czwartek, 15 czerwca 2017

Kłopoty z pamięcią



Topografia pamięci - Ebooki i Audiobooki

Nie tylko Polacy mają kłopoty z pamięcią o ciemniejszych stronach najnowszej historii. Pamiętam burzę po pokazaniu w telewizji sztuki Tadeusza Różewicza "Do piachu" w 1989 r. Chyba do dziś nie wyemitowano jej powtórnie. Nie mniejsze emocje wywołał kilka lat później artykuł Michała Cichego o antysemityzmie w AK. Ale burzliwe debatę wywołały dopiero książki Jana T. Grossa, poczynając od pierwszej, zatytułowanej Sąsiedzi, odsłaniającej pamiętaną jeszcze na Kurpiowszczyźnie akcję wymordowania Żydów w podłomżyńskim miasteczku Jedwabne. Potem doszły książki o losach Żydów, którym udało się uniknąć obozów zagłady, napisane przez m.in. Annę Bikont, Barbarę Engelking czy Jana Grabowskiego. Autorów krytykowano za stronniczość i niedostatki warsztatu badawczego. W odpowiedzi ukazały się nawet publikacje "odkłamujące" historię tego czasu. Ale jeszcze dziesięć lat temu autorzy mogli brać bezpiecznie udział w dyskusjach. Dziś, gdy do władzy doszła partia jawnie nacjonalistyczna,  część autorów jest jawnie oskarżana o hańbienie pamięci o polskim  czynie zbrojnym.

czwartek, 25 maja 2017

Wrocław 1945 oczami pionierów, którzy nie wszystko chcieli widzieć. Albo nie mogli o tym napisać

Z powodów naukowych powinienem poznać odbudowę bibliotek w zniszczonym przez wojnę Wrocławiu. W tym celu pożyczyłem sobie do domu pierwszy z trzech opasłych tomów wspomnień pionierów, którzy tworzyli tu zręby polskiej administracji, nauki, kultury i gospodarki, zatytułowanego Trudne dni.
Przeczytałem napisane z dużym talentem literackim wspomnienia walki o Wrocław, w których brali udział późniejszy dziennikarz Ryszard Skała oraz literat Waldemar Kotowicz, którego jako kilkunastolatek poznałem osobiście, bo przyjechał do naszej biblioteki gminnej w Zagrodnie w pow. złotoryjskim na spotkanie autorskie. Żeby się do niego przygotować przeczytałem z dużym zainteresowaniem powieści Frontowe drogi i Godzina przed świtem. Kilkanaście lat po wojnie literatura wojenna cieszyła się wśród dorastającej młodzieży dużym zainteresowaniem.
Z większą uwagą przeczytałem wspomnienia jednego z uczestników grupy naukowej, która przybyła do Wrocławia już 9 maja 1945, w trzy dni po podpisaniu kapitulacji Twierdzy Wrocław (Festung Breslau). Był nim późniejszy rektor Uniwersytetu Wrocławskiego i działacz polityczny prof. Stanisław Kulczyński, wsławiony tym, że jako jedyny rektor uczelni wyższej w okresie międzywojennym (Uniwersytetu Jana Kazimierza) odmówił stworzenia tzw. getta ławkowego, czyli wydzielonych ławek w salach wykładowych dla młodzieży pochodzenia żydowskiego.


środa, 10 maja 2017

O pracy naukowej w bibliotekach raz jeszcze

Z potrzeby poznania poglądów Antoniego Knota na rozmaite kwestie bibliotekarstwa naukowego i nauki o książce zapoznałem się z publikacją Sprawy biblioteczne, (Warszawa, 1956), wydaną jako numer specjalny nieistniejącego już czasopisma "Życie Szkoły Wyższej".
Z punktu widzenia moich oczekiwań artykuł ówczesnego dyrektora wrocławskiej Biblioteki Uniwersyteckiej można uznać za rozczarowujący, gdyż przeważają w nim cytaty lub streszczenia wytycznych I Kongresu Nauki Polskiej z 1951 r., wzorcowego statutu  bibliotek uczelnianych z 1952 r., opracowanego w Ministerstwie Szkolnictwa Wyższego, oraz Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego z 1954 r..
Ale już same dokumenty wskazują, jaką wagę w latach pięćdziesiątych przywiązywano do badań naukowych prowadzonych w bibliotekach akademickich.
Obrady Podsekcji Archiwoznawstwa i Bibliotekoznawstwa Kongresu Nauki Polskiej zakończyły się wnioskami, wedle których badania bibliologiczne winny obejmować:

a) prace teoretyczno-metodyczne,
b) prace nad udostępnianiem zbiorów bibliotek naukowych,
c) prace edytorskie.

