Zanim sięgnę po powieść zeszłorocznego węgierskiego noblisty węgierskiego, sięgnąłem po najbardziej znaną powieść noblisty z 2003 r. Imre Kertesza Los utracony, której szóste polskie wydanie ukazało się nakładem wydawnictwa W.A.B. w 2022 r.
Autor urodzony w budapeszteńskiej rodzinie żydowskiej, na rok przed zakończeniem wojny trafił do obozu zagłady Auschwitz, skąd został przewieziony do Buchenwaldu.
Potrzebował 30 lat, żeby zebrać się i zawrzeć pamięć o przeżyciach i nadać im postać - debiutanckiej - powieści.
Bohaterem i narratorem jest piętnastolatek, który spędza wolny czas na zabawach z żydowskimi kolegami. Dba o to, żeby naszyta na wierzchnią odzież gwiazda Dawida była dobrze umocowana i widoczna, żeby nie narazić się żandarmom i przy okazji nie sprawić kłopotów ojcu i macosze, bo wiele nie trzeba, żeby odebrać mu sklep i kto wie, czy nie zesłać do obozu.
W pewnym momencie żydowscy nastolatkowie zostali zobowiązani do pracy. Wraz z rówieśnikami, ale i dorosłymi, dojeżdża do fabryki za miastem. Jednak któregoś dnia autobus zostaje zatrzymany, a wszyscy Żydzi zmuszeni do jego opuszczenia. Stąd zawiezieni są na stację kolejową i w straszliwym tłoku, głodzie dowiezieni do bramy obozu w Auschwitz. Tam otoczeni przez załogę obozową i oficerów niemieckich byli dzieleni. Ktoś ze starszych mężczyzn pouczył chłopca, żeby pytany mówił Zechcejn. Kiedy już wraz innymi maszerował w jedną stronę, a pozostali w drugą, zorientował się, że gdyby podał prawdziwy wiek, jego droga wiodłaby do komór gazowych. A tak uciążliwy, upokarzający rytuał: oddanie odzieży, w której przyjechali i nadzy, zdezynfekowani jakimś proszkiem, ostrzyżeni na łyso, z wytatuowanym numerem na przedramieniu, otrzymali obozowe pasiaki, drewniane trepy na nogi dostali obozową zupę. Nasz bohater choć głodny, nawet jej nie tknął. Potem rozesłani do baraków, gdzie po dwóch dostali miejsca na drewnianych piętrowych narach i jednym kocem mogli się przykryć. Drugiego dnia zupa już dała się zjeść, a trzeciego już nawet na nią czekał. I od tych, dowiedział się, że ci pierwsi do zupy dostaną najchudszą, ale na pewno. Ci na końcu mogą dostać gęstszą z dna, ale może też i jej dla nich nie wystarczyć. No i codzienne budzenie okrzykami, wyczerpujące apele i ciągły głód.
Po krótkim czasie został przewieziony do Buchenwaldu. Tam głód i praca nad siły, doprowadziły chłopca do całkowitej utraty chęci do życia. Bronił się przed pójściem na oddział dla chorych, bo mógł wprawdzie być leczony, ale mógł też być uznany za przypadek beznadziejny i albo krematorium albo śmierć z braku sił nawet do stanięcia po zupę. Towarzysze niedoli zanieśli go na oddział. Tam lekarz - francuski więzień - spróbował go leczyć, a gdy podratował go, wstawił się za nim u niemieckiego lekarza. Na tym oddziale dostał już nie tylko odrębne łóżko, ale z siennkiem i kołdrą oraz treściwsze jedzenie. Do lekarza na codzienne oględziny był jednak początkowo noszony przez rosyjskiego więźnia, bo sam był za słaby. A gdy już mógł sam chodzić, któregoś rana zamiast słyszanych codziennie komend z glośników w kierunku więźniów usłyszał wezwanie do załogi obozu, żeby opuściła obóz.
