Korzystając z pięknej pogody wybrałem się na spacer po okolicznym parku, ale na wszelki wypadek wziąłem ze sobą sobotnie wydanie "Gazety Wyborczej". Kiedy okazało się, że mimo święta znajdująca się na obrzeżach parku pizzeria była otwarta, wpadłem tam na lampkę czerwonego wina. I przy niej doczytałem do końca wywiad z prezydentem Izraela Reumenem Riwlinem (nie bardzo mnie przekonują użyte przezeń argumenty za utrzymaniem Palestyny w granicach państwa izraelskiego) oraz przeczytałem rozmowę z rosyjskim teatralnym człowiekiem-orkiestrą, bo dramaturgiem, reżyserem i dyrektorem własnego teatru Nikołajem Koladą, pracującym także ostatnio w Polsce.
Jego artystyczna kariera, prowincjonalnego dziennikarza i aktora, nabrała przyspieszenia w czasach pierestrojki, gdy opublikował pierwszą sztuk teatralną. Dziś ma ich w dorobku ponad 100, z których sam za wartościowe uważa trzy czy cztery. Zaczął wtedy wyjeżdżać za granicę, co uznawał za uśmiech losu, gdyż ze skromnych diet (jak szybko policzyłem, trzykrotnie niższych niż w owym czasie w Polsce) oraz wywożonego na handel kawioru lub wódki mógł przywozić do kraju tak cenne prezenty jak dżinsy czy zszywane z drobnych kawałków futra. Opowiada, jak w samolocie do Argentyny dostał puszkę coli, z którą potem odbył całą podróż, żeby móc po powrocie podarować ją koledze.