piątek, 1 października 2021

Sady i ogrody w poniemieckich gospodarstwach

 Przy większości poniemieckich gospodarstw rosło po parę drzew owocowych, które tu i ówdzie zasługiwały na miano sadu.
Tak było w gospodarstwie rodziców. Na ogrodzonej parkanem około ćwierćhektorowej łączce rosły trzy jabłonie, dwie grusze, chyba cztery śliwy i jedna dość rachityczna wiśnia. Dwie rozłożyste jabłonie rodziły niewiele jabłek, a jedna z nich właściwie tylko co drugi rok. Nie znałem się na rodzajach jabłek, starsi mawiali, że kosztele. Owoce były duże, kolorowe i słodkie. Część zjadaliśmy, a co się przed nami udało uchronić, tata zakopywał w pszenicy na strychu i wytrzymywały do świąt Bożego narodzenia. Druga rodziła jabłka późnym latem lub zgoła jesienią. Przypuszczalnie były to jonatany. Owoce były kwaskowate. Mama robiła z nich mus na jabłecznik lub na nadzienie do pieczonych w piecu nadziewanych bułeczek, które nazywaliśmy pieczonymi pierogami. Trzecia to była dość młoda papierówka. Rodziła obficie i zrywaliśmy owoce nie czekając aż dojrzeją. Bo słodkie stawały się przysmakiem dla robaków.
Jedna grusza rodziła klapsy. Druga późno owocowała,a owoce smakowały dopiero, gdy miąższ zaczynał brązowieć. Wiśnia rosła tuż przy murze części mieszkalnej domu, a że zasłaniała okno, tata regularnie przycinał jej gałęzie. Owoców, szklanek, wystarczało właściwie tyle, żeby je na bieżąco zjeść.
Śliwy w części rosły w sadzie, a w części w ogródku. Rodziły węgierki i podobne w kształcie i smaku śliwki w kolorze żółtym. Tylko miąższ tak łatwo nie odchodził od pestek. Na bieżąco były jedzone, mama robiła knedle (jak to u nas nazywane pierogami), a poza tym smażone były na powidła. Pamiętam, że tu i ówdzie pędzono ze śliwek bimber.
Z wszystkich zabiegów sadowniczych znany był tylko jeden: bielenie wapnem pni drzew owocowych późną jesienią. Kiedy zaczynały się mrozy, pnie jabłoni ogacane były słomą. Tata zostawiał dwa snopy zboża, które na Boże Narodzenie stawały w kącie pokoju, a potem wracały do stodoły, żeby ewentualnie wykorzystać je do ogacenia drzew w sadzie. Słoma była prosta, więc nadawało się do tego celu.
Wzdłuż płotu odgradzającego sad od drogi, a właściwie szerszej ścieżki wijącej się przez środek wsi, rosły krzewy malin, zaś w poprzek sadu, dzieląc go na dwie części, rosły krzewy czerwonych porzeczek i agrestu.
Porzeczki rosły też wzdłuż drucianego ogrodzenia przydomowego ogródka.
Trawa między drzewami była wypasana przez domowe zwierzęta. W niektórych gospodarstwach między drzewami stało kilka lub kilkanaście uli pszczół.