niedziela, 30 kwietnia 2017

Życie literackie w ZSRR i na wychodźstwie

Mój wykładowca sprzed pół wieku, wówczas magister, a dziś już sędziwy profesor Andrzej Cieński, oddziałał na mnie w trojaki sposób. Wpoił mi stosowaną do dziś metodykę wypisów ze źródeł, którą niedawno znów mogłem sprawdzić siedząc w archiwach, kulturę słowa mówionego, choć nie wiem, czy jako wykładowca dorównałem jego mistrzostwu, oraz zainteresowanie współczesnym życiem literackim.
Jako lekturę mieliśmy wtedy jedyny wówczas opublikowany dziennik Jerzego Putramenta Pół wieku, ale po ukończeniu studiów przeczytałem następnych cztery, jak  wiem z dzienników innych pisarzy mocno skłamanych, choć pewnie ci inni też trochę mijali się z prawdą.
A teraz do moich rąk trafiła książka radzieckiego pisarza z pokolenia "sześćdziesiątników", których apogeum twórczości wypadło na lata sześćdziesiąte, Anatolija Gładilina. Nazwisko jest mi znane, gdyż na początku lat siedemdziesiątych pracowałem przez rok w bibliotece Instytutu  Filologii Słowiańskiej, w której jego powieści i zbiory opowiadań były dostępne. Pamiętam, że przyjeżdżający wówczas do tego instytutu filolodzy radzieccy gnali do księgarni wydawnictw radzieckich, gdzie łatwiej było o książki pisarzy rosyjskich niż w ich ojczystym kraju. Bo choć były one wydawane w olbrzymich nakładach, ale rozsyłane były na prowincję lub za granicę, bo jednak była to dobra literatura realistyczna, a realia w Kraju Rad były jakie były.

czwartek, 27 kwietnia 2017

Biblioteki naukowe - status czy wydmuszka?

Przeglądając dziś listę przyszłych bibliotecznych konferencji naukowych znalazłem i taką, która zaleca się tytułem Biblioteka naukowa: czy jeszcze naukowa? Skłoniło mnie to do pewnej refleksji w tej kwestii.
Pytanie, rzekłbym, brzmi dość dramatycznie i jest wyrazem zatroskania aktualnym stanem rzeczy. Z rozmów z  bibliotekarzami zdaje się wynikać, że w znacznej części bibliotek akademickich pracownicy uważają za sytuację zadowalającą, gdy dyrekcje uznają prace badawcze bibliotekarzy i publikowanie za efekt ich własnych zainteresowań. Byle nie wykorzystywali do tego służbowego czasu pracy. A gdy jeszcze dostaną zgodę na udział w konferencji naukowej i zostanie im on sfinansowany, to już można mówić o sytuacji komfortowej.
Znam jednak przypadki, kiedy bibliotekarze muszą uzyskać zgodę na publikację. Gdybyż to jednak  było efektem poddania artykułu rzeczowej recenzji ze strony specjalisty! Ale jest po prostu sposób okazywania pracownikowi, kto tu naprawdę rządzi. Jeśli nie zgoła forma cenzury. Znam też przypadki, że pracownik biblioteki wiedząc o tym, że bloguję, prosi, żebym nie wspomniał o jego udziale w konferencji. Nie wiążącej się z żadnym kosztem i do tego organizowanej w sobotę!
W efekcie nawet na największych zgromadzeniach naukowych w kraju biblioteki zatrudniające setki pracowników, mających zbiory stanowiące rewelacyjny warsztat i przedmiot badań, nie są w ogóle reprezentowane. Oczywiście, nie ma też mowy o zgłoszonym referacie czy prezentacji.