sobota, 14 marca 2026

Przeczytałem romans

Lektury dobieram sobie na różne sposoby: przeglądając tygodniki i miesięcznik "Odra", portale internetowe, przeglądając półkę nowości w lokalnej bibliotece. Raczej nie polegam na sugestiach znajomych, choć czasem się zdarza. A czasem po prostu coś mi wpada w ręce i wciąga.
Na podstawie tygodników sporządziłem listę książek, które chciałbym  znaleźć pod choinką i oddałem obu moim synowym. One już uzgodniły między sobą, która co kupi. I tak na podstawie notki w "Angorze" na liście życzeń znalazła się powieść Marleny Wittstock Pewnego razu w Wolnym Mieście (Szara Godzina, 2025), stanowiąca jak się okazało ostatnią część trylogii Miasto popiołów.  Taką obyczajową sagą, której akcja toczy się w Wolnym Mieście Gdańsku wśród zamieszkujących tu Niemców i stanowiących mniejszość Polaków.
Wojna rozdzieliła mających się ku sobie zamężną Niemkę Ritę, której mąż został wcielony do Wehrmachtu i rzucony na front wschodni. Została w swojej willi w Oliwie z kilkuletnim synem, który zmarł. Odwiedza go na cmentarzu.
Do Wehrmachtu został też wcielony w 1941 roku Jan, choć przecież był potrzebny w mieście jako strażak. Pociąg wiozący go na wschód został jednak wykolejony niedaleko Gdańska przez oddział lokalnej partyzantki o nazwie Gryf Pomorski. Lekko ranny został  rozpoznany przez znajomego sprzed wojny dowódcę oddziału i przystaje do zespołu. Jego żona trafiła do obozu w Stuthofie.
Kiedy wiadomo już, że Gdańsk został odbity od Niemców przez armię sowiecką. Jan decyduje się wracać do miasta. Traf chciał, że zobaczył w pobliżu cmentarza sowieckiego sołdata próbującego zgwałcić kobietę i już na niej leżał. Zdążył uderzyć go śmiertelnie kamieniem w głowę. Okazuje się, że kobietą jest Rita.
Zamieszkują na kilka miesięcy w leśniczówce poza miastem, a potem decydują się wrócić do miasta, opuszczonego tymczasem przez armię. Jej willa została zburzona, jego dom w centrum miasta ocalał.  Spokojne życie, w którym Jan utrzymuje całą trójkę pracując znów jako strażak, burzy jednak wieść, że w szpitalu leży ocalała z obozu żona Jana. Zabierają ją do domu. Rodzi się jeszcze ich córka. Wnet Rita zostaje jednak zdekonspirowana jako Niemka i zmuszona do wyjazdu do Niemiec, gdzie niedaleko Berlina ma rodzinę i tam wyrusza.
Na tym komplikacje się nie kończą, wręcz narastają, bo okazuje się, że mąż Rity wrócił z wojny, ale ale kto ciekaw, ten do książki sięgnie. Jak to w powieści tego typu sprawy powoli  zaczynają się układać, choć nie końca.
Powieść jest dość oryginalnie skonstruowana. Na przemian o wspólnych losach opowiadają Rita i Jan, prezentując swój punkt widzenia

Okładka książki Miasto popiołów autora Marlena Wittstock, 9788368302547

środa, 25 lutego 2026

Kryminał po czesku

 Rzecz dzieje się po czeskiej stronie pasma gór Szumawy u źródeł królowej czeskich rzek, tuż przy granicy z Niemcami i parę kilometrów od granicy z Austrią. Wiele lat po wojnie wciąż jeszcze tkwi wśród mieszkańców pamięć o umiejscowionym tu oddziale obozu koncentracyjnego, do którego co kilka miesięcy do pracy zwożono po około 150 jeńców sowieckich, a tych wcześniej dowiezionych nie odwożono, więc najpewniej ginęli lub umierali. 
Żyje tu mocno wiekowa kobieta z córką, zięciem i wnuczką. Wedle niektórych mieszkańców należała ona do załogi tego obozu.
Praktykujący tu lekarz Maryska znajduje w lesie na stoku góry siedemnastoletnią dziewczynę, ubraną w pasiak z gwiazdą Dawida. 
Policja powiatowa, którą kieruje zesłany za niedociągnięcia w komendzie stołecznej ze stolicy komisarz natychmiast podejmuje śledztwo, z którym wiąże nadzieje na odbudowanie pozycji zawodowej. Oczywiście przesłuchiwany jest i lekarz, który stara się gorliwie pomagać policji, czym zaczyna wzbudzać podejrzenie, że ma ze śmiercią  dziewczyny coś wspólnego.
Co było dalej, dowiedzą się ci, co zechcą sięgnąć po tę bez wątpienia świetnie napisaną powieść z zaskakującym -  jak to w kryminale - zakończeniem.
Autorka przekonująco przedstawia realia czeskiej prowincji, rysuje sylwetki postaci oraz tło historyczne i obyczajowe.



