieści i może zachwycić się artyzmem poezji, oczywiście w polskim przekładzie. I na tym głównie polega wartość tej powieści.
Książka Kutza to wybór jego felietonów pisanych do prasy filmowej w latach 1990-97. Najpierw pisze o sprawach kina polskiego w nowych warunkach, dość złośliwie traktuje tych wielkich, ale nie odmawia im zasług i artyzmu, pisze o filmowcach zmuszonych do opuszczenia Polski po 1968 r., a drugą połowę tej niewielkiej książeczki wypełniają utyskiwania na stan polskiego kina, które właściwie nie korzysta z tego, że nie ogranicza go cenzura. I nie widzi dla niego perspektyw zmiany na lepsze. Wiemy dziś, że się mylił.
Czytałem te ostatnie kilkadziesiąt strat z pewną przykrością, bo był to wyraz tęsknoty starszego pana za niegdysiejszymi śniegami.
Natomiast zwłaszcza pierwszych ok. sto stron to istna erupcja talentu pisarskiego Kutza. Felietony skrzą się od oryginalnych metafor, humoru, acz bez dowcipów, których był niezrównanym opowiadaczem oraz efektownych puent, z których zebrałaby się stroniczka błyskotliwych aforyzmów.
Przynajmniej kilka tych felietonów zasługuje na to, żeby znaleźć się w antologii polskich felietonów, o której pisałem kilka miesięcy temu
czwartek, 23 lipca 2020
Panegiryk
czwartek, 9 lipca 2020
Biblioteki i lektury
Wiele o wpływie obostrzeń związanych z pandemią w czerwcowym numerze "Bibliotekarza". Kilka relacji o tym, jak biblioteki starają się utrzymać więź z czytelnikami. Prof. Jacek Wojciechowski zaś martwi się, chyba słusznie, że czytelnicy odwrócą się od bibliotek i nie znajdą one wsparcia, ani u władz państwowych, ani samorządowych. Daleko nie sięgając nasza biblioteka przez cztery miesiące nie kupiła żadnej książki. Skoro nikt nie przychodził, żeby do jakiejś nowości sięgnąć... Ale jak przyjdzie zwiedziony przyzwyczajeniem, że biblioteka od 23 lat obfitowała w nowości, rozczaruje się.
Najbardziej poruszył mnie jednak w tym numerze artykuł Henryka Hollendra, który nie godzi się na to, co się stało i staje nadal ze studiami kształcącymi przyszłych bibliotekarzy. Tworzący programy tylko powierzchownie reagują na zmiany w bibliotekarstwie i działalności informacyjnej. W rezultacie uniwersytety opuszczają ludzie bez ukształtowanej jakiejkolwiek tożsamości zawodowej i przygotowania.
Nie żebym tęsknił za niegdysiejszymi śniegami, ale w ciągu czterech lat studiów miałem w sumie 3,5 miesiąca praktyk bibliotecznych, 3 wycieczki objazdowe po bibliotekach w różnych regionach Polski (Wielkopolska, Trójmiasto, Łódź i Warszawa) i w efekcie uzyskałem wyobrażenie o przyszłej pracy oraz ukształtowane umiejętności w zakresie podstawowych czynności bibliotecznych. Zyskałem też podstawy metodologiczne i teoretyczne do własnej twórczości zawodowej.
Henryk pisze też o obecnej kondycji zawodowej bibliotekarzy akademickich i koniecznego zróżnicowania wymaganych kompetencji i co za tym idzie statusów. Podoba mi się idea oddolnego stowarzyszenia się bibliotekarzy akademickich (i nie idzie mu o miejsce pracy, tylko o poziom kompetencji), jako organizacji w pewnym sensie elitarnej.
Sam sondowałem taką ideę trzydzieści lat temu. Miałoby to być stowarzyszenie bibliotekarzy dyplomowanych, czyli raptem 200 czy 300. Podobała się, ale perswadowano mi podjęcie konkretnych kroków, bo wyglądałoby to tak, że skoro już przestałem być prezesem SBP, to tworzę sobie nowe stowarzyszenie, żeby nadal prezesować.
niedziela, 14 czerwca 2020
Książki inicjacyjne
Zastanowiłem się i postanowiłem o tym napisać nieco szerzej. Otóż niewątpliwie jest nią niewielka książka Konrada Żelisławskiego z 1950 roku Bohaterowie i męczennicy nauki. Jak się później okazało faktycznym autorem był początkujący wówczas wybitny historyk filozofii, specjalizujący się we włoskiej filozofii Renesansu Andrzej Nowicki, mój - znakomity - wykładowca.
