niedziela, 7 czerwca 2026

Nasi Niemcy

 Kiedy brałem do ręki książkę Macieja Falkowskiego Nasi Niemcy (Wydawnictwo Czarne, 2026) sądziłem, że tu chodzi o innych Niemców niż ci, którzy na terenach Polski osiedlali się lub byli osiedlani już od XIV wieku.
Otóż po zliberalizowaniu relacji między Polską a Niemcami Zachodnimi w połowie lat siedemdziesiątych na tzw. Ziemie Odzyskane (choć po prawdzie bardziej wyzyskane) zaczęły przyjeżdżać wycieczki Niemców, głównie starszych do swego dawnego Heimatu. Chcieli zobaczyć swoje dawne domy, jeśli nie zostały zburzone w czasie wojny lub pokazać je swoim dzieciom. Przyjeżdżały też, prywatne osoby. Przede wszystkim do wsi i małych miasteczek, gdzie zbiorowe wycieczki nie docierały.
Przyjeżdżali też do mojej rodzinnej wsi. Moi rodzice gościli dwie pary Niemców, których mężczyźni pochodzili z tej wsi. Jeden, syn nauczycieli, mieszkał w szkole, a drugi w domu, z którego zostały porośnięte krzakami fundamenty. miało się wrażenie, że połowa mieszkańców miała "swoich Niemców". Niektórzy  przyjeżdżali wielokrotnie swoimi samochodami w tych okolicach nie widywanymi. Kiedy już zorientowali się, że są mile widziani, za drugim i następnym razem przywodzili kawę, kakao, jakieś elementy odzienia dla kobiet i dzieci. A wyjeżdżali głównie z polską wódką. Nasi Niemcy, ci, to znaczy ci, których gościli moi rodzice, szczególnie cenili sobie "cubrowkę", czyli żubrówkę. 
A kiedy przyjechali za drugim razem, zabrali mnie na dwa tygodnie do siebie. Była to dla mnie znakomita okazja do konwersacji w języku niemieckim. Co prawda, gdym spytał,  czy dobrze mówię po niemiecku, Gundula, żona Guenthera, odpowiedziała "Stefan, du sprichst in Goethesprache" . No, ale nas uczono literackiej niemczyzny... 
O wielu z tych goszczonych przez polskich gospodarzy Niemcy pamiętali po wprowadzeniu stanu wojennego. W paczkach była na ogół kawa, kakao, olej, czekolady, [uszki z mięsem. Czyli to, czego brakowało, gdy gościli w Polsce już kilka lat wcześniej
Ale książka Falkowskiego jest nie o tym. Autor uświadamia czytelnikom, że Niemcy mieszkali na Ziemiach polskich już setki wieków. Osiedlali się, gdyż w przeciwieństwie do ich ojczyzny, lub raczej ojczyzn było tu dużo ziemi do zagospodarowania, nierzadko poczynając od wykarczowania lasu i zbudowania domów - mieszkalnych i gospodarczych. Z reguły mogli gospodarować na lepszych warunkach niż miejscowi, zwolnieni od obowiązku pańszczyzny i mogący sprzedać plony ze swoich gospodarstw wedle własnego uznania. 