Wnet pojawili się amerykańcy żołnierze. Ugotowali dla więżniów prawdziwą treściwą zupę gulaszową, dali cieplejsze, choć obozowe odzienie i buty oraz długi sięgający prawie do ziemi plecak z jedzeniem i piciem. Różnymi przygodnymi środkami lokomocji, czasem też pieszo, a na końcu pociągiem dotarł do Budapesztu. W mieszkaniu, który zajmował z rodziną mieszkali już inni, ojciec nie wrócił, a macocha ma już nowego męża. Ale trafił do sąsiadów. Oczywiście musiał opowiedzieć o życiu w obozie, upewnić ciekawych, że były piece krematoryjne. W odpowiedzi usłyszał, że im też nie było lekko.
W tym momencie przypomniała mi się scena z powieści Wasilija Grossmana Wszystko płynie. Tam wracający z GuŁaG-u więzień słyszy to od swego moskiewskiego kuzyna, który tymczasem robił karierę naukową "Nam też nie było lekko".
Powieść kończą refleksje nastolatka, który w rok wydoroślał i w rozmowie z dziennikarzem, który zachęca go do spisania tego, co widział i zapamiętał, a ten twierdzi, że ta prawda ma szerszy wymiar niż historia przeżyć jego człowieka.
I pewnie to jest już refleksja, na którą autor powieści sam potrzebował pewnego dystansu
Blog Stefana Kubowa
sobota, 25 kwietnia 2026
Pamięć obozów i pieców krematoryjnych
wtorek, 14 kwietnia 2026
Mała towarzyszka spod Tallina
Kilkuletnia Leelo Tungal (tak samo nazywa się autorka powieści , więc pewnie bazuje ona na swojej biografii) słyszy, że funkcjonariuszka partii przyjechała z miasta, żeby nakłonić jej tatę do objęcia stanowiska dyrektora szkoły i zwraca się się doń "towarzyszu". Wychodząc zaś zauważa małą i nazywa ją małą towarzyszką. Rozumie więc, że takie zwracanie się do kogoś oznacza szacunek. I czuje się dumna z tego tytułu.
Akcja powieści Mała towarzyszka i listy (Wrocław, Kolegium Europy Wschodniej, 2024) toczy się na początku lat pięćdziesiątych minionego wieku, kiedy Estonia nie jest już suwerennym państwem, tylko częścią Związku Sowieckiego. Ludzie narzekając na kolejki w sklepach, marną rozmaitość i liczbę towarów, wspominają niedawne lata i o nich z sentymentem mówią "w Estonii". Na tle aktualnej sytuacji jawi się ona jako kraj zgoła idylliczny: nie tylko sklepy pełne były towarów, ale o wszystkim można otwarcie rozmawiać, nie bać się, że ktoś usłyszy i doniesie i nie bano się policjantów.
Mała Leelo mieszka z tatą i z często bywającą u nich w domu ciotką, która rygorystycznie przestrzega, żeby dziewczynka regularnie piła tran, jadała tylko to, co służy jej zdrowiu i rozwojowi, a słodycze dostawała rzadko i w małych ilościach. Nie jest więc przez mała lubiana. W domu jest też pies i kot. W wolnych chwilach pośpiewuje sobie piosenki, których nauczyła się w przedszkolu, nie zdając sobie specjalnie sprawy z ich propagandowych treści. Lubi słuchać czytanych jej książek dla dzieci. I sama, literka po literce, uczy się ich, aby w końcu samodzielnie czytać. Z czego jest dumna i się chwali. Sama zresztą opowiada całą swoją historię, bo powieść pisana jest z perspektywy dziewczynki.
Matka Leelo byłą dyrektorką szkoły, w której teraz pracuje jej tata i dla ratowania budżetu domowego hoduje pszczoły i sprzedaje miód oraz pomaga stryjowi w tartaku. W ogóle bracia się wzajemnie wspierają.
Po mamę któregoś dnia przyjechali mężczyźni w czarnych ni to garniturach, ni uniformach i zabrali. Teraz jest gdzieś na Syberii i odsiaduje wyrok 25 lat więzienia. W jej sprawie tata regularnie pisze listy do rozmaitych urzędów z prośbą o ułaskawienie żony. I co pewien czas otrzymuje z tych ważnych instytucji, że prośba została odrzucona. Będący świadkiem odczytania takiego listu stryj dziewczynki pociesza tatę "Ale przynajmniej wiesz, że żyje".
Wobec świadomości o wszechobecnej inwigilacji dorośli starają się rozmawiać pod nieobecności Leelo, ale gdy orientują się, że jednak coś mogła usłyszeć, bo jest ciekawa rozmów dorosłych, ostrzegają ją, żeby z z nikim nie rozmawiała. I oczywiście nie powtarza. Bo tata powiedział, że jak będzie grzeczna, będzie się go i ciotki słuchać i będzie ładnie zasypiała, mamusia szybciej wróci z więzienia.
W końcu jednak oprócz kolejnego listu o odmowie ułaskawienia przyszedł list od mamy, w którym opisała życie w tajdze, ciężkiej pracy przy wycince drzew, wyżywieniu wystarczającym, żeby przeżyć i okrucieństwie dozorców. Ale przynajmniej pozwolono jej napisać, co może świadczyć, że nadeszła i jakaś zmiana i nadzieja na zmianę.
To już kolejna powieść, którą przeczytałem, opowiedziana przez dziecko. Pozornie pogodna narracja kryje jednak ogrom opresji lub zgoła tragizmu, w jakich przyszło mu żyć.

czwartek, 19 marca 2026
Znowu o kościele. I o życiu zakonnym u dominikanów
Tadeusz Bartoś jest obecnie cenionym filozofem, wypowiadającym się też jako publicysta społeczny i krytyk kościoła, z którym po 20 latach życia zakonnego rozstał się w sposób definitywny.
Przeczytałem niedawno jego wywiad-rzekę Bóg odszedł z poczuciem winy (Prószyński i Ska, 2025) z niezwykle ostatnio aktywnym pisarsko adwokatem Arturem Nowakiem, obrońcą sądowym ofiar pedofilii w kościele, której sam w dzieciństwie doświadczył.
Można ten wywiad odczytać jako opis drogi od żarliwej religijności do całkowitego rozbratu z religią. W rezultacie i ja przestałem uważać się za ateistę. Podobnie jak Bartoś zacząłem uwaźać, że spory o istnienie lub nieistnienie Boga są jałowe. Po prostu stałem się całkowicie areligijny. Wiem, że rozmaite religie mają swoje bóstwa i można się nimi interesować, tak jak ktoś interesuje się np. drzewami nie będąc dendrologami ani amatorami dendrologii.
Tadeusz Bartoś spędził dzieciństwo w Krotoszynie i podobnie jak starszy brat został ministrantem, czemu sprzyjała zwłaszcza bardzo religijna matka. Z sentymentem wspomina rodzinny dom i miasto oraz tamtejsze zwyczaje oraz charakterystyczną dla Wielkopolski polszczyznę. Razem z podstawówką odbywał też edukację muzyczną i zgodnie z tym zainteresowaniem oraz talentem wybrał średnią szkołę muzyczną w Poznaniu i mieszkanie w internacie. Ciekawie opowiada o swoistej stratyfikacji adeptów do zawodowego muzykowania. Swoistą elitę uczniów stanowili przyszli pianiści (którzy zresztą zostawali potem nauczycielami muzyki , a bardzo rzadko wirtuozami), następnie grający na instrumentach smyczkowych, a najniższą pozycję w hierarchii mieli grający na instrumentach dętych. Bartoś specjalizował się właśnie w grze na saksofonie i lubił występować na rozmaitych imprezach uczniowskich, a także religijnych.