niedziela, 22 lutego 2026

Dziennik węgierskiego pisarza

Już chyba pisałem o tym, że lubię czytać pamiętniki, dzienniki i wspomnienia znaczących postaci w świecie literatury i polityki. Przeczytałem np. wszystkie dziesięć tomów Dzienników politycznych Mieczysława F. Rakowskiego.
A zaczęło się od pozycji w lekturach do wykładu o współczesnej literaturze polskiej na I i II roku studiów. Był to pierwszy tom dzienników Jerzego Putramenta zatytułowanych Pól wieku. Potem był chyba Alfabet wspomnień Antoniego Słonimskiego i wiele późniejszych alfabetów (m. in. Kisiela i Urbana), Nowy świat i okolice Tadeusza Konwickiego, a w ostatnich latach m.in. Teodora Parnickiego, Stefana Chwina, Jacka Dehnela, kilka tomów dzienników Jana Józefa Szczepańskiego i Józefa Hena. W części dlatego, żeby poznać realia i klimat, w którym autorzy żyli i tworzyli, jak wyglądał ich proces twórczy, co stanowiło impuls ich działań lub podejmowania tematów lub  Nierzadko ich lektura motywowała mnie do głębszego poznania ich twórczości, ale częściej znajomość twórczości kazała mi sięgnąć po autobiograficzne materiały ich twórców.
Mieszanka tych motywów, a także lektura powieści Siostra, o której niedawno pisałem,  skłoniła mnie do kupienia i przeczytania opasłego drugiego tomu Dziennika Sandora Marai'ego, obejmującego lata  1949-1956, choć bardziej byłem ciekaw jego przeżyć wojennych zawartych w dziennikach czasu wojny. Ale pierwszego tomu nie ma w sprzedaży, a i biblioteki publiczne, a pewnie i większość naukowych, nie są skore do gromadzenia tego typu twórczości.
Był bardzo płodnym i uznanym pisarzem, ale już po wojnie władze komunistyczne zdecydowała o wycofaniu jego książek z bibliotek i księgarni i skazaniu ich na przemiał. Narastający terror władz, zapełnianie więzień "wrogami ludu" skłoniły pisarza do ermigracji w 1948 r.. Osiadł wraz z żoną i przybranym synem Lajosem w Neapolu, na co uzyskał zgodę władz państwa, którą jednak musiał co roku prolongować, bez widoku na możliwość osiedlenia się na stałe,
Od początku 1949 roku rozpoczyna się tom dziennika pisarza. Autor zachwyca się miastem, które już pod wojną poznał i jego częścią nad samym morzem, w którym zamieszkał. Może po raz któryś odwiedzać muzea i galerie, odwiedzać ulubione lokale gastronomiczne, odbywać długie spacery i wędkować. Często towarzyszy mu Lajos, który nie bez trudu aklimatyzuje się w miejscowej szkole i integruje z kolegami, ale szybko uczy się włoskiego. 
Nie jest wolny od trosk, bo zaczynają mu się kończyć fundusze. Wprawdzie podpisuje umowy na tłumaczenia swoich książek, ale wydawcy (niemieccy, brytyjscy, amerykańscy) nie rozliczają się  się uczciwie z należnych honorariów, a czasem wykonują dodruki bez jego wiedzy i zgody. Z czasem jednak te stosunki zaczynają się regulować. A ponadto pisarz nawiązuje współpracę z Radiem Wolna Europa. Jeździ do Rzymu, gdzie w tamtejszej rozgłośni daje swoje felietony i inne artykuły, a później powstaje możliwość nagrywania ich na miejscu i wysyłania do rozgłośni. 
Regularnie pisuje listy do brata, który pod innym nazwiskiem tworzy jako reżyser teatralny i filmowy, dokąd władze nie zamkną mu ust,i do matki. Obojgu grozi objęcie nakazem wysiedlania z Budapesztu osób mających rodzinę za granicą. Ostatecznie jednak do tego nie dochodzi.
Oczywiście, pisarz śledzi wieści z jego ojczyzny, które znajduje w dostępnej prawie i radiu.
Będąc świadomym, że pobyt w kochanym Neapolu jest coraz bardziej niepewny, Marai czyni starania o prawo osiedlenia się w Stanach Zjednoczonych. A gdy ją dostaje, osiada w Nowym Jorku. Lokalne władze i środowisko artystyczne zapewniają mu wygodne mieszkanie na obrzeżach miasta, nad rzeką Hudson, gdzie znowu może oddać się ulubionemu wędkowaniu i spacerom. 
Pisarz zafascynowany jest Ameryką i samym Nowym Jorkiem. I nie ma już problemów natury bytowej. Nadal współpracuje z RWE, publikuje  i wydaje książki.
W 1956 r. po upadku Rewolucji Węgierskiej rozgłośnia funduje mu podróż do Mochachium, gdzie może spotkać się z matką i bratem, którym umożliwiono wyjazd do Niemiec.
Autor przedstawia się jako konserwatysta i żarliwy katolik. Często przytacza jakąś myśl z Ewangelii lub któregoś z myślicieli katolickich. Ale też dzieli się własnymi myślami. Żadnej nie odnotowałem, bo co tu mówić, zdały mi się powierzchowne lub mało oryginalne.
Ze wstrętem wyraża się o osobach homoseksualnych, których nazywa wprost pedałami. Ale nie biorę tego za przejaw konserwatyzmu, lecz jako świadectwo epoki. Wtedy - i wiele dziesiątków lat potem - tak się o nich mawiało.
Z biografii pisarza wynika, że kochał swoją o rok od niego starszą żonę. Ale o ile często pisze o swoim synu, z którego postępów w nauce, dojrzałości myśli jest dumny, a o żonie ani słowa. Może to też świadectwo epoki?