Zapraszali ich też wielmoże, którym zależało na zwiększeniu wydajności ziem lub powiększeniu ich powierzchni uprawnych. Tak nad dolny bieg Wisły i Pomorze Holendrzy, wprawieni w gospodarowaniu na terenach rozlewisk, którzy umieli uczynić je żyznymi uprawnymi glebami przez budowę grobli, umacnianie brzegów rzek i jednocześnie racjonalną budowę domostw. Dziś właściwie już tylko w skansenach stoją ich domy mieszkalne i gospodarcze, a tu i ówdzie wraz ze wzrostem zainteresowania historią lokalną przedsiębiorczy pasjonaci odbudowali domy i wiatraki zwane "olędrami". Zaś dla zwykłych mieszkańców to nie byli żadni Olędrzy, tylko po prostu Niemcy. Inną wyraźnie wyodrębniającą się grupą byli bambrzy. Rolnicy sprowadzeni w okolice Poznania w drugiej połowie XVII wieku dla zagospodarowania tamtejszych ziem splądrowanych w czasie Wojny Trzydziestoletniej z Bambergii. Reprezentowali oni znacznie wyższą kulturą rolną. Mieli stanowić wzór dla miejscowej ludności, ale też i wzbudzali nie tylko ciekawość, ale zazdrość lub zawiść. Do dziś o bogatych rolnikach mówi się nie tylko w Wielkopolsce jako o bambrach.
Gościliśmy kilka lat temu w muzeum bamberskim w Poznaniu, w charakterystycznym dla kultury barberskiej domu i jego wyposażeniu. Polecam każdemu, kto wpadnie w celach turystycznych do Poznania. Niema tam zbyt wielu odwiedzających, ale jak ktoś tam wpadnie i trafi na kierownika, nie wyjdzie szybciej niż po dwóch godzinach.
W Wilamowicach koło Bielska-Białej tamtejsi przybysze z Niemiec przez wieki stworzyli charakterystyczny język wilamowicki, będący mieszaniną śląszczyzny i niemczyzny ze specyficzną wymową i gramatyką. Dziś tradycja tego języka na nowo ożywa i nawet chętni mogą się go uczyć na specjalnych kursach. 
Na Podkarpaciu też znalazła się pokaźna grupa Niemców, która dość dobrze zasymilowała się z miejscowymi. Obecny prezes IPN dr Szpytma tłumaczy, że jego nazwisko jest efektem skrócenia przez proboszcza w księdze parafialnej przez pominięcie ostatniej litery nazwiska. Na tej samej zasadzie funkcjonuje też nazwisko Tejchma -  od Teichmann (człowiek znad stawu). 
Ci przybysze przez wieki zżyli się z tą ziemią. Co prawda w czasie okupacji masowo wpisani zostali na listy jako folksdojcze,co jednak nie budziłó do niech niechęci ze strony miejscowej ludności. A po wojnie wielu bardzo niechętnie poddali się akcji przesiedleń.
Autor gromadząc materiały do książki, odkrył, że sam jest wnukiem mieszkającej w Stargardzie Janiny Wiśniewskiej, z domu Kohls. Każe to przypuszczać, że niejedno z nas ma wśród swoich przodków osiadłych tu Niemców.
Przedstawiłem tu tylko kilka z wielu historii zebranych w wyniku podróży po kraju, rozmów, lektury dokumentów i oglądu zachowanych domów. Materiał opatrzony jest bogatą bibliografią. Szkoda, że nie ma tu zdjęć.