A w ogródku rosły też różne kwiaty ogrodowe: piwonie, mieczyki, astry i inne. Latem mama na niedzielę cięła je na bukiet i stawiała na stół.
A pośrodku było kilka grządek warzyw: marchewki, pietruszki, koperku, czosnku i chyba też sałaty.
Oprócz tego w gospodarstwach były ogrody warzywne. W naszym rosła kukurydza, wczesne ziemniaki, groch, fasola, ogórki, pomidory (ach, jak pachniały, gdy zaczynały dojrzewać!),dynie, słoneczniki, rzodkiew i mak. Młoda kukurydza była często gotowana i był to dla nas przysmak. Lubie do dziś. Dojrzała, gdy łodygi już obsychały, była łuskana (brało się dwie kolby ocierały z pewnym naciskiem jedna o drugą i sypało się ziarno. Na mąkę kukurydzianą, ziarnami podlejszego gatunku, z końcówek kolb, karmiło się kury. Rzucając po prostu przed nie takie nie do końca obłuskane kolby. Resztki szły na gnojowisko i razem z obornikiem stawały się nawozem.
Nikomu w latach pięćdziesiątych na wsi mak nie kojarzył się z narkotykiem. Chociaż według opowieści mego wuja gdy byłem mały mama robiła wywar z makowin, polewała nim łyżeczkę cukru, zawijała to w bawełnianą szmatkę i robiła z tego swego rodzaju smoczek. Powodował on, że zasypiałem i spałem do obiadu, a rodzice mogli iść w pole. Drugi taki dostawałem po obiedzie i spałem do wieczora.
A w ogóle jako dzieci wysypywaliśmy z makowin ziarenka na dłoń i zjadaliśmy. Były lekko gorzkawe, ale bardzo nam smakowały. Jesienią jednak po prostu wyłamywało się główki i ziarno wysypywało do garnków, a z nich przesypywało do bawełnianego worka. Służył do posypywania  chleba, bułeczek i rogalików, po utarciu w makutrze, do wypieków jako nadzienie, bo mama piekła też pyszne bułeczki nadziane utartym makiem, placek makowy i oczywiście makowiec, nazywany w naszych stronach zawijańcem. A na wigilię utarty mak służył jako składnik kutii.
Zdarzało się też, że mama odważała kilogramowe porcje wsypywała do bawełnianych, szytych przez siebie woreczków i wraz z innymi produktami rolnymi woziła do miasta na targ.
Z całą pewnością pewnością sad, nazywany przez rodziców, a w konsekwencji i przez nas, dzieci, sadkiem, oraz przydomowy ogródek były kontynuacją działalności gospodarzy niemieckich. Podobnie było w przypadku innych gospodarstw. Tyle, że powoli podupadały, co było widać zwłaszcza po ogrodzeniach, które tam, gdzie było to konieczne, było łatane, gdzie ogrodzenie zdawało się niekonieczne, murszało lub było do końca rozbierane. Drzewa owocowe były przycinane tylko w razie uschnięcia  gałęzi. A gdy drzewo uschło całe, z ziemi wystawał karcz. A jabłonie rodziły coraz mniej owoców.
Na tym tle wyróżniało się tylko gospodarstwo kierowniczki szkoły i jej męża oraz plebania. Acz i tu z latami dawał się we znaki brak środków na remonty. Widać było jednak staranność w utrzymaniu tego, co się zastało.




wtorek, 21 września 2021

Edukacja (a właściwie tresura) w III Rzeszy

 Wydawca książki (Znak) dał taki blurb "Książka ostrzeżenie przed tym, co może się stać, jeśli edukację naszych dzieci oddamy w ręce fanatyków". A mnie z każdą stronicą nachodziła myśl, co może się stać z polską szkołą, jeśli PiS porządzi jeszcze kilka lat, a Przemysław Czarnek nadal będzie ministrem nauki i edukacji.
W samą porę, u progu nowego roku szkolnego (i akademickiego) ukazał się reportaż, będący zapisem obserwacji i słów poczynionych w 1939 r. przez dyrektora szkoły amerykańskiej (ewakuowanej do Stanów po rozpoczęciu wojny) Georga Ziemera Jak wychować nazistę : reportaż o fanatycznej edukacji. Wydał ją w Stanach w 1941 r., a teraz nastała pora, że polskim czytelnikom dać przed oczy przestrogę przed złem, które może się zdarzyć.
Autorowi udało się dotrzeć do ministra wychowania i edukacji narodowej III Rzeszy dra Bernharda Rusta (taki Czarnek w mundurze SS i z większymi uprawnieniami, popełnił samobójstwo w dniu kapitulacji Niemiec, dzięki czemu uniknął stanięcia przed Trybunałem Norymberskim) i uzyskać zgodę na odwiedzenie placówek edukacyjnych na terenie  całego państwa.
Zaczęło się jak u Hitchcocka. Odwiedził szpitala, w którym taśmowo podstawiano łóżka z przygotowanymi do zabiegu młodymi kobietami. Jeden nacinał łono, drugi coś zeń wyjmował, a trzeci zaszywał ranę. Okazało się, że tak w wieku ośrodkach w Niemczech sterylizowano obce rasowo i ideologicznie kobiety. Następnie odwiedził kilka ośrodków, ulokowanych w hotelach i pensjonatach, często przejętych od Żydów, którzy na ogół trafiali do obozu koncentracyjnego, w atrakcyjnych miejscowościach od morza po góry. Zamieszkiwały je młode niezamężne kobiety, od nastolatek poczynając, które zaszły w ciążę. Były tam nie tylko przygotowywane do macierzyństwa, ale też intensywnie instruowane co do ich ról jako matek, a powinny według instruktorów (płci obojga) rodzić jak najczęściej i najwięcej i przygotowywać synów do przyszłych etapów edukacji aż do pójścia go wojska i gotowości bycia zabitym w służbie Fuehrerowi, a dziewczynki do ról kobiet, czyli rodzenia i usługiwania mężczyznom od gotowania potraw przez inne czynności gospodarcze i seksualne. 


