niedziela, 13 sierpnia 2017

Codzienność w późnym wieku


To jest już chyba czwarta książka Marii Berny, zasłużonej dla życia intelektualnego Wrocławia menedżerki kultury i działaczki politycznej, aktywnej na obu polach od ponad pół wieku, choć ostatnio ograniczającej się raczej do obserwacji i komentowania. Jak  wszystkie poprzednie, osobista, sumująca osobiste przeżycia, dokonania, obserwacje i budująca na ich bazie własne oceny.
Wrażeniom z lektury ostatniej (mam nadzieję, że tylko w znaczeniu najnowszej) książki (Klonu liść..., Wrocław, 2017) chciałem początkowo dać tytuł "Lekcja uważności".  Autorka zaczyna ją bowiem od bezceremonialnego wyznania "Jestem stara" i spisuje swoje spostrzeżenia i wrażenia z pozycji zmęczonej bogatym w wydarzenia życiem kobiety zwykłej siadać w fotelu wewnątrz mieszkania, a gdy aura pozwala, to na balkonie. Mając ograniczone pole widzenia uważnie obserwuje naturę: okoliczne drzewa i krzewy, w dni słoneczne przebijające się przez ich korony promienie słońca, w dni deszczowe spadające na liście krople deszczu, zimą zaś  osiadające na bezlistnych gałązkach płatki śniegu. Z lubością przygląda się przychodzące pod dom znajome koty, które zabawnie ponazywała i które karmi, gdy tylko starcza jej na to sił.
W podobny sposób zapisuje swoje wspomnienia z pobytów - dawnej służbowych, bo przez kilka lat, w okresie największej aktywności zawodowej,  była członkinią zarządu Uzdrowisk Kłodzkich, a później tam odbywanych kuracji - spisuje swoje wrażenia z obserwacji roślinności w polanickim parku zdrojowym i jego okolicach.
Przyznaję, że ilekroć zdarzyło mi się przebywać w towarzystwie osób potrafiących zatrzymać się, żeby przez chwilę poobserwować banalny pozornie widok uginającego się listka lipy czy dębu pod ciężarem kropli deszczu lub szukającego  pożywienia trzmiela, postanawiałem, żeby wzmóc własną uważność. Ale samemu zdarzało mi się to raczej rzadko.  Patrzę raczej "holistycznie". Zachwyca mnie na przykład świeża zieleń lici drzew, trawy lub rozleglejsze kępy kaczeńców albo pola kwitnącego rzepaku.   Może to wiejska proweniencja sprawia, że moje spojrzenie na szczegóły jest bardziej utylitarystyczne: patrzę, kiedy drzewo czy krzew zacznie kwitnąć, a potem owocować. Kiedyś, gdy mocniej odczuwałem zapachy, napawałem się aromatem kwitnących krzewów bzu czy kwiecia lip. Może po prostu żyję zbyt pospiesznie i nie mija to nawet podczas okresów wypoczynku?
W dalszych partiach książki częściej pojawia się rodzina, przyjaciele, sąsiedzi, o których autorka pisze ciepło, jakby chcąc tym sposobem wyrazić im nie tylko swoje dobre uczucia, ale i wdzięczność za to jacy są i za starania, które obecnie, gdy brakuje już sił i dokuczają choroby, pomagają jej uczynić życie znośnym.
Rzadko pojawiają się na stronicach książki uwagi o aktualnych wydarzeniach i zjawiskach natury politycznej.  Na ogół pokrywają się one z moim ich osądem. Zazgrzytały mi jednak słowa niechęci wobec Ukraińców. Być może uraz spowodowany przejściami z dzieciństwa, była bowiem świadkiem i poniekąd ocalałą z rzezi wołyńskiej, każe jej widzieć w dzisiejszych Ukraińcach spadkobierców ideologii nacjonalistycznej Bandery, Szuchewicza i Doncowa.
Mój nieżyjący już wuj, człowiek rozumujący zdecydowanie racjonalnie, opowiadał, że gdy jakieś 20 lat temu odwiedził cmentarz na wsi niedaleko Tarnopola, zdawało mu się, że otoczony jest nienawistnymi spojrzeniami przebywających tam obecnych mieszkańców. I szybko stamtąd odszedł. Więc ten uraz z dzieciństwa i wczesnej młodości musi głęboko tkwić w ludziach narażonych na okrutną śmierć i chyba jest nieprzezwyciężalny.
Z uwagą czytałem rozważania autorki o starości i braku ochoty na dalsze życie, traktowane jako swego rodzaju dopust losu. Przypomniała mi się moja teściowa, która po "osiemdziesiątce" nieco żartobliwie przy różnych okazjach typu imieniny czy święta zapowiadała z góry, żeby nie życzyć jej stu lat, bo już się dość nażyła. Szczególnie trudna musi być starość samotna, przerywana odwiedzinami dzieci i wnucząt czy sąsiadów, kiedy zdanym się jest na ich siły, dobrą wolę lub poczucie obowiązku. A na co dzień zostaje się w własnymi myślami, chorobami i niepewnością. Pamiętam, jakie wrażenie zrobiła na mnie piosenka Jacquaes'a Brela o samotnej starości, zaśpiewana kilkanaście lat temu przez wiekową już wówczas Martę Stebnicką. Niezależnie od świadomości ograniczeń ciała starej kobiecie najbardziej dokucza niemożność pozmawiania o każdej porze z kimś bliskim. Schodząc z estrady artystka potknęła się. I trudno było stwierdzić, czy w sposób niezamierzony, czy udatnie zagrany.
No cóż, nie da się ukryć, że starość zbliża się coraz szybszymi krokami i trzeba będzie ją jakość oswoić. Na razie myślę, że będzie więcej czasu na czytanie i pisanie. Ale czy uda się zachować wystarczającą jasność umysłu, wzrok i siły?
Tak, to jest książka, do czytania której trzeba dorosnąć i której nie da się czytać bez przerw na myślenie o sobie.
Dziękuję, Pani Mario