Poznań w latach 80-tych był silnym ośrodkiem religijnym, w którym prym wiedli uchodzący za intelektualistów dominikanie, z legendarnym ojcem Janem Górą, organizatorem Spotkań Młodzieży w Lednicy. Imponowali oni swoją charyzmą poznańskiej młodzieży katolickiej. W efekcie Tadeusz Bartoś zdecydował się na wstąpienie do zakonu. Starał się być gorliwym mnichem, przestrzegającym literalnie obowiązujących zasad i pełnego posłuszeństwa wobec zwierzchników, które dopiero w życiu klasztornym stawało się trudne do zniesienia, zwłaszcza dla kogoś oczytanego nie tylko w świętych księgach i o otwartym umyśle. Nawet zgoda na studia czy badania naukowe zależała od przełożonego. Dostawał je, dzięki czemu mógł ukończyć studia uniwersyteckie i zyskać kolejne stopnie naukowe. Dostał nawet możliwość korzystania z bibliotek zagranicznych.
Uświadomił sobie, że jako dorosły człowiek pewnym sensie nie odpowiadający na siebie: wszystko ma uregulowane: godzinę pobudki, porę modlitw, posiłków, nabożeństw i sam ma do dyspozycji godziny wolne. Które wykorzystywał na lektury, a przejął się zwłaszcza pismami Nietzschego oraz na pisanie do pism katolickich: "Tygodnika Powszechnego", "Więzi" i innych uznawanych za należące do tzw. kościoła otwartego.
W końcu zdecydował się na formalne porzucenie życia zakonnego, choć to rzadki wypadek. Częściej zakonnicy uzyskawszy zgodę na czasowe opuszczenie klasztoru już doń nie wracali. Dzięki czemu unikali koniecznych formalności, nacisków, perswazji. A i tak zakon ustalał jego adres zamieszkania i wysyłał wezwania do powrotu, bo jest stałą praktyką zakonów katolickich. Przeciwstawił temu np. regułę zakonów buddyjskich, w któryc można w dowolnym momencie został zakonnikiem i w dowolnym momencie bez żadnych konsekwencji klasztor i życie zakonne opuścić.
Pominąłęm tu ciekawe rozważania na temat religii monoteistycznych czy zjawisk z zakresu psychologii społecznej.
Pytany o apostazję stwierdził, że jest to poddanie się procedurom kościelnym, w efekcie których i tak pozostaje zapis w księdze parafialnej, ale opatrzony dodatkowo wpisem "fugitivus", czyli zbieg. Więc poddawanie się tej procedurze właściwie niczego nie zmienia.
Dzięki elokwencji byłego zakonnika i błyskotliwemu poczuciu humoru, książka czyta się sama. Jest tu dużo zdjęć obrazujących biografię rozmówcy
sobota, 14 marca 2026
Przeczytałem romans
Lektury dobieram sobie na różne sposoby: przeglądając tygodniki i miesięcznik "Odra", portale internetowe, przeglądając półkę nowości w lokalnej bibliotece. Raczej nie polegam na sugestiach znajomych, choć czasem się zdarza. A czasem po prostu coś mi wpada w ręce i wciąga.
Na podstawie tygodników sporządziłem listę książek, które chciałbym znaleźć pod choinką i oddałem obu moim synowym. One już uzgodniły między sobą, która co kupi. I tak na podstawie notki w "Angorze" na liście życzeń znalazła się powieść Marleny Wittstock Pewnego razu w Wolnym Mieście (Szara Godzina, 2025), stanowiąca jak się okazało ostatnią część trylogii Miasto popiołów. Taką obyczajową sagą, której akcja toczy się w Wolnym Mieście Gdańsku wśród zamieszkujących tu Niemców i stanowiących mniejszość Polaków.