Nasi Niemcy


sobota, 25 kwietnia 2026

Pamięć obozów i pieców krematoryjnych

Zanim sięgnę po powieść zeszłorocznego węgierskiego noblisty węgierskiego, sięgnąłem po najbardziej znaną powieść noblisty z 2003 r. Imre Kertesza Los utracony, której szóste polskie wydanie ukazało się nakładem wydawnictwa W.A.B. w 2022 r.
Autor urodzony w budapeszteńskiej rodzinie żydowskiej, na rok przed zakończeniem wojny trafił do obozu zagłady Auschwitz, skąd został przewieziony do Buchenwaldu.
Potrzebował 30 lat, żeby zebrać się i zawrzeć pamięć o przeżyciach i nadać im postać - debiutanckiej - powieści.
Bohaterem i narratorem jest piętnastolatek, który spędza wolny czas na zabawach z żydowskimi kolegami. Dba o to, żeby naszyta na wierzchnią odzież gwiazda Dawida była dobrze umocowana i widoczna, żeby nie narazić się żandarmom i przy okazji nie sprawić kłopotów ojcu i macosze, bo wiele nie trzeba, żeby odebrać mu sklep i kto wie, czy nie zesłać do obozu. 
W pewnym momencie żydowscy nastolatkowie zostali zobowiązani do pracy. Wraz z rówieśnikami, ale i dorosłymi, dojeżdża do fabryki za miastem. Jednak któregoś dnia autobus zostaje zatrzymany, a wszyscy Żydzi zmuszeni do jego opuszczenia. Stąd zawiezieni są na stację kolejową i w straszliwym tłoku, głodzie dowiezieni do bramy obozu w Auschwitz. Tam otoczeni przez załogę obozową i oficerów niemieckich byli dzieleni. Ktoś ze starszych mężczyzn pouczył chłopca, żeby pytany mówił Zechcejn. Kiedy już wraz innymi maszerował w jedną stronę, a pozostali w drugą, zorientował się, że gdyby podał prawdziwy wiek, jego droga wiodłaby do komór gazowych. A tak uciążliwy, upokarzający rytuał: oddanie odzieży, w której przyjechali i nadzy, zdezynfekowani jakimś proszkiem, ostrzyżeni na łyso, z wytatuowanym numerem na przedramieniu, otrzymali obozowe pasiaki, drewniane trepy na nogi dostali obozową zupę. Nasz bohater choć głodny, nawet jej nie tknął. Potem rozesłani do baraków, gdzie po dwóch dostali miejsca na drewnianych piętrowych narach i jednym kocem mogli się przykryć. Drugiego dnia zupa już dała się zjeść, a trzeciego już nawet na nią czekał. I od tych, dowiedział się, że ci pierwsi do zupy dostaną najchudszą, ale na pewno. Ci na końcu mogą dostać gęstszą z dna, ale może też i jej dla nich nie wystarczyć. No i codzienne budzenie okrzykami, wyczerpujące apele i ciągły głód.
Po krótkim czasie został przewieziony do Buchenwaldu. Tam głód i praca nad siły, doprowadziły chłopca do całkowitej utraty chęci do życia. Bronił się przed pójściem na oddział dla chorych, bo mógł wprawdzie być leczony, ale mógł też być uznany za przypadek beznadziejny i albo krematorium albo śmierć z braku sił nawet do stanięcia po zupę. Towarzysze niedoli  zanieśli go na oddział. Tam lekarz - francuski więzień - spróbował go leczyć, a gdy podratował go, wstawił się za nim u niemieckiego lekarza. Na tym oddziale dostał już nie tylko odrębne łóżko, ale z siennkiem i kołdrą oraz treściwsze jedzenie. Do lekarza na codzienne oględziny był jednak początkowo noszony przez rosyjskiego więźnia, bo sam był za słaby. A gdy już mógł sam chodzić, któregoś rana zamiast słyszanych codziennie komend z glośników w kierunku więźniów usłyszał wezwanie do załogi obozu, żeby opuściła obóz. 
Wnet pojawili się amerykańcy żołnierze. Ugotowali dla więżniów prawdziwą treściwą zupę gulaszową, dali cieplejsze, choć obozowe odzienie i buty oraz długi sięgający prawie do ziemi plecak z jedzeniem i piciem. Różnymi przygodnymi środkami lokomocji, czasem też pieszo, a na końcu pociągiem dotarł do Budapesztu. W mieszkaniu, który zajmował z rodziną mieszkali już inni, ojciec nie wrócił, a macocha ma już nowego męża. Ale trafił do sąsiadów. Oczywiście musiał opowiedzieć o życiu w obozie, upewnić ciekawych, że były piece krematoryjne. W odpowiedzi usłyszał, że im też nie było lekko. 
W tym momencie przypomniała mi się scena z powieści Wasilija Grossmana Wszystko płynie. Tam wracający z GuŁaG-u więzień słyszy to od swego moskiewskiego kuzyna, który tymczasem robił karierę naukową "Nam też nie było lekko".
Powieść kończą refleksje nastolatka, który w rok wydoroślał i w rozmowie z dziennikarzem, który zachęca go do spisania tego, co widział i zapamiętał, a ten twierdzi, że ta prawda ma szerszy wymiar niż historia przeżyć jego człowieka. 
I pewnie to jest już refleksja, na którą autor powieści sam potrzebował pewnego dystansu