czwartek, 10 sierpnia 2017

IFLA we Wrocławiu. Widziane z boku

Pamiętam entuzjazm, jaki rozległ się po decyzji władz Międzynarodowej Federacji Stowarzyszeń i Instytucji Bibliotekarskich (IFLA) o tym, że w 2017 r. doroczny kongres tej organizacji odbędzie się we Wrocławiu. Media, zwłaszcza wrocławskie pełne były doniesień, informacji o tym, czym jest IFLA, jak wiele tysięcy uczestników można się spodziewać i jak ważne będzie to wydarzenie. Niedługo potem Zarząd Główny Stowarzyszenia Bibliotekarzy Polskich, którego przypadające na 2017 r. stulecie było ważnym argumentem w sprawie lokalizacji kongresu, zwrócił się z prośbą do bibliotek dolnośląskich o zgłoszenie gotowości przyjęcia uczestników imprezy, bo będzie okazja do ich promocji, a potem ogłoszono nabór wolontariuszy. Ministerstwo Kultury zaś ogłosiło konkurs na stypendia umożliwiające polskim bibliotekarzom pokrycie - wysokiej - opłaty konferencyjnej.
W ramach starań o lokalizację i w trakcie przygotowań do kongresu Wrocław odwiedzali wysocy przedstawiciele IFLA, o czym zwykle bibliotekarze wrocławscy dowiadywali po fakcie. Wyjątkiem była okoliczność związana z tegorocznymi obchodami Tygodnia Bibliotek i otwarciem nowej filii Biblioteki Miejskiej na Dworcu Głównym, którą zaszczyciła prezydent Federacji.

niedziela, 9 lipca 2017

Powojnie na Mazurach w powieści Kazimierz Orłosia

Powieść Dom pod Lutnią Kazimierz Orłosia, która w swoim czasie zebrała bardzo dobre recenzje, pożyczyłem z biblioteki z myślą o żonie. Ta jednak po przeczytaniu stwierdziła, że też powinienem ją przeczytać, bo opowiada o powojniu, ale na Mazurach, gdy ja tu pisałem o Dolnym Śląsku.
Sama anegdota jest prosta. Mieszkająca w Warszawie matka, której męża jako byłego AK-wca aresztowano i skazano na wieloletnie więzienie wywozi kilkuletniego syna Tomka na mazurską wieś, gdzie osiadł jej ojciec pułkownik, przedwojenny ułan, który po kampanii wrześniowej spędził całą wojnę w oflagu. Ale jako przedwojenny oficer ma prawo obawiać się komunistycznej władzy, do której rządów ma zdecydowane krytyczny stosunek. Jako realista nie ma złudzeń, że zdarzy mu się w podeszłym wieku coś dobrego. Chce spokojnie dożyć żywota. Zostawia ukochaną Warszawę i rodzinny dom z niekochaną, jak się okazuje żoną w nadziei na ocalenie własnego życia i przynajmniej wewnętrznego poczucia wolności.

