Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Holokaust. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Holokaust. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 lipca 2025

Losy Żydów bieszczadzkich

 Bieszczady mają swego wiernego historyka. Krzysztof Potoczała jest dziennikarzem i reportażystą, który swoje zainteresowania skupił na historii najnowszej i dniu dzisiejszym Bieszczadów.
Najnowsza jego książka O czym drzewa w Bieszczadach nie szumią (Znak, 2025) jest pod wieloma względami wyjątkowa. W wyniku drobiazgowej analizy nielicznych dokumentów, lub zgoła mikrośladów, jak wytrawny śledczy odtworzył tragiczną historię rodziny Lejnnerów, z której z holokaustu ocalała tylko córka przedwojennego handlarza zbożem Szulamit (Salomea), który z Sambora przeniósł się do Ustrzyk Dolnych i jej brat. Który zresztą nie nacieszył się życiem, gdyż tuż po wojnie z obozu dipisów (osób, które ocalały z wojny, ale straciły miejsce zamieszkania) próbował przedostać się do Palestyny, ale  przeładowany ludźmi statek zatonął).
Początek dwudziestego wieku aż do rozpoczęcia wojny autor przedstawia nieomal jak każde inne kresowe miasteczko. Topografia, w tym dom zajmowany przez rodzinę Lejnnerów, życie społeczne, relacje między ludnością żydowską i polską, zajęcia, życie towarzyskie i religijne. Wystarczyło tylko przedstawienie amatorskie napisane przez miejscowego lekarza, żeby nacjonalistyczny lokalny pismak Klaudiusz Hrabyk (starsi pamiętają go jako herolda kierowanej przez PZPR i jej propagandę hecy antyżydowskiej w 1968 r.) napisał serię artykułów o antypaństwowej aferze w Ustrzykach.Po śmierci Piłsudskiego nastroje antyżydowskie wzmogły się, ale prawdziwa gehenna zaczęła się z początkiem wojny. Najpierw przyszli tu Niemcy, którzy zmuszali Żydów do rozmaitych prac, więzili i znęcali się nad nimi. Przyjście Rosjan przywitali z ulgą, ale ci szybko zaczęli robić bolszewickie porządki z kolektywizacją wszystkiego, co się dało, a opornych czekały wywózki , jak się wtedy mawiało "w głąb Związku Radzieckiego. Szulamit próbowała wtopić się w polskie środowisko, nauczyła się polskich modlitw i nawet wzięła katolicki ślub. Małżenstwo długo nie potrwało.
Wraz z napaścią Niemiec na Związek Sowiecki znów przyszli Niemcy. A wraz z nimi terror, strzelanie przez gestapowców, zwłaszcza przez komendanta z Sanoka, dla którego zabijanie Żudów sprawiało swego rodzaju zabawę lub zgoła przyjemność. W Ustrzykach powstało getto , do którego zwieziono Żydów z okolicznych wsi i miasteczek. Poszła doń wraz z rodzicami i rodzeństwem Sulamit. Stamtąd wywieziono Żydów do obozów koncentracyjnych, głównie do Sobiboru. Tam też trafiła rodzina Lejnerów.
W obozie zorganizowano próbę ucieczki, w której wzięła udział także Szulamit. W ponad stu uciekinierów do odległego o ok. sto metrów lasu uciekła garstka. Także postrzelona w nogę Szulamit. Udało się jej dotrzeć do Krakowa, do polskiej rodziny z Ustrzyk. Odkarmiona, ubrana, nie czuła się bezpiecznie w okupowanym Krakowie. Zdecydowała się na dalszą niebezpieczną drogę i już w pierwszych tygodniach po wojnie znalazła się w obozie dla dipisów. Jej nie udało się popłynąć do Palestyny, gdyż statek z nią został przez Anglików zawrócony. Tam wyszła za mąż, zatajając przed żydowskim mężem swoje wcześniejsze małżeństwo katolickie, i ostatecznie osiadła we Francji, gdzie dożyła sędziwego wieku. Nie zdecydowała się na podróż w rodzinne strony, żeby uniknąć wspomnień tragicznych przeżyć.  Zrobił to dopiero jej jedyny syn.
Jej historia potwierdza, że niemal wszyscy Niemcy, którzy trafili do gett i obozów uszli z życiem cudem. Łatwiej było tym, którzy mając rodziny na wsiach tam względnie bezpiecznie przetrwali wojnę. Jeśli nie doniósł na nich wścibski i chciwy sąsiad
O czym drzewa w Bieszczadach nie szumią. Ocalona z Sobiboru - tantis.pl