Zdjęcie produktu Los utracony - Kertesz Imre | Książka w Empik




wtorek, 14 kwietnia 2026

Mała towarzyszka spod Tallina

Kilkuletnia Leelo Tungal (tak samo nazywa się autorka powieści , więc pewnie bazuje ona na swojej biografii) słyszy, że funkcjonariuszka partii przyjechała z miasta, żeby nakłonić jej tatę do objęcia stanowiska dyrektora szkoły i zwraca się się doń "towarzyszu". Wychodząc zaś zauważa małą i nazywa ją małą towarzyszką. Rozumie więc, że takie zwracanie się do kogoś oznacza szacunek. I czuje się dumna z tego tytułu. 
Akcja powieści Mała towarzyszka i listy (Wrocław, Kolegium Europy Wschodniej, 2024) toczy się na początku lat pięćdziesiątych minionego wieku, kiedy Estonia nie jest już suwerennym państwem, tylko częścią Związku Sowieckiego. Ludzie narzekając na kolejki w sklepach, marną rozmaitość i liczbę towarów, wspominają niedawne lata i o nich z sentymentem mówią "w Estonii". Na tle aktualnej sytuacji jawi się ona jako kraj zgoła idylliczny: nie tylko sklepy pełne były towarów, ale o wszystkim można otwarcie rozmawiać, nie bać się, że ktoś usłyszy i doniesie i nie bano się policjantów.
Mała Leelo mieszka z tatą i z często bywającą u nich w domu ciotką, która rygorystycznie przestrzega, żeby dziewczynka regularnie piła tran, jadała tylko to, co służy jej zdrowiu i rozwojowi, a słodycze dostawała rzadko i w małych ilościach. Nie jest więc przez mała lubiana. W domu jest też pies i kot. W wolnych chwilach pośpiewuje sobie piosenki, których nauczyła się w przedszkolu, nie zdając sobie specjalnie sprawy z ich propagandowych treści. Lubi słuchać czytanych jej książek dla dzieci. I sama, literka po literce, uczy się ich, aby w końcu samodzielnie czytać. Z czego jest dumna i się chwali. Sama zresztą opowiada całą swoją historię, bo powieść pisana jest z perspektywy dziewczynki.
Matka Leelo byłą dyrektorką szkoły, w której teraz pracuje jej tata i dla ratowania budżetu domowego hoduje pszczoły i sprzedaje miód oraz pomaga stryjowi w tartaku. W ogóle bracia się wzajemnie wspierają.
Po mamę któregoś dnia przyjechali mężczyźni w czarnych ni to garniturach, ni uniformach i zabrali. Teraz jest gdzieś na Syberii i odsiaduje wyrok 25 lat więzienia. W jej sprawie tata regularnie pisze listy do rozmaitych urzędów z prośbą o ułaskawienie żony. I co pewien czas otrzymuje z tych ważnych instytucji, że prośba została odrzucona. Będący świadkiem odczytania takiego listu stryj dziewczynki pociesza tatę "Ale przynajmniej wiesz, że żyje".
Wobec świadomości o wszechobecnej inwigilacji dorośli starają się rozmawiać pod nieobecności Leelo, ale gdy orientują się, że jednak coś mogła usłyszeć, bo jest ciekawa rozmów dorosłych, ostrzegają ją, żeby z z nikim nie rozmawiała. I oczywiście nie powtarza. Bo tata powiedział, że jak będzie grzeczna, będzie się go i ciotki słuchać i będzie ładnie zasypiała, mamusia szybciej wróci z więzienia. 
W końcu jednak oprócz kolejnego listu o odmowie ułaskawienia przyszedł list od mamy, w którym opisała życie w tajdze, ciężkiej pracy przy wycince drzew, wyżywieniu wystarczającym, żeby przeżyć i okrucieństwie  dozorców. Ale przynajmniej pozwolono jej napisać, co może świadczyć, że nadeszła i jakaś zmiana i nadzieja na zmianę.
To już kolejna powieść, którą przeczytałem, opowiedziana przez dziecko. Pozornie pogodna narracja kryje jednak ogrom opresji lub zgoła tragizmu, w jakich przyszło mu żyć.