sobota, 1 lipca 2017

Syn oficera Gestapo o swoim ojcu

Tylko wąsko wyspecjalizowanym historykom nazizmu znane jest nazwisko dra Gerharda Basta, nazisty od samego początku istnienia NSDAP, sturmbannfuehrera  SS i Gestapo, wicekomendanta Gestapo w Muenster, a potem komendanta w Linzu, a w tzw. międzyczasie dowódcy oddziałów specjalnych, działających na terenie Słowacji, Słowenii, Białorusi i Polski, mających na celu zabijanie Żydów, Romów i bandytów, którym to określeniem obejmowano partyzantów i członków ruchu oporu w okupowanych krajach. Kierowane przezeń oddziały winne są śmierci tysięcy ofiar, gdyż zajmowały się też masowymi egzekucjami. Jest wiele poszlak pozwalających na przypuszczenie, że nie tylko wydawał rozkazy wykonywane w jego obecności, ale i sam zabijał.
W ten sposób odbył karę za nieumyślne zastrzelenie dwunastoletniego uczestnika nagonki w polowaniu. Był bowiem zapalonym myśliwym, a także narciarzem.
Urodzony na terenach dzisiejszej Słowenii w rodzinie austriackiej, od wczesnych lat identyfikował się z narodem niemieckim. Już jako student należał do studenckich korporacji nacjonalistycznych, brał udział w mile widzianych w tym środowisku pojedynkach, po których zostały mu trwałe ślady na twarzy, będące powodem do dumy i widomym świadectwem, że był niemieckim nacjonalistą od samego początku ruchu. Po wojnie stały się przekleństwem, gdyż mógł próbować sfałszować dokumenty, co wielu czyniło skutecznie i doszło do wysokich stanowisk w państwie i w skali międzynarodowej (Waldheim), ale nie dało się ukryć szram. Musiał więc szukać okazji do ucieczki z Europy, via Watykan, który organizował przerzut nazistów za ocean. I w czasie takiej ucieczki, zimą 1947 roku na początek na południe kraju, gdzie miał nadzieję połączyć się z żoną, zginął zastrzelony przez wynajętego przewodnika.

czwartek, 15 czerwca 2017

Kłopoty z pamięcią



Topografia pamięci - Ebooki i Audiobooki

Nie tylko Polacy mają kłopoty z pamięcią o ciemniejszych stronach najnowszej historii. Pamiętam burzę po pokazaniu w telewizji sztuki Tadeusza Różewicza "Do piachu" w 1989 r. Chyba do dziś nie wyemitowano jej powtórnie. Nie mniejsze emocje wywołał kilka lat później artykuł Michała Cichego o antysemityzmie w AK. Ale burzliwe debatę wywołały dopiero książki Jana T. Grossa, poczynając od pierwszej, zatytułowanej Sąsiedzi, odsłaniającej pamiętaną jeszcze na Kurpiowszczyźnie akcję wymordowania Żydów w podłomżyńskim miasteczku Jedwabne. Potem doszły książki o losach Żydów, którym udało się uniknąć obozów zagłady, napisane przez m.in. Annę Bikont, Barbarę Engelking czy Jana Grabowskiego. Autorów krytykowano za stronniczość i niedostatki warsztatu badawczego. W odpowiedzi ukazały się nawet publikacje "odkłamujące" historię tego czasu. Ale jeszcze dziesięć lat temu autorzy mogli brać bezpiecznie udział w dyskusjach. Dziś, gdy do władzy doszła partia jawnie nacjonalistyczna,  część autorów jest jawnie oskarżana o hańbienie pamięci o polskim  czynie zbrojnym.