I taką gotowość do tych zadań wpajać miały wszystkie kolejne przedszkola i szkoły (osobne dla dziewcząt i chłopców). Dziewczęta i chłopcy należeć musieli do organizacji dziecięcych i w ich ramach odbywać intensywne ćwiczenia - gimnastykę, wyczerpujące kilkugodzinne marsze, zajęcia terenowe, a w czasie przerw szkolenie polityczne. Dziewczęta poza tym w rolach dorosłych kobiet (szycie, cerowanie, gotowanie itp.), chłopcy do ról przyszłych żołnierzy. Bywało, że dzieci docierały do celu kompletnie wyczerpane i już w czasie marszu wymagały pomocy medycznej.
Kolejne etapy edukacji (po szóstym, dziesiątym, czternastym i osiemnastym rokiem życia) kończyły się uroczystymi promocjami, z udziałem prominentnych funkcjonariuszy NSDAP lub SS i wstąpieniem do kolejnych organizacji. Najwyższym stopniem było wstąpienie do Hitlerjugend w 14 roku życia. Kto odpadł na którymś etapie, wypadał z systemu edukacji i przestawał być przedmiotem zainteresowania państwa. A bywało, że i ich rodzice tracili szanse na awans zawodowy. Dlatego niektórzy zmuszali dzieci do starań nad ich siły, nie troszcząc się o ich zdrowie fizyczne i psychiczne. Owszem, w szkołach uczono też innych przedmiotów, ale wszystkie były podporządkowane ideologii nazistowskiej. Np. w ramach geografii nauczano, które ziemie i kraje Niemcy zdobędą, gdzie zlokalizowane złoża będą służyły Niemcom, lekcje historii miały służyć wskazaniu bohaterstwa Niemców i złoczyństw innych narodów wobec Niemców, a język i kultura Niemiec pokazaniu wyższości języka, kultury i literatury niemieckiej. Autor cytuje fragmenty utworów prozy i poezji niemieckiej, bajek dla dzieci oraz teksty pieśni. Nawet bajki miały służyć indoktrynacji!
W systemie nazistowskim odrzuca się religie tradycyjne i zastępuje religią jaką jest nazizm, odrzuca się demokrację i wyśmiewa państwa demokratyczne. Materiałem poglądowym są zdjęcia ze Stanów Zjednoczonych w okresie Wielkiego Kryzysu, jako czołowego państwa demokratycznego. Kto by się bowiem przejmował chronologią, gdy idzie o indoktrynację!
Zdumiewać może głębokie zindoktrynowanie, graniczące z kompletną demoralizacją kadry nauczycielskiej. Ze względu na  metody ich pracy i stosunek do wychowanków nazywa ich nie nauczycielami tylko instruktorami. Sugeruje zresztą rozumienie słowa "Erziehung" w nazwie ministerstwa nie jako "wychowanie", lecz właśnie "instruktaż".
Autor chyba nie zdążył odwiedzić uczelni wyższych, więc opisał system kształcenia "akademickiego" na podstawie dostępnych mu dokumentów. Młodzi ludzie byli kierowani na uczelnie zgodnie z potrzebami państwa, bez oglądania się na ich uzdolnienia i aspiracje. Semestr trwać miał 2 miesiące, z możliwościami urlopów na szkolenia ideologiczne. Biblioteki uczelniane wytrzebiono z publikacji uznanych za nieprawomyślne lub były dziełem osób obcych rasowo.
Z książki nie wynika, że równie silnie poddany rygorom wychowania do służenia Hitlerowi i śmierci, panował także na wsi. Odwiedzał bowiem tylko zlokalizowane poza miastami zakłady dla niezamężnych matek i obozy dziecięce. Ale i tak uzyskał efekt przerażający i nie całkiem nieprawdopodobny. Gdyby tylko Czarnek dostał od kaczelnika wolną rękę...
Tekst autorski poprzedził wstępem prof. Bogdan de Barbaro, który wskazał, że zło można ludziom wpoić, zwłaszcza gdy oswaja się z nim od dzieciństwa i stwarza warunki dla jego czynienia. Co  od paru lat sami możemy obserwować