Okładka książki Mała towarzyszka i listy autora Leelo Tungal, 9788378933137

 

 

czwartek, 19 marca 2026

Znowu o kościele. I o życiu zakonnym u dominikanów

Tadeusz Bartoś jest obecnie cenionym filozofem, wypowiadającym się też jako publicysta społeczny i krytyk kościoła, z którym po 20 latach życia zakonnego rozstał się w sposób definitywny.
Przeczytałem niedawno jego wywiad-rzekę Bóg odszedł z poczuciem winy (Prószyński i Ska, 2025) z niezwykle ostatnio aktywnym pisarsko adwokatem Arturem Nowakiem, obrońcą sądowym ofiar pedofilii w kościele, której sam w dzieciństwie doświadczył.
Można ten wywiad odczytać jako opis drogi od żarliwej religijności do całkowitego rozbratu z religią. W rezultacie i ja przestałem uważać się za ateistę. Podobnie jak Bartoś zacząłem uwaźać, że spory o istnienie lub nieistnienie Boga są jałowe. Po prostu stałem się całkowicie areligijny. Wiem, że  rozmaite religie mają swoje bóstwa i można się nimi interesować, tak jak ktoś interesuje się np. drzewami nie będąc dendrologami ani amatorami dendrologii.
Tadeusz Bartoś spędził dzieciństwo w Krotoszynie i podobnie jak starszy brat został ministrantem, czemu sprzyjała zwłaszcza bardzo religijna matka. Z sentymentem wspomina rodzinny dom i miasto oraz tamtejsze zwyczaje oraz charakterystyczną dla Wielkopolski polszczyznę. Razem z podstawówką odbywał też edukację muzyczną i zgodnie z tym zainteresowaniem oraz talentem wybrał średnią szkołę muzyczną w Poznaniu i mieszkanie w internacie. Ciekawie opowiada o swoistej stratyfikacji adeptów do zawodowego muzykowania. Swoistą elitę uczniów stanowili przyszli pianiści (którzy zresztą zostawali potem nauczycielami muzyki , a bardzo rzadko wirtuozami), następnie grający na instrumentach smyczkowych, a najniższą pozycję w hierarchii mieli grający na instrumentach dętych. Bartoś specjalizował się właśnie w grze na saksofonie i lubił występować na rozmaitych imprezach uczniowskich, a także religijnych.
Poznań w latach 80-tych był silnym ośrodkiem religijnym, w którym prym wiedli uchodzący za intelektualistów dominikanie, z legendarnym ojcem Janem Górą, organizatorem Spotkań Młodzieży w Lednicy. Imponowali oni swoją charyzmą poznańskiej młodzieży katolickiej. W efekcie Tadeusz Bartoś zdecydował się na wstąpienie do zakonu. Starał się być gorliwym mnichem, przestrzegającym literalnie obowiązujących zasad i pełnego posłuszeństwa wobec zwierzchników, które dopiero w życiu klasztornym stawało się trudne do zniesienia, zwłaszcza dla kogoś oczytanego nie tylko w świętych księgach i o otwartym umyśle. Nawet zgoda na studia czy badania naukowe zależała od przełożonego. Dostawał je, dzięki czemu mógł ukończyć studia uniwersyteckie i zyskać kolejne stopnie naukowe. Dostał nawet możliwość korzystania z bibliotek zagranicznych.
Uświadomił sobie, że jako dorosły człowiek  pewnym sensie nie odpowiadający na siebie: wszystko ma uregulowane: godzinę pobudki, porę modlitw, posiłków, nabożeństw i sam ma do dyspozycji godziny wolne. Które wykorzystywał na lektury, a przejął się zwłaszcza pismami Nietzschego oraz na pisanie do pism katolickich: "Tygodnika Powszechnego", "Więzi" i innych uznawanych za należące do tzw. kościoła otwartego.
W końcu zdecydował się na formalne porzucenie życia zakonnego, choć to rzadki wypadek. Częściej zakonnicy uzyskawszy zgodę na czasowe opuszczenie klasztoru już doń nie wracali. Dzięki czemu unikali koniecznych formalności, nacisków, perswazji. A i tak zakon ustalał jego adres zamieszkania i wysyłał wezwania do powrotu, bo jest stałą praktyką zakonów katolickich. Przeciwstawił temu np. regułę zakonów buddyjskich, w któryc można w dowolnym momencie został zakonnikiem i w dowolnym momencie bez żadnych konsekwencji klasztor i życie zakonne opuścić. 
Pominąłęm tu ciekawe rozważania na temat religii  monoteistycznych czy zjawisk z zakresu psychologii społecznej.
Pytany o apostazję stwierdził, że jest  to poddanie się procedurom kościelnym, w efekcie których i tak pozostaje zapis w księdze parafialnej, ale opatrzony dodatkowo wpisem "fugitivus", czyli zbieg. Więc poddawanie się tej procedurze właściwie niczego nie zmienia.
Dzięki elokwencji byłego zakonnika i błyskotliwemu poczuciu humoru, książka czyta się sama. Jest tu dużo zdjęć obrazujących biografię rozmówcy
Okładka książki Bóg odszedł z poczuciem winy. Tadeusz Bartoś w rozmowie z Arturem Nowakiem autora Tadeusz Bartoś, Artur Nowak, 9788383912301