Tymi bohaterami byli w większości włoscy myśliciele, podzielający teorię Kopernikańską, sam Kopernik oraz m.in. spalony na stosie pod koniec XVII w. Kazimierz Łyszczyński, autor rozprawy De non existentia Dei. Wielu z nich przypłaciło swoje poglądy życiem, inni w ostateczności się ich wyparli, ale ich bohaterstwo polega na pionierstwie w nauce. Tę książkę, z nierozciętymi jeszcze kartami podsunęła mi w desperacji pani bibliotekarka w bibliotece gminnej, gdym już przeczytał wszystko, co jej zdaniem dwunastolatek powinien i może przeczytać. Z dumą przecinałem te kartki ze świadomością, że nikt w gminie jej jeszcze nie czytał.
Jej lektura była dla mnie odkryciem, bo uświadomiła mi, że moje dziecięce przeczucia, trochę sygnalizowane przez - wierzącego, choć wątpiącego - tatę, że religia to sposób na wyciąganie pieniędzy od ludzi w zamian za obietnicę dostatniego życia po śmierci, a Boga nikt nie widział i chyba nie zobaczy. Bo szczerze wątpił w prawdziwość licznych ponad pół wieku temu objawień. I oto okazało się bowiem, że mądrzy ludzie też wątpili w istnienie Boga lub wręcz je kwestionowali. Potem szukałem jeszcze innych książek na podobny temat i zacząłem stawać się ateistą. Owszem, chodziłem nadal do kościoła, bo mama kazała (tata nie chodził, modlił się w domu), ale już tylko z przymusu.
czwartek, 11 czerwca 2020
Biblioteki w pandemii
Koleżanka, która regularnie odbiera telefony, twierdzi, że codziennie ma ze 20 rozmów z chętnymi do skorzystania. I zbiera wyrazy rozżalenia.
Tymczasem zgodnie z ustaleniami ktoś z nas w pojedynkę jest w bibliotece i wykonuje prace, jakich wciąż nie brak. Przede wszystkim opróżniamy trezor, w którym, o dziwo, wpada ostatnio więcej książek, niż dwa tygodnie lub tydzień temu. A pożyczać przestaliśmy jakoś w połowie marca. Chyba po prostu studenci kończą sesję egzaminacyjną. Wpadają też sporadycznie dary od naszych autorów.
Rozkładamy też na regały książki, które po zwrocie przeszły już minimum trzydniową "kwarantannę".
Każdy z naszej, okrojonej w ciągu minionego roku załogi wziął na siebie rolę "kustosza" części księgozbioru. Głównie dba o właściwy porządek, typuje książki (lub czasopisma) do naprawy lub ubytkowania itp. Mnie przypadł m.in. dział "Prawo". Dokąd mieliśmy tej literatury niewiele, mieliśmy wszystko w jednym dziale. Ale w ostatnich latach księgozbiór prawniczy się rozbudował i nowe nabytki otrzymywały już sygnatury odpowiednie dla prawa międzynarodowego, konstytucyjnego, karnego itd. Więc jest okazja, żeby wszystkie książki prawnicze stały we właściwych działach, a nie np. część książek z prawa karnego stała w prawie ogólnym, a część w karnym. A że literatura prawnicza relatywnie szybko ulega dezaktualizacji, więc przy okazji typuję książki do ubytkowania. Kiedy z tą pracą się uporam, konieczne będzie przestawienie zbiorów na regałach, bo w dziale"Prawo" ubędzie w sumie ok. 80 % książek, a przybędzie po 10 do 20 % w innych działach.
piątek, 29 maja 2020
Zmarł Jerzy Pilch
Od dawna czytywałem jego znakomite felietony, najpierw w "Tygodniku Powszechnym", a potem w "Polityce". Ciekaw byłem jego ocen zdarzeń w sferze obyczajów, kultury i polityki i rad byłem, gdy pokrywały się z moimi. Ale przychodziło mi czasem pod wpływem lektury felietonów spojrzeć na rzeczywistość zmieniać własną perspektywę. Przyznać trzeba, że gdy mu się coś nie podobało, w krytyce bywał bezwzględny i nie szczędził na swoim talencie ironisty.