czwartek, 4 sierpnia 2022

Muzyka z wojną i holokaustem w tle

 Niezwykle rzadko zdarza mi się przeczytać książkę w jeden dzień, a właściwie w jedną dobę. Bo zacząłem wczoraj przed obiadem, a dziś skończyłem przed przedobiednią kawą. Taki mamy rytuał od kiedy jesteśmy "weteranami pracy", że kawa jest ok. 12.00, chyba że komu coś wypadnie. wtedy pijemy na mieście.
Kiedy w "Angorze" (a może w Newsweeku"?) znalazłem notkę o książce, którą nie mogła mnie nie zainteresować - muzyka i wojna  z holokaustem w tle.
Bohaterką jest autentyczna postać - japońska wybitna skrzypaczka Nejiko Suwo (1920-2012). W momencie, w którym wplątana jest w intrygę jest 23-letnią studentką konserwatorium paryskiego, wysłana tam przez rodziców za namową swej rosyjskiej ciotki, która przed Sowietami znalazła miejsce do życia w Japonii, z postanowieniem, że wróci do kraju po śmierci Stalina. Ambasada Japonii w Berlinie dla podkreślenia sojuszu państw osi z pomocą niemieckiego urzędnika zajmującego się w e Francji grabieżą dzieł sztuki na potrzeby Rzeszy wytypowała młodą, piękną Japonkę, której Joseph Goebbels uroczyście przekaże na własność drogocenne skrzypce Stradivariusa. Dostaje też elegancko wyposażone mieszkanie w centrum Paryża z zaznaczeniem, że po muzyku. Z pewnością przejętym po Francuzie zdemaskowanym jako Żyd. Młoda skrzypaczka zdaje się też domyślać, że została obdarowana instrumentem podejrzanego pochodzenia, ale jej pytania czy to pod pod adresem niemieckiego urzędnika czy pracownika japońskiej ambasady są zbywane. Dostaje się do orkiestry prowadzonej przez niemieckiego wybitnego dyrygenta Knappertbuscha (1888-1965), którą często dyryguje sławny Wilhelm Furtwaegler (1886-1964), znajdujący usprawiedliwienie dla swej aktywności artystycznej tym, że nie graja w krajach podbitych, że nie opuścili ojczyzny lub że muzyka nie ma treści politycznej. Nejiko gra w orkiestrze pierwsze skrzypce i partie solowe i też usprawiedliwia się i przed matką, i ciotką, do których pisze listy, że i ona sama jest artystką i wykonuje swoją misję, a muzyka jest apolityczna. Ale jednak orkiestrze zabrania się grania muzyki pewnych kompozytorów, w tym oczywiście żydowskich.


W tle zaś po klęsce staligradzkiej Niemcy sie cofają, tymczasem w wojnę angażują się Stany, ale ulokowany w Paryżu sztab głównego grabieży dzieł sztuki wszystkiego co cenne.
Autor przytacza fragmenty raportów Sztabu Specjalnego Muzyka, wedle którego w lutym 1943 r. wysłano skrzypce Stardivariusa (najpewniej tego, który dostał się Nejiko Suwa), dwa miesiące później 120 fortepianów, pięć dni później dalszych 75, a tydzień później dalszych ponad 1000, a dalej jeszcze setki sztuk fortepianów i pianin oraz setki wagonów innych instrumentów, partytur.
Po wojnie pracownicy ambasady oraz osoby, które były w zasięgu jej działania, w tym i nasza skrzypaczka ewakuują się do Gastad, gdzie zastają ich Amerykanie. Zostają wywiezieni do Stanów, a stamtąd wreszcie jedni uwolnieni od odpowiedzialności wracają do ojczyzny.
Przy okazji czytelnik dowiaduje się, że Japończycy też stworzyli obozy koncentracyjne dla podbitych ludów, w tym amerykańskich żołnierzy i że mieli tez swoich Mengele'ów, prowadzących co najmniej równie okrutne eksperymenty medyczne i w ramach ekspiacji ich wyniki przekazują Amerykanom. Japończycy też mają swoją Norymbergę. Cesarz Hirohito nie został skazany, ale musiał się zobowiązać do zmiany stylu sprawowania funkcji i działać na rzecz utrzymania jedności społeczeństwa.
Śladem bohaterki podąża narrator powieści, który ma zlecone zadanie dotarcia do niej i uświadomienia, jaką proweniencję mają skrzypce. Nawet udaje mu się do niej dwukrotnie dotrzeć, ale to wszystko.
Mamy tu do czynienia z niespotykaną sytuacją. Bohaterka jest postacią autentyczną, narrator zaś fikcyjną. Jest nieco starszym od Nejiko trębaczem z wyższym wykształceniem muzycznym, pasjonującym się jazzem i mającym okazję grać z najwybitniejszymi amerykańskimi jazzmanami, gdyż w ślad za bohaterką podążył do Stanów, skąd jako "nękający skrzypaczkę został deportowany. Potem to samo spotkało go w Japonii. Ale przy okazji czytelnik dowie się co nie co o jazzie pierwszych powojennych lat.
Mam nadzieję, że zaciekawiłem tym wpisem świetną książką, która być może każe zastanowić się nad tym, jak zachowałby się w sytuacji, a jakiej znalazła się młodziutka adeptka sztuki muzycznej




