Jedna z nich to autobiografia znanego głównie z telewizji i estrady Krzysztofa Materny, który nie chcąc być gorszy od swego wieloletniego współpracownika i przyjaciela Wojciecha Manna postarał się o własną książkę. I napisał ja w swoim stylu, czyli lekko, dowcipnie, z dystansem do siebie i swoich artystycznych poczynań.
Miarą tego dystansu niech będzie to, co napisał o motywach podjęcia studiów reżyserskich. Ujrzawszy w jakimś lokalu aktorkę, która wpadła mu w oko i z którą chciał zawrzeć znajomość podszedł i powiedział o sobie, że jest aktorem. Dziewczyna potraktowała go jednak obcesowo słowami "Sp..., czekam na reżysera!". Wniosek był oczywisty: reżyserzy mają u dziewczyn większe "branie", więc trzeba zostać reżyserem. I te studia, w przeciwieństwie do aktorskich, przebrnął już bez problemów. Anegdot tego typu znaleźć można w książce więcej.
Rozdziały autobiograficzne (w tym chyba najobszerniejszy o peregrynacjach z wojskiem) przeplatane są rozdziałami poświęconymi osobom, z którym współpracował lub w inny sposób wpłynęły one na jego karierę. Pisze m.in. o Marku Pacule, Wojciechu Mannie, Jerzym Gruzie oraz o swoich profesorach w szkole aktorskiej.
Autor studiował w Krakowie w latach, w których poznałem Kraków z racji odbywanej tam praktyki wakacyjnej i zafascynowałem się tym miastem, jego aurą, życiem artystycznym i historią. Ta fascynacja została mi do dziś. Kiedy jeszcze pracowałem w Katowicach zdarzało się, że kupowałem bilet do Krakowa, żeby po zajęciach wpaść tam choćby na kawę do Jamy Michalika i przejść się Floriańską, a jak starczało czasu do Grodzką do Wawelu, a potem Kanoniczą z powrotem do Rynku i na dworzec. I ta miłość do Krakowa była głównym motywem sięgnięcia po tę książkę. Maternie zaś ona przeszła. Osiadłszy w stolicy żył wspomnieniem o mieście, w którym cały świat artystyczny mimo swej różnorodności trzymał się razem. Kiedy przyjechał tam pod koniec lat dziewięćdziesiątych, okazało się, że środowisko jest podzielone, przepełnione wzajemnymi uprzedzeniami, nie mające wspólnych miejsc spotkań.
Dla mnie jednak Kraków wciąż ma ten sam urok.
Powodowany tym głębokim zainteresowaniem podwawelskim grodem (mam o nim w domu wiele książek i stale coś dokupuję)) sięgnąłem do jeszcze jednej książki, której tłem jest Kraków. Tu bowiem spędziła całe swoje życie profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego Ewa Miodońska-Brookes, znawczyni literatury i dramatu okresu Młodej Polski, córka legendy polskiej laryngologii prof. Jana Miodońskiego.Opowiada ona o swojej karierze naukowej, aktywności w związku zawodowym "Solidarność" (i rozstaniu z nim podczas rządów PiS) swoich artystycznych fascynacjach, o swoim mieście i jego życiu naukowym oraz teatralnym oraz o swoich mistrzach dwojgu swoim byłym studentom Joannie Zach i Mateuszowi Antoniukowi. A że jej ojciec miał wśród swoich znajomych i przyjaciół wiele znakomitości nauki i sztuk, że dzięki temu i dbałości rodziców o wszechstronny rozwój swoich córek (siostrą bohaterki książki była historyczka sztuki prof. Barbara Miodońska), więc i ona mogła ich poznać osobiście, a w teatrze widzieć legendy polskiej sceny jak Ludwik Solski, Jerzy Leszczyński, a także stawiających pierwsze kroki na scenie niedawne jeszcze i dzisiejsze tuzy sztuki scenicznej.
Niestety, choć książkę wydało renomowane wydawnictwo (Universitas), zawiera ona zbyt liczne niezręczności stylistyczne, przekręcone nazwiska lub niewłaściwie podane imiona przywoływanych postaci. Z ostatnio dostrzeżonych: aktor Mieczysław Voit występuje jako Voight, zaś inny aktor Zygmunt Kęstowicz jest tu Zygmuntem. Raziło mnie w trakcie czytania używanie czasownika "oglądać" w formie "oglądnęłam". Może jest i ono poprawne, ale sam powiedziałbym (lub napisał) "obejrzałem".. Wydaje mi się, że oglądać można coś w sposób ciągły, a jednorazowo można coś obejrzeć.
Mimo to książkę zamykałem z żalem, ale i satysfakcją, gdyż bliżej poznałem wybitne postaci krakowskiej polonistyki, jak profesorowie Wyka, Pigoń (w czasie praktyki mieszkałem w tzw. "Pigoniówce", akademiku przy ul. Garbarskiej, przy której dzieciństwo spędziła bohaterka książki), Tomasz Weiss czy Stanisław Balbus. Planujemy z żoną spędzić część tegorocznych wakacji w Krakowie. Koniecznie musimy wdepnąć na Karmelicką i Garbarską, gdzieśmy się 45 lat temu poznali podczas moich imienin.

