poniedziałek, 11 września 2017

Wspomnienie o Przyjacielu

Nie wiem jakim sposobem podczas wczorajszego spaceru uzmysłowiłem sobie, że chyba dwadzieścia lat temu zmarł Andrzej Kłossowski. Doszedłszy do baru, czyli połowy krótszej wersji wędrówki, gdzie zamawiam zwykle lampkę wina, co nadaje spacerowi bardziej wymierny sens, sprawdziłem hasło na smartfonie. I rzeczywiście minęło dwadzieścia lat i kilka miesięcy. Zmarł nagle, nie dożywszy  "sześćdziesiątki". Jak mi opowiedziała jego bliska współpracownica w Bibliotece Narodowej, któregoś styczniowego dnia gorzej się poczuł, więc zasugerowała mu pójście do domu. Tam położył się i kilka godzin później jego żona Małgosia po powrocie do pracy zastała go nieżywego.
Wtedy już bywałem u nich w warszawskim mieszkaniu rzadziej niż w latach osiemdziesiątych. Ale jeszcze rok wcześniej gościłem ich oboje we Wrocławiu, gdzie wysuszyliśmy w dwa czy trzy dni skrzynkę przywiezionego ze Zwierzyńca wyrabianego tam znakomitego piwa. W niedługo potem byliśmy z żoną ich gośćmi. To znaczy oni gdzieś wyjechali na wakacje, a my "pilnowaliśmy" ich mieszkania. I poznawali Warszawę. Wprawdzie w latach osiemdziesiątych bywałem w stolicy niemal co tydzień, ale na ogół przebywając pieszo drogę z dworca lub autobusem z lotniska do biura Stowarzyszenia Bibliotekarzy Polskich, do Biblioteki Narodowej i jeśli trzeba było zostać na następny dzień, to na kwaterę, którą dość  często bywało właśnie mieszkanie Andrzeja i Gosi Kłossowskich na Służewcu, nieco rzadziej Andrzeja Mężyńskiego blisko centrum miasta, a chyba najrzadziej w hotelu Związku Nauczycielstwa Polskiego na Powiślu.



