sobota, 16 marca 2019

Na urlopie


Dobiega kresu moja aktywność zawodowa, podzielona w mniej więcej w połowie na praktykę bibliotekarską oraz rolę nauczyciela akademickiego i w niewielkim fragmencie na pracę w biznesie, też zresztą związanym z książką i biblioteką.
Najwięcej czasu i sił poświęciłem Bibliotece Dolnośląskiej Szkoły Wyższej (z jej wcześniejszymi nazwami), którą zacząłem tworzyć bez mała dwadzieścia dwa lata temu,  zaproszony do tego dzieła przez twórcę uczelni, prof. Roberta Kwaśnicę. Obaj byliśmy w tym czasie działaczami Towarzystwa Wiedzy Powszechnej, on na szczeblu wojewódzkim, ja miejskim. Przez pierwszych ok. dziesięciu lat wraz ze wzrostem liczebnym kadry naukowej, studentów, rosło w bibliotece zatrudnienie oraz budżet przeznaczony głównie na budowę i uzupełnianie księgozbioru. Ukoronowaniem tego okresu była budowa gmachu Wydziału Nauk Pedagogicznych oraz biblioteki. 
Potem nastąpił regres we wzroście maturzystów, a więc i naborze studentów, ale uczelnia rozwijała się jakościowo, a księgozbiór rósł nadal, choć nie tak  szybko, bo zgodnie z przyjętym na początku planem strategicznym ubywać zaczęło literatury starzejącej się. W końcu są we Wrocławiu biblioteki, które mają ustawowy lub statutowy obowiązek archiwizowania piśmiennictwa i nie muszą tego robić biblioteki utrzymywane  z opłat czesnego.

czwartek, 7 lutego 2019

Alem, mój etiopski przyjaciel



Dostanie się  na  studia, dla  mnie  wiejskiego chłopaka, lekko tylko podszlifowanego   towarzysko   przez czteroletnie  uczęszczanie do prowincjonalnego   liceum,   było   pół   wieku   temu   czymś  dość wyjątkowym.  Oznaczało  wejście  w  "wielki świat", z dostępnymi codziennie  kinami,  teatrami,  dużymi bibliotekami obfitującymi w tysiące  książek  i setki czasopism, także w obcych językach oraz w codzienne relacje z ludźmi, którzy je pisali i wydawali.
Parę dni temu mój kolega z roku przysłał mi zdjęcie z rajdu pieszego w Sudety, który odbył się w miesiąc po rozpoczęciu studiów. Stoję z nim na szczycie Śnieżnika odziany w znoszony nieco garniturek, bo i taka impreza była dla mnie nowością, której specyfiki nie znałem.

Wiedziałem, że na uczelniach wyższych w Polsce studiuje młodzież z egzotycznych krajów. Ale sądziłem, że na studiach medycznych czy technicznych. Okazało się, że w 1966 roku pojawiło się w Polsce wielu studentów z Wietnamu,  wówczas podzielonego tak, jak obecnie Korea, a bibliotekoznawstwo zaczął studiować Etiopczyk. Nie pamiętam, jak to się stało, że dość szybko stałem się jego najbliższym przyjacielem. Może zdecydowało to, że więcej niż inni wiedziałem o jego kraju, w pewnej mierze dlatego, że interesując się sportem (startowałem jako licealista w mistrzostwach Polski kibiców sportowych) wiedziałem o sukcesach olimpijskich jego krajana, biegającego boso Bikila Abebe.

Alemayehu Tesfaye (którego nazywaliśmy po prostu Alem), pochodził z rodziny arystokratycznej z dominującego w Etiopii plemienia Amharów, z którego też wywodził się cesarz Hajle Selassie, a po studiach w Europie, czekała praca w pełniącej funkcję narodowej Bibliotece Uniwersytetu Johna F. Kennedy'ego. Był po rocznym kursie języka polskiego w Łodzi, ale mówił w naszym języku słabo. Nabierał jednak wprawy, wzbogacał słownictwo, ale wymowa wciąż pozostawała bez zmiany. Pamiętam, że kiedyś w gazecie pokazał zdjęcie i powiedział "Ładna  burza". Dopytuję jaka burza, a on na to, "Nie burza, tylko burza".. W końcu wyjaśnił "No, twaź".

Regularnie chodził na zajęcia, do których się sumiennie przygotowywał. Katalogowania się nie nauczył, bo nikt z nas się nie nauczył - ani formalnego, ani rzeczowego, Z innymi przedmiotami było lepiej.  Bywało jednak, że zamiast na wykłady zabierał nas na piwo. W ciągu ostatnich lat studiów bywaliśmy stałymi bywalcami luksusowej w owych czasach kawiarni w hotelu "Monopol", gdzie zaprzyjaźnił się z piękną kelnerką, która później została jego żoną. Sam, wyznający religię koptyjską, alkoholu nie pijał żadnego.

sobota, 12 stycznia 2019

Wspomnienie o Basi

Moje koleżanki z pracy pewnie znów mi wytkną, że ostatnio głównie wspominam zmarłych. Ale cóż począć, kiedy mam takie poczucie powinności?
A wszedłem w wiek, w którym przychodzi żegnać się na zawsze z koleżankami  i   kolegami  po  fachu,  których  znałem  bądź t  o ze studiów, bądź  ze     wspólnej pracy, bądź z  obu  powodów  naraz.
Do tej trzeciej kategorii należała zmarła 3 stycznia Baśka Bogdan, po mężu Bastek.

Nasz rocznik studiów bibliotekoznawczych (1966-1970) nie był liczny, było nas nieco ponad czterdzieścioro, gdyż zdarzało nam się "gubić" pojedyncze osoby i doganiać te, którzy powtarzały rok (a czasem i te "gubić").  Znaliśmy się więc wszyscy i mniej lub bardziej przyjaźnili. Dużą grupą chadzaliśmy na bardzo popularne wtedy rajdy piesze - jesienny "Rajd Pieczonego Ziemniaka" i wiosenny :Rajd Marzanny". M.in. wraz z Baśką stanowiliśmy na nich zwartą grupę, w której uczestniczył nasz kolega z  germanistyki, który był księdzem i jego starszy kolega z Warszawy. Zabawne były wieczorne gry w brydża, kiedy księża  wtrącali łacińskie zwroty przy licytacji lub kładąc najwyższą kartę i biorąc lewę mawiali "A masz, grzeszniku!". Zaś brewiarz czytali z przerwami, gdy wykładali karty. W niedzielę mieli obowiązek odprawić mszę, więc odwiedzaliśmy po drodze kościoły, w których proboszczowie stwarzali taką możliwość, a ja z kolegą służyliśmy do mszy, wsłuchując się w głośnym szeptem wypowiadane "zadzwoń", "podaj kielich" itd.

sobota, 29 grudnia 2018

Lem i Lipska korespondują i rozmawiają ze sobą


Wiele razy zaznaczałem, że lubię nie tylko czytać powieści, ale i poznawać mistrzów "pióra od kuchni" - czytać ich autobiografie, dzienniki, wspomnienia, w których odsłaniają swoje zainteresowania i [pasje, relacje z innymi ludźmi,  zapatrywania polityczne i światopoglądowe. Interesujące jest dla mnie mnie też, skąd pisarze czerpią podniety do kolejnych opowiadań, powieści czy wierszy.
Starałem się nie przegapić wywiadów ze Stanisławem Lemem, człowiekiem o ogromnej wiedzy i przenikliwości, dzięki czemu jego oceny aktualnej rzeczywistości oraz prognozy na przyszłość warte były dla mnie szczególnej uwagi.
Niedawno sięgnąłem po książkę syna pisarza, Tomasza.  Ale jej autor nieco przesadził - jak na mój gust - w anegdotyczności swoich wspomnień o ojcu. Połknąłem za to w dwa wieczory korespondencję pisarza ze znakomitą krakowską poetką Ewą Lipską. Pod tajemniczym tytułem Boli tylko, gdy się śmieję. Wziętym z opowiedzianej przez Lema anegdoty o pewnym człowieku znalezionym w rowie przydrożnym z nożem w plecach. Na pytanie przechodnia, który go odnalazł i spytał, czy go ten nóż nie boli, odpowiedział właśnie jak wyżej.

niedziela, 16 grudnia 2018

Dwie wyspy


Od pewnego czasu nie mam apetytu na pisanie, a mam w tym zakresie pewne obowiązki i poczucie powinności, wzrósł zaś apetyt na czytanie.Nawet nie prasy, a  książek.

Zaspokajam więc ten apetyt czytania sięgając do różnych książek, nawet posuwając się do tego, że kończąc rozdział jednej, sięgam po drugą, by też przeczytać rozdział lub inny fragment.
Jednak dwie książki doczytałem ostatnio do końca.
Pisałem tu o przeczytanych przeze trzech opasłych tomów dzienników Jana Józefa Szczepańskiego, nie znając w gruncie rzeczy samej jego sztuki pisarskiej A to jest wielka sztuka. Wziąłem się oto za wydane już pół wieku temu dwie powieści. Ukończone w odstępie dwóch lat i początkowo osobno wydane. Potem jednak już na ogół wydawano je razem. Bo w rzeczy samej jest to dylogia ze wspólnym bohaterem, młodym polskim emigrantem, który po upadku powstania styczniowego wywędrował do Paryża.  Nieciekawy żywot wychodźcy, od jednej dorywczej pracy do drugiej, od jednego zasiłku ze strony polskiej emigracyjnej organizacji do drugiej pchnęła do do beznadziejnego czynu, do którego zainspirował go przyjazd cara Aleksandra II. Zamach się nie udał, a młody człowiek skazany został na galery. 
Tak się kończy pierwsza powieść,  za tytułowana "Ikar". Bo w swych naiwnych myślach od czasu do czasu autor widział się w locie i widział świat inaczej niż z pozycji zwykłego zjadacz niepewnego chleba.