Skoro o zmarłym mowa, to jeszcze chciałbym wspomnieć o zmarłej ponad rok temu, w kwietniu 2019 r. Janinie Żyromskiej. Podobnie jak ja była jedną z pierwszych zatrudnionych w Dolnośląskiej Szkole Wyższej (wtedy jeszcze) Edukacji. Zajmowała się problematyką dysleksji. Oprócz zajęć dla studentów prowadziła mający duże wzięcie u rodziców i nauczycieli z całego Dolnego Śląska, Gabinet terapii pedagogicznej z myślą głównie o dzieciach z dysleksją i innymi "dys" (-grafią, -kalkulią itd.). Regularnie bywała w bibliotece, w nadziei na nowe publikacje poświęcone tym zagadnieniom. Zawsze elegancka, proszająca się z gracją i pełna kurtuazji w relacjach z innymi. Za jej sprawą zgromadziliśmy ich w bibliotece wiele i do dziś cieszą się one dużym zainteresowaniem. Dzieje się tak dlatego, że to co ponad dwadzieścia lat temu dopiero przebijało się do świadomości społecznej i traktowane było z rezerwą, dziś już powszechnie uważane jest za dysfunkcję nie tylko u dzieci, ale i u osób dorosłych. Przez tych ostatnich bywa zresztą nadużywana, jako usprawiedliwienie niedbałości w pisaniu.
Janeczkę, bo szybko przeszliśmy na "ty", gniewała ta rezerwa wobec dysleksji u dzieci, szczególnie u nauczycieli, dla większości których był to zwykły brak staranności ze strony uczniów.
Nie wiem, kiedy definitywnie przestała pracować na uczelni. Spotkałem ją jeszcze kilka razy w sklepie, w którym i ja robiłem zakupy, Kłanialiśmy się sobie nawzajem, wymieniali zdawkowo kilka zdań, zapraszałem do odwiedzin w bibliotece, ale widać się nie złożyło. Choć jeśli robiła zakupy akurat w tym sklepie oznaczało, że nie miała daleko.
Dowiedziałem się o Niej nieco więcej z nadesłanego do biblioteki za sprawą Jej męża p. Cezarego Żyromskiego, kiedyś aktywnego dziennikarza czytywanego przeze mnie regularnie "Słowa Polskiego", kolejnego numeru "Głosu Buczaczan".
Przeczytałem cały numer, ponad 100 stron. Po trosze z ciekawości, a po trosze z sentymentu. Wzrastałem bowiem we wsi, której większość mieszkańców stanowili ludzie przesiedleni z dużej wsi Barysz w powiecie buczackim. Mówili oni trochę bardziej poprawną polszczyzną, mniej nasyconą słownictwem ukraińskim, niż np. mój ojciec. Który jak się starał, to mówił (i pisał) ładnie po polsku, ale na co dzień wtrącał wiele słów ukraińskich. Mnie podobało się zwłaszcza gdy chciał komuś dać do zrozumienia, że jest głupi. Mówi wtedy "tebe durnyj pip chrystył" (ciebie chrzcił głupi pop). Czasem i sam bywałem adresatem tego określenia.
poniedziałek, 11 maja 2020
"Zostań w domu" i co dalej?
My sami też będziemy pracowali "z ostrożna". Na razie codziennie jedna osoba, zgodnie z harmonogramem, będzie w bibliotece wykonywać różne prace przygotowawcze do otwarcia. A gdy otworzymy, bibliotekę dla czytelników, będziemy przychodzili po dwoje: jedna osoba w wypożyczalni, a druga na zapleczu. A pozostali będą pracowali zdalnie. Aż do ogłoszenia o zniesieniu wszelkich ograniczeń. Choć przypuszczam, że i wtedy już nie będzie tak, jak do lutego. Osobiście boleję nad tym, że długo jeszcze nie będzie mowy o wzbogacaniu biblioteki w nowości. Bez których biblioteka traci swą wartość jako warsztat badań naukowych. Dostęp do baz danych i do IBUK-a nie załatwia problemu. Nie mówiąc już o tym, że to kolejny krok, po pseudo-reformie Gowina, do upadku polskich oficyn naukowych. Które jeśli nie będą sprzedawały książek, będą zamykane. Niby nie nasz problem, ale jak każdy tak powie, to będzie to problem całej polskiej nauki. A więc i nasz.
piątek, 17 kwietnia 2020
Kwarantanna w wersji light
Korzystam też z nowej możliwości, jaką daje najnowsza wersja systemu PROLIB i dodaję podobizny okładek do rekordów posiadanych książek. Zastanawiając się nad strategią tej pracy, bo początkowo były to okładki tych prac, które zabrałem do domu. A że nie wszystkie znalazłem w Sieci, więc po prostu sam z robiłem zdjęcia smartfonem. I uznałem, że będę "leciał" wydawnictwami. Na początek wziąłem młodą prężną gdańską oficynę "Katedra" i z jej strony internetowej kopiuję do końca okładki publikacji z poszczególnych dziedzin. I zackniło mi się za dobrymi laty, kiedy nabyliśmy niemal wszystko, co wydała ona z zakresu interesujących nas dyscyplin. A teraz wziąłem się za "Impuls". Efekt tej pracy powinien będzie widoczny w "integrze", gdy tych okładek będzie dostatecznie dużo, żeby pokazać to naszym czytelnikom.
Pod koniec dnia wszyscy informujemy się nawzajem o wykonanych pracach.
Na bieżąco zaś młodsze koleżanki starają się zapewnić jak najszerszy dostęp do baz tekstowych dostępnych elektronicznie. Na szczęście różne platformy na ten trudny czas udostępniły szerzej swoje zasoby.
Jest nadzieja, że za kilka tygodni biblioteki, w tym także nasza, staną się znów otwarte, choć konieczne będą jakieś środki ostrożności w relacjach bibliotekarze - czytelnicy.
niedziela, 5 kwietnia 2020
Mistrzowie polskiego felietonu
W czasach studenckich doszły do tego zestawu m.in. "Tygodnik Powszechny" oraz miesięczniki "Twórczość", "Dialog" i "Odra" z felietonami m.in. Kisiela, Iwaszkiewicza, Konstantego Puzyny, a nawet Stanisława Lema.
Wspominam o tym dlatego, żeby wyjaśnić fenomen felietonu. Wziął się on niemal u początków prasy. W periodykach zdarzało się, że po złamaniu numeru zostawało trochę wolnego miejsca, za mało na artykuł, a za dużo na drobne notki o bieżących zdarzeniach. Zapełniano je więc przez dodawanie dowcipów, przytyków pod adresem konkurencji, krzyżówkami i zagadkami oraz wolnymi, najczęściej niepozbawionymi dowcipu dywagacjami kogoś z redakcji. A że miały one na ogół lekką formę, często odnosiły się do aktualnych zdarzeń lub tematów dyskusji i mieściły się niejako poza głównymi kartami pisma, nazwano je "kartkami" (feuilleton). Zresztą wielu felietonistów tytułowało swoją rubrykę kartkami (z kalendarza, z mojego kalendarza itd.). Dość szybko niektórzy z felietonistów nabrali w tej sztuce takiej biegłości, że wielu czytelników kupowało pisma jeśli nie z nadziei na kolejny felieton, to z pewnością od nich zaczynało lekturę całych numerów. Jak i ja.
Lubiłem zresztą i te najmniejsze "karteczki", czyli dowcipy, lapsusy dziennikarskie, tak obficie cytowane na ostatniej stronie "Przekroju" oraz "Dookoła świata", gdzie publikowano także smakowitsze fragmenty pism urzędowych. Do dziś pamiętam wniosek do lokalnej rady narodowej o zapomogę z powodu pogrzebu, gdyż "za zasiłek pogrzebowy nie da się zrobić żadnych hopsztosów".
piątek, 20 marca 2020
Pandemia... i co potem
Przypomina to w pewnym senie bibliotekarzy wykonujących swe obowiązki w trybie telepracy.