Jak wychować nazistę. Reportaż o fanatycznej edukacji - Ziemer Gregor |  Książka w Sklepie EMPIK.COM





niedziela, 29 sierpnia 2021

Wieś dolnośląska po wojnie. Rośliny uprawne

Rośliny okopowe. Jako warzywo siało się buraki czerwone. Na tyle, żeby w zależności od wielkości rodziny wystarczyło wczesnym latem na boćwinę, a potem na barszcz i ćwikłę. A liście z dojrzałych buraków szły na karmę dla zwierząt. Nie znam przypadku, żeby przygotowywano buraczki na ciepło. Dlatego czymś niespotykanym było dla mnie, moich kolegów i koleżanek, gdy podczas wycieczki do Warszawy podano nam buraczki na ciepło. Wyglądały niezbyt zachęcająco, ale ponieważ byliśmy przed wycieczką poinstruowani, jak zachować się w restauracji, czyli m.in. wszystko zjeść, więc nie było rady. Ale kiedy nie bez pewnej niechęci zjadłem pierwszy kęs, okazały się niezwykle smaczne. Kiedy o tym opowiadałem w domu, wywołałem zdziwienie u rodziców.
Poza tym w przeważającej większości gospodarstw siano buraki cukrowe. Od kilkudziesięciu arów do hektara. Było z tym kupę roboty. Bo kiedy wzeszły, trzeba było je przerywać, czyli usuwać nadmiar tych zasianych, żeby odstęp między mającymi nadal rosnąć wynosił ok. 15 cm. A przy okazji usunąć chwasty, przede wszystkim perz. Od dzieciństwa uczestniczyliśmy w tej pracy. A późnym latem wykopywało się okazałe korzenie, zgrubnie oczyszczało motyką lub łopatą i zrucano na stos. A potem odwoziło do punktu skupu w sąsiedniej wsi. Liście przeznaczano do skarmiania zwierząt na bieżąco, a resztę zakopywało w kopcach na kiszonkę. Proces chemiczny zachodzący w kopcach sprawiał, że ona zimą nie zamarzała. Ale wydzielała specyficzną intensywną woń. Zresztą gospodarstwa wiejskie to była mieszanka miłych aromatów, gdyż przy domach były ogródki kwietne, ale w większych gospodarstwach poniemieckich na podwórzu mieściło się gnojowisko. Żeby nie trzeba było daleko wywozić z chlewów, stajni czy obór zabrudzonej przez zwierzęta ściółki. Efekt był taki, że latem w mieszkaniach nie można było opędzić się od much. W naszym gospodarstwie tata wyznaczył miejsce na gnojowisko za stodołą, więc obornik wywozić trzeba było taczką. To była cena za mniejszy smród i mniej much.
Siało się również buraki pastewne, do skarmiania zwierząt domowych. A niektórzy gospodarze uprawiali buraki nasienne.  Wymagały one większej staranności w uprawie. Decydowali się na nią nieliczni, bo plony były niepewne. Po prawdzie nie wiem, czy sprzedawało się już wymłócone ziarno, czy oddawało się wraz z suchymi łodygami i liśćmi. 