U Kłossowskich dlatego, że gdy w 1981 r. niespodziewanie wybrany zostałem na prezesa Stowarzyszenia Bibliotekarzy Polskich, Andrzej, wtedy sekretarz naukowy Biblioteki Narodowej wręczył mi wykonana dla mnie wizytówkę, złożoną z czterech stron, a na nich figurowały moje a dresy: domowy, biura Stowarzyszenia, Instytutu Bibliotekoznawstwa Uniwersytetu Wrocławskiego  (wtedy im. Bolesława Bieruta) oraz ich mieszkania jako mojej rezydencji w warszawie, z zachętą do korzystania w razie przyjazdu. Za kwotę równą ryczałtowi za nocleg (wtedy wynosiła ona 21 zł, choć cena noclegu w hotelu wynosiła ponad 100 zł) kupowałem, dokładając kilka złotych butelkę wina lub wódki, w sklepie sportowym piłkę tenisową, którą lubił bawić się ich jamnik wabiący się Aneks (czasem udawało mi się zdobyć od kolegów używaną) i biesiadowaliśmy do późnych godzin przy zrobionej przez Gosię kanapkach.
A poznałem go kilka lat wcześniej, prawdopodobnie w 1973 r., gdy objąłem funkcję sekretarza redakcji rocznika "Studia o Książce", a Andrzej, wtedy pracownik Ministerstwa Kultury, reprezentował w komitecie redakcyjnym ten. rząd. Był już jednak dla mnie kimś, gdyż wcześniej poznałem jego książkę o polskim ruchu wydawniczym na emigracji w XIX wieku. 
Wtedy też zaproponował mi pewien, nie całkiem legalny deal. Otóż z całego komitetu redakcyjnego tylko redaktor naczelny (a był nim od początku mój mistrz prof. Karol Głombiowski, zastępca redaktora (mój ówczesny szef, wtedy jeszcze dr Krzysztof Migoń oraz sekretarz redakcji mieli prawo do darmowego egzemplarza pisma. Miałem jednak jako sekretarz dość pokaźną pulę egzemplarzy przeznaczonych do wysyłki do instytucji naukowych w kraju i za granicą. I Andrzej (bo dość szybko przeszliśmy na ty) zaproponował mi, żebym wysyłał mu kolejne numery jako kierownikowi warszawskiej filii Uniwersytetu Bayombong w Honolulu, z adresem jego mieszkania. Każdą wysyłkę Andrzej kwitował listem pisanym niewprawną polszczyzną, imitującą umiejętności absolwentów rocznej szkoły języka polskiego dla cudzoziemców na spreparowanym papierze firmowym z logo uniwersytetu.  
Kiedy ukazała się moja pierwsza książka, poświęcona recepcji literatury emigracyjnej w Wielkim Księstwie Poznańskim (w 1980 r.), napisał obszerną, liczącą chyba ponad 20 stron maszynopisu recenzję do "Roczników Bibliotecznych", zaznaczając, że zanim oddam ją do redakcji mogę dokonać daleko idących zmian, aż do napisania jej na nowo. Nie było jednak takiej potrzeby, gdyż mimo wskazanych niedostatków była to recenzja jednoznacznie pozytywna.
Był bardzo pracowity, mnóstwo publikował. Był okres, kiedy chyba każde z trzech naszych kolejnych spotkań u Kłossowskich kończyło się wręczeniem mi nowej książki Andrzeja. Kiedy więc opuszczałem ich mieszkanie po raz czwarty, stwierdziłem, że robię to bez satysfakcji. Bo tym razem bez nowej publikacji. Jedna z nich poświęcona była zasłużonemu dla polskiej kultury drukarzowi Stanisławowi Gliwie, którego w 1982 r. miałem okazję odwiedzić w jego domku w Londynie. Andrzej wyjaśnił, że najpierw zamierzał poszerzoną wersję tej monografii umieścić w "Roczniku Biblioteki Narodowej", którego nb. był faktycznym redaktorem. Ale jako sekretarz redakcji uznał, że jest on za długi, więc trochę skrócił i... wydał w formie książkowej. Bagatela, ponad 200 stron!
Zainicjował też znakomitą serię opracowań poświęconych zbiorom poloników w największych bibliotekach polskich.
Każda z jego  w sumie około 20 książek mogła być podstawą habilitacji, którą gdzieś na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych uzyskał. I w charakterze profesora podjął się dodatkowo działalności dydaktycznej na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Najwidoczniej był tam bardzo lubiany, gdyż jeździł tam z entuzjazmem i lubił o swojej nowej pracy opowiadać. Przez kilka lat wychował całkiem sporą liczbę magistrów oraz wypromował kilkoro doktorów.
Ograniczył wtedy swoją działalność zawodową w Bibliotece Narodowej. Zrezygnował z powierzonej mu kilka lat wcześniej funkcji zastępcy dyrektora i kierował stworzoną przeze siebie Pracownią Badań nad Książką Polską za Granicą. 

I stamtąd pojechał do domu, żeby się położyć i jakoś poradzić sobie ze złym samopoczuciem. I już więcej nie wstał.
Przez wiele lat palił. I wiele razy deklarował, że musi przestać. Żartował sobie, że rzucenie palenia to żądna sztuka. On to robił dziesiątki razy. I w końcu rzucił, ale z trudem. Raz nawet w trakcie zrywania z paleniem zasłabł w łazience. Ale ani on, ani jego żona Gosia, dyrektorka Biblioteki Instytutu Pracy przy Ministerstwie, które zmieniało nazwy, ale zajmowało się polityką społeczną, nie potraktowali tego faktu jako jakiegoś sygnału o stanie zdrowia.  I( chyba nim nie był. Ale kto wie, czy nie należało już wtedy trochę zwolnić kroku.  Ale to było chyba jeszcze trudniejsze niż rzucenie palenia.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz