Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Transformacja ustrojowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Transformacja ustrojowa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 listopada 2022

Bilet w jedną stronę, który okazał się wygranym losem na loterii

Kiedy czyta się biografie, autobiografie lub, jak w tym w przypadku, wywiady rzeki z Polakami, którzy za nie takie pochodzenie, jakie władzom komunistycznym się podobało, musieli emigrować z Polski w 1968 i 1969 roku, widać jak na dłoni, ile straciła polska kultura, nauka, literatura czy ekonomia. Pisałem już tu o wygnańcach, którzy zyskali międzynarodowe uznanie w wymienionych sferach działalności: m.in. Zygmuncie Baumanie czy Włodku Goldkornie.
Tuż po ukazaniu się wywiadu-rzeki z Lejbem Fogelmanem czytałem wzmiankę o tej książce. Z informacji o niej wynikało, że to wyjątkowo barwna postać o niesłychanym darze narracji i pewnych skłonnościach do koloryzowania.
Ale w natłoku wielu innych wartych lektury nowości ta w końcu mi umknęła. Ale znalazłem ją wśród zwrotów w lokalnej bibliotece publicznej. I przeczytałem w jeden dzień.
Lejb Fogelman musiał emigrować jako student wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego w 1969 r. Urodził się w Legnicy, ale zapobiegliwa matka w trosce o przyszłość syna przeniosła się do stolicy, gdzie Lejb mógł skończyć dobre liceum (im. Lelewela) i podjąć studia na najlepszej polskiej uczelni. Wyjechał do Stanów sam. Matka jednak go odwiedzała i jak to żydowska matka stale się zamartwiała. Dzięki pomocy znajomego dostał pracę w nowojorskiej  Bibliotece Publicznej, co już było czymś wyjątkowym, bo to bardzo prominentne miejsce. Przedstawiwszy jako student prawa z miejsca dostał prestiżowy etat asystenta naukowego. Szybko okazało się, że polska szkoła prawnicza to jednak dalece nie to, co amerykańska, a do tego jego kwalifikacje językowe okazały się nader mierne. Dostał się jednak do kolegium stanowego, gdzie po ukończeniu dostał stypendium Fulbrighta na badania w Moskwie. Okazało się, że rewersy na poszukiwanie publikacje i rękopisy wracały puste, gdyż - jak zapewniano - takich materiałów biblioteka nie posiada. Ale w jednej z posiadanych przez siebie książek znalazł przypis do publikacji znajdującej się właśnie w "Leninowce". Okazało się, że jednak była. Uznał, że skoro będzie miał dostęp tylko do publikacji już znanych z literatury, to szkoda jego czasu. Zaczął więc podróże turystyczne. W ZSRR mógł odwiedzić tylko Leningrad, ale zaryzykował i dopisał sobie w wizie także Niżnyj Nowgorod, którego zabytki nosiły tylko ślady dawnej świetności. Ze Szwecji, skąd wreszcie mógł spokojnie telefonować, bo nie czuł za plecami anioła stróża, czyli bezpieczniaka. Mógł też wysłać testy na wydział prawa na Uniwersytet Harvarda. Gdyby nie jego wysoka ocena z pewnością nic by ze studiów nie wyszło. Dostał więc stypendium pozwalające nie tylko na studia, ale i na miejsce a akademiku. Okazało się, że studia to głównie dyskusja z profesorami nad różnymi prawniczymi kazusami. Skończył studia i natychmiast zajął się doktoratem. Po jego ukończeniu promotor, poznawszy jego temperament i rozległość zainteresowań, odradził mu pozostanie na uczelni. Sam przyznał, że gdyby nie posłuchał tej rady, byłby dziś szanowanym profesorem, autorem rozprawy "Chów bydła i nierogacizny w okręgu riazańskim w w latach 1906-1914". Co spotkało jego kolegę.


Sam zaś, mając rekomendacje swoich profesorów. dostał pracę w renomowanej firmie prawniczej. Reprezentując ją wygrywał procesy cywilne lud z sukcesem doprowadzał do ugody między stronami. Niejednokrotnie przychodziło mu stawać w szranki z reprezentującymi przeciwne strony jego wykładowcami z Harvardu.
Kiedy w Polsce rozpoczęła się transformacja ustrojowa pośpieszył ze swoją wiedzą i doświadczeniem, doprowadzając m.in. do prywatyzacji, fuzji lub przejęć banków i tworząc tym sposobem nowy system bankowości w Polsce. Z Wikipedii wiem, że zyskał w ten sposób renomę w skali europejskiej.
Z wywiadu, znakomicie ze znawstwem i kulturą przeprowadzonym przez Michała Komara, wynika, że Fogelman poznał osobiście setki wielkich tego świata ze świata kultury i polityki, nie wyłączając np. Jeana Paula Belmondo, Władimira Wysockiego i jego żony Mariny Vlady lub cesarza Hajle Selassie.
Pominąłem tu pewne pikantne szczegóły. Kto po książkę, uzupełnioną licznymi fotografiami, sięgnie, nie pożałuje.
Od mojej znajomej Facebookowej, p. Sylwii Frołow dowiedziałem się, że szykuje się dalszy ciąg wywiadu.