wtorek, 17 sierpnia 2021

Andrzej

Gdzieś na początku lipca zadzwoniłem do Andrzeja Romańskiego, żeby po kilku miesiącach znów razem wypić piwo, albo dwa. Telefon odebrała żona informując, że mąż jest ciężko chory. Nagle organizm odmówił posłuszeństwa i wszystko wskazywało na to, że to efekt zaniedbań związanych z cukrzycą. Nawet nie wiedziałem, że na nią cierpi. Choć cierpienie to chyba niewłaściwe słowo, skoro Andrzej żył, jakby nigdy nic. Telefonowałem potem średnio co dziesięć dni w nadziei już nie na to, że sie spotkamy, lecz że zdrowie choć trochę się poprawiło i chociaż zamienimy kilka słów. Niestety, nadzieja topniała z każdą rozmową z panią Haliną, której nie pozostało nic innego, jak czuwać nad chorym, karmić i pielęgnować. Podobno reagował na przekaz telewizyjny.
A wczoraj otrzymałem telefon, że  dzień wcześniej, 15 sierpnia,  zmarł.
Poznałem Go w 1985 r. jako kierownika Oddziału Magazynów Biblioteki Uniwersyteckiej. Już w pierwszym tygodniu mego urzędowania przyszedł z wnioskiem o ukaranie zwolnieniem pracownicy za karygodne zachowanie w miejscu pracy. Pierwszy raz w moim życiu zawodowym miałem komuś powiedzieć, że bedzie zwolniony dyscyplinarnie. Na szczęście kobieta sama uznała swoją winę i poprosiła o rozwiązanie umowy za porozumieniem stron, na co przystałem z ulgą, a kierownik magazynów uznał to rozwiązanie za wystarczające.

niedziela, 15 sierpnia 2021

Wieś dolnośląska w kilka lat po wojnie. Roślinność uprawna

Zastanawiając się nad treścią tego, co chciałbym tu napisać, uświadomiłem sobie jak wiele jest do opisania. 

Przez cały czas PRL-u prywatna gospodarka rolna była rozdrobniona i wielokulturowa. Zwłaszcza w tak małej wsi, jak Uniejowice, w której  przez pierwsze blisko 15 lat po wojnie nie było sklepu, a do najbliższego miasta można było dostać się tylko pieszo lub zaprzęgiem konnym. Owszem, przejeżdżały dość regularnie samochody ciężarowe z naczepą przykrytą plandeką i wyposażoną w ławki wzdłuż burt i z jedną pośrodku. Ale przewoziły one robotników do kopalni rud miedzi w odległych o kilkanaście kilometrów Iwinach w połowie drogi do Bolesławca lub w Wilkowie za Złotoryją. Dojeżdżało do nich po kilka osób z naszej wsi, ale nikogo więcej nie zabierano. Chyba że za danie w łapę kierowcy. Dopiero pod koniec lat pięćdziesiątych podobne pojazdy, zwane popularnie budami, zaczęły jaździć jako pasażerskie pod firmą PKS. Kilka lat później pokazały się autobusy "San". Pamiętam, że taką budą, a potem już  autobusem jeździłem z mamą do Złotoryi na targ i pomagałem sprzedawać jaja, a potem byłem prowadzony do fryzjera.
Umożliwiły one dojazd paru osobom do pracy w Złotoryi oraz uczniom tamtejszego liceum i szkół średnich w Legnicy. Ci drudzy w Złotoryi przesiadali się na pociąg.
Więc gospodarstwo rolne musiało zapewnić nie tylko wywiązanie się tzw. obowiązkowych dostaw (mój tato musiał co roku dostarczyć za psi grosz, za mniej więcej połowę ceny urzędowej, dwie tony zboża ii 260 kg żywca), ale i zaspokoić potrzeby żywnościowe rodziny. Siano więc i sadzono zboża, rośliny okopowe, pastewne, oleiste, warzywa i drzewa owocowe. W ogrodach hodowano też rośliny ozdobne.