Mimo że zapewniamy czytelnikom dostęp do IBuka, widzimy po że choć popularne lektury są tą drogą dostępne, czytelnicy najchętniej pożyczają książki tradycyjne, których parę lat temu kupiliśmy w licznych egzemplarzach. Wróżby o rychłym zmierzchu książek drukowanych i w ogóle o społeczeństwie bezpapierowym, okazały się jednak przedwczesne. Na własnej skórze i z relacji znajomych przekonałem się, że fascynacja e-readerami szybko przeminęła. Nie ma to jak tradycyjna książka!
niedziela, 15 marca 2020
Historia dwóch żywotów, równoległa
Tytuł niniejszego wpisu nawiązuje do autobiograficznej książki wielkiego polskiego uczonego, twórcy ważnej wrocławskiej placówki naukowej pn. Instytut Immunologii i Terapii Doświadczalnej, Ludwika Hirszfelda (1884-1954), zatytułowanej Historia jednego życia. Pisana była już w czasie wojny, gdyż autorowi chodziło m.in. o opisanie przeżyć z warszawskiego getta. Z nim i jego żoną Hanną okupanci obeszli się dość łagodnie, gdyż znane był ich osiągnięcia naukowe i zasługi wojenne, ale byli świadkami niewyobrażalnych wprost okropności.
niedziela, 8 marca 2020
Listy, listy i po listach
niedziela, 16 lutego 2020
Czasopisma, które czytaliśmy w PRL-owskiej szkole
Kiedy poszedłem do szkoły, po pierwszych kilku miesiącach, zacząłem co tydzień otrzymywać nowy numer "Świerszczyka". Jak się okazało, kierowniczka szkoły, niezapomniana pani Maria Misztalowa, prawdziwa humanistka i autorytet lokalny poleciła rodzicom uczniów rozpoczynających szkolną edukację Czasopismo było kolorowe, z pięknymi ilustracjami, zaciekawiającymi opowiadankami i wierszykami. Niektóre teksty czytała nam "nasza pani, mile przeze mnie wspominana Maria Chmielewska, która przyszła do szkoły prosto po maturze. Jako czytający już całkiem płynnie, regularnie bywałem wywoływany do czytania wierszyków. Nazwiska grafików i autorów tekstów odnajdywałem w szkolnych czytankach, a w późniejszych latach jako grafików w "Szpilkach i "Przekroju". Lektury wystarczało na godzinę - dwie i znowu czekałem cały tydzień na następny numer.
niedziela, 9 lutego 2020
Szkolny dress code w głębokim PRL-u
Niestosowanie się grozi karami sprzecznymi z całym szeregiem ustaw, konwencji i ogólnymi zasadami współżycia społecznego, m.in. wysłanie do domu, nagana ze strony dyrektora lub nawet wyrzuceniem ze szkoły. Jest pytanie jak szkoła będzie odpowiadać za bezpieczeństwo ucznia, który w godzinach zajęć jest w drodze do domu albo jak to jest z realizacją ustawy o obowiązkowym nauczaniu do 18.roku życia.
Uczniowie podnieśli bunt, media rozdmuchały problem, bo regulamin, nie skonsultowany z rodzicami, ale można domniemywać, że z nadzorem pedagogicznym, a w każdym razie w nadziei na pochwałę dla dyrekcji,ma być od 10 lutego wcielony w życie.
W internecie burza, a głosy podzielone. Jedni pochwalają regulamin, bo kto to widział, żeby dziewczyny przychodziły do szkoły wymalowane, w mini, a do tego bez stanika pod bluzeczką? Ograniczenia dla chłopców jakoś nie oburzają.
Oczywiście, skojarzyłem te zasady z czasami mojej szkolnej edukacji.
środa, 22 stycznia 2020
Jerzy Pilch o sobie
I dziwi się, że to już. Że już nie tylko inni, starsi od niego, ale on już jest ten starszy i sam musi wspierać się laseczką. Co prawda przyszło to wszystko dość wcześnie, jego rówieśnicy mają się całkiem dobrze, ale wiedli bardziej higieniczny żywot. lub raczej nie ulegali swoim słabościom.
Jednocześnie jest to jednak dziennik bardziej w tonacji pogodny niż dziennik drugi, jakby jego autor pogodził się ze stanem rzeczy i dostrzega jasne strony życia i otaczającej rzeczywistości. Co jest psychologicznie wytłumaczalne, co wiem po dobie.