Okładka książki Dziennik 1949-1956 autora Sándor Márai, 9788307034126

wtorek, 17 lutego 2026

Polska pod okupacją kościoła

Już chyba ponad miesiąc temu przeczytałem książkę Gehenna : kościelna okupacja Polski (Agora, 2025), która jest wywiadem-rzeką Artura Nowaka z prof. Stanisławem Obirkiem, który kilkanaście lat temu po zamknięciu mu ust przez władze zakonu jezuitów poczuł się zmuszony do opuszczenia zakonu oraz stanu duchownego. Jest obecnie profesorem na Uniwersytecie Warszawskim i zdeklarowanym krytykiem kościoła, a polskiego w szczególności.

W moim odbiorze, prof. Birek przekonująco dowodzi, zwłaszcza w pierwszym rozdziale, że Polska została wciągnięta w sferę władz kurii rzymskiej. O czymś, co głosi się jako chrzest Polski niewiele w gruncie rzeczy wiadomo. Niemiecki biskup Thietmar, żyjący na przełomie X i XI wieku, zwolennik cesarza Henryka II, kronikarz Niemiec, twierdził, że państwo Mieszka I jest krajem pogan i powinno został schrystianizowane. Gall Anonim, zakonnik i żyjący jeszcze później Wincenty Kadłubek, zakonnik, późniejszy jeszcze kronikarz sławili już Mieszka I, którzy przyjął chrzest, choć nie dysponowali żadnymi źródłami, żeby ustalić datę, kiedy to się stało. Nie wiadomo, jakim cudem przyjęto oficjalnie nie tylko rok, ale i datę tego zdarzenia. Pisali o tym, jak tworzył na ziemiach polskich biskupstwa i sprowadzał księży i biskupów. Choć tak naprawdę ludność na niektórych obszarach jeszcze w XIV w. czciła bożków słowiańskich.
Jakoś nie uwypukla się tego, że koronę na głowę Bolesława Chrobrego, który zdecydowanie umacniał władzę kościoła, włożył cesarz niemiecki w imieniu cesarstwa rzymskiego. I od tego czasu kontrolę nad rządami kolejnych władców w mniejszym lub większym stopniu sprawują biskupi i kardynałowie, ustanawiani przez Rzym, a tzw. lud Boży przez szeregowych kapłanów. A poniekąd puentą tej historii jest konkordat z 1993 r. , który faktycznie jest dyktatem Watykanu pod adresem rządu Polski.
Autorzy przypominają, że wszelkie bunty przeciw władzy, która wg kościoła pochodzi od Boga, były potępiane przez hierarchów kościoła.
W następnych rozdziałach mowa jest o korzeniach i historii antysemityzmu w kościele, o Janie Pawle i jego kręgu towarzysko-"zawodowego", o strażnikach naszej moralności i wybitnej roli w tym dziele zakonu jezuitów z Piotrem Skargą na czele, o kulcie maryjnym i wkładzie kard. Wyszyńskiego w dziele umocnienia kultury maryjnego, z którym wiązało się radykalne spłycenie katolicyzmu, sprowadzającego się do coraz bardziej czczych rytuałów.
Rozdział o wyzysku poświęcony  jest przywilejom dla kościoła nadanym mu przez  władze III Rzeczypospolitej. Jeśli się te wszystkie dobra zbierze w jednym miejscu, obraz okazuje się przerażający. Za to, że kościół siłami paru biskupów i księży wspierał opozycję w PRL-u zbiera do dziś olbrzymi haracz. Nie tylko w formie tzw. Komisji Majątkowej, która oddała lub wprost przekazała nieruchomości wartości ponad 6  miliardów złotych i ok. 66 tys. hektarów ziemi, w tym dobra, które z natury rzeczy nie mógł odebrać PRL, np. na