[OUTLET] Warto żyć. Rozmawia Michał Komar

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Postkomunistyczna Europa oczami Amerykanki

Amerykańska profesor historii uniwersytetu Yale zajmuje się najnowszymi dziejami Europy Wschodniej. Plonem jej zainteresowań jest znakomita, z polotem napisana książka Kawior i popiół (Świat Książki, 20008, wznow. 2012)), o której pisałem na swoim blogu, ale gdzieś się ten wpis zapodział w cyberprzestrzeni.
W książce Smak popiołów : o dziedzictwie totalitaryzmu w Europie Wschodniej (Świat Książki, 2012) autorka relacjonuje swoje spotkania z ludźmi demokratycznej opozycji, głównie w Polsce i w Czechach oraz Słowacji w kilka lat po transformacji ustrojowej. Podróżuje między Stanami Zjednoczonymi, gdzie ma stale miejsce pracy a stolicami, ale też prowincjonalnymi miejscowościami Europy Wschodniej, uczy się języków tych krajów, w Czechach nawet zatrudnia się jako nauczycielska angielskiego w prowincjonalnej szkole i tu bodaj najdotkliwiej doświadcza mentalności homo sovieticus, od której niewolni byli także byli opozycjoniści.
Ale z satysfakcją zauważa, że wracając do Warszawy, Pragi czy Bratysławy po kilkuletnich przerwach widzi zmiany krajobrazu miejskiego, coraz bardziej gustownie ubierających się ludzi i coraz cieńszą warstwę nalotu pozostawionego przez lata życia w systemie komunistycznym. Jednak niemal wszyscy jej rozmówcy twierdzą, że trzeba zmiany pokoleń, wejścia w dorosłość ludzi nie pamiętających życia w warunkach realnego socjalizmu, żeby definitywnie zerwać z dawną mentalnością.