Z natury rzeczy lektura dziennika skłania do myślenia o swoim wieku, późniejszym niż autora. I też już czasem się dziwi, że to już: wolniejszy krok (zauważyłem, że chodząc po swoim osiedlu, zasiedlanym ponad 40 lat temu, wyprzedzam innych, a wysiadłszy z tramwaju, w drodze do pracy przez niewielki skwer, jestem przez niemal wszystkich wyprzedzany), szybsze męczenie się po wysiłku, już całkiem dużo pigułek branych rano i wieczorem. Ale na szczęście, choć jestem astmatykiem, cukrzykiem (typu II), nadciśnieniowcem, to dzięki lekarzom i lekarstwom chodzę i to całkiem dużo. A nawet powinienem dużo chodzić. Przestałem nawet jeździć autem do pracy. A w drodze do domu nawet nie wsiadam do tramwaju. No, chyba że pada.
Z zapałem zabrałem się za następną książkę Pilcha: Widok z mojego boksu. Po uświadomieniu sobie, że nie zrobi kariery akademickiej jako polonista, autor dostał pracę w redakcji "Tygodnika Powszechnego". Zaczynał od prostych prac redakcyjnych, potem jako odpowiadający na listy i nadsyłane teksty z nadzieją na druk (szybko mu to zajęcie zabrano, gdy zwrócił tekst z kąśliwymi uwagami komuś już znanemu, tylko akurat nie jemu autorowi, odebrano mu to zajecie) i po paru latach stał się stałym felietonistą. Obok takich sław jak księża Maliński i Bardecki, że o Kisielu nie wspomnę.
Kiedy w wolnej już Polsce "Tygodnik" stał się instytucją, Jerzy Turowicz uzyskał dla redakcji nowe pomieszczenia, które w rezultacie remontu podzielono na boksy. Jeden przypadł Właśnie Pilchowi i z niego postrzegał życie życie redakcyjne, wielkich współpracowników i równie wielkich gości, jak np. Józefa Tischnera.
Autor pisze też o swoich przyjaciołach, wśród nich tych, którzy jednak zrobili karierę naukową - Bronisławie Maju i Marianie Stali, który nb. poprzedził zebrane w książce teksty wstępem.
Jak to u Pilcha czytelnik znajdzie tu pysznie nakreślone sylwetki ludzi, zarówno bliskich autorowi, jak i traktowanych przezeń z dużym respektem, a także wiele zabawnych i mniej zabawnych anegdot.


O hasłach KABA raz jeszcze. Ostatni
Od tego czasu trochę się zmieniło. Przede wszystkim rekordy nowych publikacji pojawiają w bardzo niedługim czasie po ich ukazaniu się na rynku księgarskim.. Zwłaszcza wydanych przez znaczące oficyny. Te mniejsze wciąż nie przywiązują wagi do terminowego rozsyłania egzemplarzy obowiązkowych, co sprawia, że na rekordy trzeba czekać miesiącami. Bywa, że bezskutecznie. Inna sprawa, że beneficjentów tego sposobu wzbogacania zbiorów nadal jest zbyt wielu, co podnosi koszty funkcjonowania wydawców. Pisałem o tym chyba ze dwadzieścia lat temu.
Ale widać różnicę jakości opracowania w wykonaniu różnych bibliotek uczestniczących w tworzeniu katalogu centralnego NUKAT. Jedne publikacje opatrzone są licznymi hasłami przedmiotowymi, ukazującymi szczegółowo ich treść, inne tylko zdawkowymi, np. "Polityka społeczna - miscellanea", a jeszcze inne w ogóle są ich pozbawione. To akurat nie jest wielkim problemem, gdyż biblioteki mogą sobie dobrać z zasobów KABA'y hasła przedmiotowe bardziej adekwatnie do potrzeb własnej publiczności bibliotecznej, zwłaszcza bibliotek specjalnych.
wtorek, 14 stycznia 2020
Komiks? Opowieść ilustrowana? Książka o Franzu Kafce
Właśnie trafiła do naszej biblioteki opowieść o Franzu Kafce Davida Z. Mairowitza (tekst) i Roberta Crumba (rysunki). Nie jest typowa biografia, ani omówienie krytyczne twórczości pisarza. Jest to opowieść o człowieku, na którego życiu zaciążyły kompleksy powodowane przez prymitywnego i brutalnego ojca potęgowane przez poczucie niższości z racji żydostwa w sytuacji narastającego w Pradze antysemityzmu po uzyskaniu państwowości przez Czechosłowację.