Ziemiach Zachodnich. Kilka miliardów złotych uzbierało się się w formie Funduszu Kościelnego, wypłacanego co roku przez ponad 30 lat w kwocie, która już znacznie przekracza ćwierć miliarda rocznie. Miliardy płyną do Kościoła na skutek dyktatu Watykanu na skutek konkordatu. Państwo zobowiązało się do niekontrowanej przez nie katechezy od przedszkola po szkoły średnie, ustanowienie kapelanów w jednostkach wojskowych, na policji, w wojsku, szpitalach, a nawet w kancelarii prezydenckiej.  To nie koniec listy, autorzy wymieniają jeszcze inne.
Jako kluczowy odebrałem rozdział zatytułowany "Zniewolony umysł.  Katolicka toksyna". Autorzy stwierdzają coś co widać gołym okiem:że kościół w Polsce zamknął się w przedsoborowym bunkrze, że w teologii panuje całkowity marazm. Nie podejmuje się żadnych prób wyjścia poza myśl Jana Pawła. Cytatami z niego przeplatanymi zdaniami z Ewangelii żongluje się jak piłeczkami w cyrku. Cóż się dziwić, gdy polski papież ostro reagował na wszelkie przejawy wolnej myśli teologicznej na Zachodzie!
Stałym motywem w dyskusjach są utyskiwania na upadek moralności, co Jan Paweł II ujął w słowach, że człowiek  dziś żyje tak, jakby Boga nie było". Jakby nie zauważali, że z życia codziennego zniknęła niemal całkowicie przemoc, że nie rządzą nami okrutni władcy, a władza jest z wyboru i nie wymusza bezwzględnego posłuszeństwa, że w kulturze Zachodu eliminuje się dyskryminację mniejszości, że staliśmy się wrażliwi na dobrostan zwierząt itd. Kościół chciałby nadal żyć przeszłością ze wszystkimi jej patologiami oraz strachem przed Obcym. Ale w kościele, zwłaszcza polskim, dyskryminacja mniejszości, głoszenie posłuszeństwa, w tym żony wobec męża trwa jak gdyby nigdy nic. Zamiast ewangelizacji wytyka się nie tylko ateizm, ale i wszelkie "nowoczesne" praktykowanie wiary, np. księży , jak to się określa kościoła otwartego wraz z ich środowiskami.
Może nie nazwałbym tego gehenną, ale wpływ kościoła na nas wszystkich - wierzących i niewierzących jest  przemożny




środa, 7 stycznia 2026

Ostatnio przeczytałem

Przeczytałem jesienią parę książek, ale do tej pory nie podzieliłem się wrażeniami.
Oto one:

Marek Krajewski: Pojedynek (znalazłem u szwagrostwa podczas późnych wakacji, bo nic z domu nie zabrałem)
Jan Śtifter: Kolekcjoner śniegu
Petra Klabouchova: Źródła Wełtawy (lubię czeską literaturę)
Kamil Janicki: Warcholstwo
Sandor Marai: Dziennik 1949-1956)
Artur Nowak, Stanisław Obirek: Gehenna : kościelna okupacja Polski (mam zaczęte wrażenia z lektury, ale coś zacięło się z pisaniem)
Tadeusz Bartoś, Artur Nowak: Bóg odszedł z poczuciem winy
Olga Tokarczuk: Opowiadania bizarne
Imre Kertesz: Los utracony
Leelo Tungal Mała towarzyszka i listy

 
A trochę mam zaczęte z zamiarem dokończenia

Jan Grabowski: Na posterunku : udział polskiej policji granatowej w zagładzie Żydów
Joanna Kuciel : Chłopki : opowieść o naszych babkach
Kacper Pobłocki: Chamstwo

Wrażenia z lektury części z nich mam zamiar spisać
Bóg odszedł z poczuciem winy. Tadeusz Bartoś w rozmowie z Arturem Nowakiem Bartoś Tadeusz, Nowak Artur