sobota, 14 marca 2026

Przeczytałem romans

Lektury dobieram sobie na różne sposoby: przeglądając tygodniki i miesięcznik "Odra", portale internetowe, przeglądając półkę nowości w lokalnej bibliotece. Raczej nie polegam na sugestiach znajomych, choć czasem się zdarza. A czasem po prostu coś mi wpada w ręce i wciąga.
Na podstawie tygodników sporządziłem listę książek, które chciałbym  znaleźć pod choinką i oddałem obu moim synowym. One już uzgodniły między sobą, która co kupi. I tak na podstawie notki w "Angorze" na liście życzeń znalazła się powieść Marleny Wittstock Pewnego razu w Wolnym Mieście (Szara Godzina, 2025), stanowiąca jak się okazało ostatnią część trylogii Miasto popiołów.  Taką obyczajową sagą, której akcja toczy się w Wolnym Mieście Gdańsku wśród zamieszkujących tu Niemców i stanowiących mniejszość Polaków.
Wojna rozdzieliła mających się ku sobie zamężną Niemkę Ritę, której mąż został wcielony do Wehrmachtu i rzucony na front wschodni. Została w swojej willi w Oliwie z kilkuletnim synem, który zmarł. Odwiedza go na cmentarzu.
Do Wehrmachtu został też wcielony w 1941 roku Jan, choć przecież był potrzebny w mieście jako strażak. Pociąg wiozący go na wschód został jednak wykolejony niedaleko Gdańska przez oddział lokalnej partyzantki o nazwie Gryf Pomorski. Lekko ranny został  rozpoznany przez znajomego sprzed wojny dowódcę oddziału i przystaje do zespołu. Jego żona trafiła do obozu w Stuthofie.
Kiedy wiadomo już, że Gdańsk został odbity od Niemców przez armię sowiecką. Jan decyduje się wracać do miasta. Traf chciał, że zobaczył w pobliżu cmentarza sowieckiego sołdata próbującego zgwałcić kobietę i już na niej leżał. Zdążył uderzyć go śmiertelnie kamieniem w głowę. Okazuje się, że kobietą jest Rita.
Zamieszkują na kilka miesięcy w leśniczówce poza miastem, a potem decydują się wrócić do miasta, opuszczonego tymczasem przez armię. Jej willa została zburzona, jego dom w centrum miasta ocalał.  Spokojne życie, w którym Jan utrzymuje całą trójkę pracując znów jako strażak, burzy jednak wieść, że w szpitalu leży ocalała z obozu żona Jana. Zabierają ją do domu. Rodzi się jeszcze ich córka. Wnet Rita zostaje jednak zdekonspirowana jako Niemka i zmuszona do wyjazdu do Niemiec, gdzie niedaleko Berlina ma rodzinę i tam wyrusza.
Na tym komplikacje się nie kończą, wręcz narastają, bo okazuje się, że mąż Rity wrócił z wojny, ale ale kto ciekaw, ten do książki sięgnie. Jak to w powieści tego typu sprawy powoli  zaczynają się układać, choć nie końca.
Powieść jest dość oryginalnie skonstruowana. Na przemian o wspólnych losach opowiadają Rita i Jan, prezentując swój punkt widzenia

Okładka książki Miasto popiołów autora Marlena Wittstock, 9788368302547