Wojna rozdzieliła mających się ku sobie zamężną Niemkę Ritę, której mąż został wcielony do Wehrmachtu i rzucony na front wschodni. Została w swojej willi w Oliwie z kilkuletnim synem, który zmarł. Odwiedza go na cmentarzu.
Do Wehrmachtu został też wcielony w 1941 roku Jan, choć przecież był potrzebny w mieście jako strażak. Pociąg wiozący go na wschód został jednak wykolejony niedaleko Gdańska przez oddział lokalnej partyzantki o nazwie Gryf Pomorski. Lekko ranny został rozpoznany przez znajomego sprzed wojny dowódcę oddziału i przystaje do zespołu. Jego żona trafiła do obozu w Stuthofie.
Kiedy wiadomo już, że Gdańsk został odbity od Niemców przez armię sowiecką. Jan decyduje się wracać do miasta. Traf chciał, że zobaczył w pobliżu cmentarza sowieckiego sołdata próbującego zgwałcić kobietę i już na niej leżał. Zdążył uderzyć go śmiertelnie kamieniem w głowę. Okazuje się, że kobietą jest Rita.
Zamieszkują na kilka miesięcy w leśniczówce poza miastem, a potem decydują się wrócić do miasta, opuszczonego tymczasem przez armię. Jej willa została zburzona, jego dom w centrum miasta ocalał. Spokojne życie, w którym Jan utrzymuje całą trójkę pracując znów jako strażak, burzy jednak wieść, że w szpitalu leży ocalała z obozu żona Jana. Zabierają ją do domu. Rodzi się jeszcze ich córka. Wnet Rita zostaje jednak zdekonspirowana jako Niemka i zmuszona do wyjazdu do Niemiec, gdzie niedaleko Berlina ma rodzinę i tam wyrusza.
Na tym komplikacje się nie kończą, wręcz narastają, bo okazuje się, że mąż Rity wrócił z wojny, ale ale kto ciekaw, ten do książki sięgnie. Jak to w powieści tego typu sprawy powoli zaczynają się układać, choć nie końca.
Powieść jest dość oryginalnie skonstruowana. Na przemian o wspólnych losach opowiadają Rita i Jan, prezentując swój punkt widzenia

środa, 25 lutego 2026
Kryminał po czesku
Rzecz dzieje się po czeskiej stronie pasma gór Szumawy u źródeł królowej czeskich rzek, tuż przy granicy z Niemcami i parę kilometrów od granicy z Austrią. Wiele lat po wojnie wciąż jeszcze tkwi wśród mieszkańców pamięć o umiejscowionym tu oddziale obozu koncentracyjnego, do którego co kilka miesięcy do pracy zwożono po około 150 jeńców sowieckich, a tych wcześniej dowiezionych nie odwożono, więc najpewniej ginęli lub umierali.
Żyje tu mocno wiekowa kobieta z córką, zięciem i wnuczką. Wedle niektórych mieszkańców należała ona do załogi tego obozu.
Praktykujący tu lekarz Maryska znajduje w lesie na stoku góry siedemnastoletnią dziewczynę, ubraną w pasiak z gwiazdą Dawida.
Policja powiatowa, którą kieruje zesłany za niedociągnięcia w komendzie stołecznej ze stolicy komisarz natychmiast podejmuje śledztwo, z którym wiąże nadzieje na odbudowanie pozycji zawodowej. Oczywiście przesłuchiwany jest i lekarz, który stara się gorliwie pomagać policji, czym zaczyna wzbudzać podejrzenie, że ma ze śmiercią dziewczyny coś wspólnego.
Co było dalej, dowiedzą się ci, co zechcą sięgnąć po tę bez wątpienia świetnie napisaną powieść z zaskakującym - jak to w kryminale - zakończeniem.
Autorka przekonująco przedstawia realia czeskiej prowincji, rysuje sylwetki postaci oraz tło historyczne i obyczajowe.