poniedziałek, 27 lipca 2015

Karola Modzelewskiego bilans doświadczeń, nadziei i rozczarowań

Jest żywą historią powojennej Polski. Nie tylko jako świadek, ale i ktoś, kto odcisnął na niej swoje piętno. Można rzec, że w pewnym okresie z wzajemnością. Osobiście spotkałem go kilka razy w 1980 r. Najpierw we wrześniu na zebraniu pracowników Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Wrocławskiego, podczas którego powołano tymczasową Komisję Wydziałową NSZZ "Solidarność" (ze mną jako jednym z wiceprzewodniczących), a potem już w siedzibie MKZ we Wrocławiu przy ówczesnym Pl. Czerwonym  Ale to pierwsze zetknięcie się z postacią uznawaną za jednego z głównych wrogów Polski Ludowej wywarło na mnie wrażenie. Kiedy zabrał głos, a widać było, że jako mówca miał niesłychany talent, zrozumiałem, co znaczy człowiek z charyzmą. Nie podnosił głosu, a czułem mrowienie na plecach i doniosłość chwili. Niedługo potem doświadczyłem podobnego wrażenia, gdy na Politechnice przemówił krótko Jacek Kuroń.
Lekturę książki "Zajeździmy kobyłę historii" polecało mi kilka osób, z których zdaniem się liczę. A że w mniejszych lub dłuższych okresach czasu spotykamy się, więc trzeba być gotowym do dyskusji lub przynajmniej podzielenia się uwagami.
Urodzony w Związku Radzieckim i wychowany w rodzinie komunisty z przedwojennym rodowodem, mającego za sobą kilka lat na moskiewskiej Łubiance, a po wojnie działacza partyjnego i dyplomaty, przesiąkł ideałami socjalizmu i starał się wcielać je w życie. Świadomie wybrał drogę aktywisty ZMP, a potem PZPR. Po uzyskaniu magisterium z historii w 1959 r. został asystentem i zaangażował się w działalność partyjną. Krytyczny umysł sprawiał jednak, że nie godził się na działania sprzeczne z głoszonymi ideami. Kierując się jak najlepszymi intencjami napisał w 1964 r. wspólnie. z Jackiem Kuroniem list do uczelnianej organizacji partyjnej i powielił w kilkudziesięciu egzemplarzach, żeby dotrzeć z nim do całego aktywu. Szło im tylko o to, żeby tzw. środki produkcji były rzeczywiście własnością ludu, a nie wąskiego aparatu politycznego.
I zaczęło się. Najpierw usunięcie z partii, potem areszt, proces i wyrok skazujący. A potem już sadzano go przy każdym przesileniu politycznym w kraju. W sumie przesiedział w PRL-owskich więzieniach ponad osiem lat. 
Realia więzienne opisał w dość obszernym rozdziale, charakteryzując poszczególne ośrodki, , ich funkcjonariuszy oraz sylwetki niektórych towarzyszy niedoli. Przyjął przy tym zasadę, że podał tylko nazwiska postaci pozytywnych.Rozmaici byli bowiem zarówno funkcjonariusze więzienni, jak i współwięźniowie. Zdarzali się tacy, których mu dokwaterowywano jako szpicli. Przychylności niektórych dyrektorów zakładów karnych zawdzięczał to, że mógł otrzymywać książki, wypisy ze źródeł, które pozwoliły napisać za kratkami prace doktorską, napisać kilka artykułów lub referatów na konferencje, odczytywanych potem pod jego nieobecność oraz zaawansować rozprawę habilitacyjną. Przez blisko dwa lata zdarzyło mu się siedzieć w pojedynkę i sam poprosił o możliwość pracy w więziennym zakładzie produkcyjnym, żeby mieć kontakt z ludźmi.
Interesujące są wynurzenia autora o jego działalności w KOR, o strajku w Stoczni Gdańskiej i w strajkach solidarnościowych w zakładach Wrocławia, o działalności w charakterze rzecznika prasowego "Solidarności" i o uwięzieniu w nocy, w której wprowadzono stan wojenny. Czując co się święci, (suki milicyjne stanęły przed hotelem) skorzystał z doświadczenia  więźniarskiego i wziął prysznic w łazience przylegającej do pokoju Tadeusza Mazowieckiego, wiedząc, że szybko takiej okazji mieć nie będzie.Potem były ponad 3 lata odsiadki, a następnie działalność konspiracyjna, ale i naukowa, w Oddziale PAN we Wrocławiu, w którym zatrudniony został kilkanaście lat wcześniej.. 
W 1989 r. niejako z konieczności wziął udział w wyborach do Senatu, gdyż nie mógł skorzystać jeszcze wtedy z zaproszenia z wykładami w Paryżu.Ale po pierwszej, skróconej kadencji postanowił jednak skupić się na pracy naukowej, już na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie mógł wreszcie prowadzić wykłady i seminaria. Rozczarował się do polityki. W książce o tym nie pisze, ale pamiętam, jak w telewizji tłumaczył decyzję o wycofaniu się z aktywności parlamentarnej, wyjaśniając, że nie jest zajęcie dla ludzi przyzwoitych.
Był bardzo krytyczny wobec reform Balcerowuicza. Uznał je wprost za zdradę ludzi pracy, na plecach których "Solidarność" doszła do władzy i przyjęła rolę parasola.ochronnego dla szokowego wprowadzania kapitalizmu w jego rzec można krwiożerczej postaci. Wyliczył, że w wyniku tej terapii pracę straciło 5 mln ludzi. Jedni z nich sobie poradzili zmieniając zawód, tworząc własne drobne przedsiębiorstwa lub wyemigrowało, ale znaczna część stała się trwale bezrobotna i zmarginalizowana.
Ostatnia część książki to jeden wielki akt oskarżenia .III Rzeczypospolitej. Według Modzelewskiego Samoobrona oraz Prawo i Sprawiedliwość to wykwit polityki gospodarczej neoliberałów. Wprawdzie..nie poprawiły one bytu ofiar terapii szokowej, ale trafia do niej retoryka tych partii z wezwaniami, że Balcerowicz musi odejść oraz nienawiść do elit, jako sprawców ich nieszczęścia. Zdecydowanie krytycznie wypowiada się o próbie wprowadzenia rządów na modłę IV Rzeczypospolitej, z powszechną lustracją, powszechną inwigiilacją oraz ograniczaniem praw obywatelskich znacznej części obywateli kraju.
W epilogu autor wyjaśnia tytuł książki, zaczerpnięty z wiersza Włodzimierza Majakowskiego. Jest to metafora rewolucji, które nigdy nie przynoszą takich rezultatów, na jakie liczyli ich przywódcy. Są właśnie jak ta tytułowa kobyła, która pobiegnie z jeźdźcem na grzbiecie nie wiadomo gdzie, ale nie tam, gdzie jeździec chciałby dotrzeć. Życie pokazało, że rewolucja, którą sławił Majakowski  wierząc, że akurat jej przywódcom uda się kobyłę okiełznać, również dała nieoczekiwane owoce, które przywiodły poetę do samobójstwa. Także rewolucja "Solidarności", choć w gruncie rzeczy bezkrwawa, nie spełniała nadziei milionów ludzi. Autor każe pamiętać przyszłym rewolucjonistom, żeby mieli tę naukę na uwadze.

okładka