niedziela, 30 maja 2021

Zagłada w obrazkach

Książki obrazkowe zajmują coraz więcej miejsca na rynku wydawniczym. I coraz częściej tak wlaśnie są nazywane, a nie jak dotąd komiksami. I nie są to już tylko historie fikcyjne, ale także publikacje popularyzujące naukę. 
Pisząc to ostatnie zdanie przypomniałem sobie czytaną  w dzieciństwie obfitującą w liczne  rysunki książkę wybitnego fizyka Arkadiusza Piekary, zdaje się, że to było O maszyniście Felusiu, który był mędrcem (Nassza Księgarnia, 1954), choć nie jejstem pewien,  bo samej okładki, którą ilustrowana jest oferta kupna tej książki na Allegro, nie pamiętam. Tak czy owak na przykładach startu, rozpędzania się, brania zakrętów i hamowania pociągu, ilustrowanych rysunkami przedstawiającymi ruch ludzi w przedziałach i  towarów na odkrytych wagonach autor zilustrował zjawiska z zakresu mechaniki: impet, siłę odśrodkową, ich zależność od masy itd. Kiedy więc w szóstej klasie mieliśmy lekcje fizyki z mechaniki, tak często wyrywałem się do odpowiedzi, że w końcu  nauczycielka poprosiła, żebym przestał mędrkować.
To jeszcze nie była książka obrazkowa, bo na każdej stronie były po dwa, trzy lub cztery obrazki ilustrujące tekst, który objętościowo zdecydowanie przewyższał czarno-białe rysunki. Ale przypomniała mi się nie bez kozery.
Pierwsza książka obrazkowa, z jaką się mierzyłem były Kroniki birmańskie, a właściwie reportaż z kilkunastomiesięcznego pobyty w Birmie, nazywającej się obecnie Myanmar, narysowany i opowiedziany przez Guy Delisle. Ale nie doczytałem do końca. Trudno mi się było oswoić z konwencją. Ale drugą, tym razem powieść obrazkową Czarny nenufar, narysowany przez Didiera Cassegraina, o której tu pisałem*, przeczytałem szybko i z żalem zamykałem. Przeczytałem też w tej formie opowieść o Franzu Kafce.

wtorek, 6 kwietnia 2021

Trudna pamięć o polskim wkładzie do holokaustu

Kawałek po kawałku, bo jednym ciągiem się nie da, doczytałem do końca reportaż, a właściwie cykl reportaży z Kurpowszczyzny i i Podlasia, krainy miasteczek z racji znacznej liczby zamieszkałych przez ludność żydowską, zwanych sztetłami. Pojedyncze rodziny żydowskie, najczęściej drobnych sklepikarzy, czasem też rzemieślników, trudniących się najczęściej szewstwem lub krawiectwem, zamieszkiwały także  wsie. O zagładzie Żydów w tej części Polski pisze badacz pamięci o Holokauście Mirosław Tryczyk w książce Drzazga : kłamstwa silniejsze niż śmierć (Znak, 2020).
Podczas okupacji sowieckiej po 17 września cała ludność na tych terenach nie mogła czuć się bezpiecznie. Sołdaci, czasem też podoficerowie nie mieli skrupułów w przywłaszczaniu sobie towarów w sklepach, ale  mnożyły się też przypadki zgwałcenia, pobicia i zastraszania kobiet.
Najgorsze jednak przyszło wraz z zajęciem tych terenów przez Niemców z ich misją eksterminacji Żydów. Robili to sami, ale często wysługiwali się ludnością polską. Miejscowi funkcjonariusze niedawnego jeszcze państwa polskiego, a więc policjanci, poczciarze, wójtowie czy burmistrzowie rzadko miewali opory przed oddaniem się w slużbę okupanta. Do tego dochodziła młodzież zrzeszona w różnych organizacjach nacjonalistycznych, popieranych przez miejscowych księży, niektórzy zresztą angażujący się w te organizacje. A także po prostu zwykli mieszkańcy, a na wsi chłopi.
Zdarzało się, że Niemcy wyłapali miejscowych Żydów, całe rodziny, zwozili na rynek miasteczka i ogłaszali, że miejscowi mogą z nimi zrobić co zechcą. No i ci rzucali się   na bezbronnych ludzi jak dzikie bestie, mordowali czym mieli pod ręką - siekierami, kijami, czasem odpowiednio okutymi w miejscowej kuźni i zabijali na miejscu, zapędzali do stodoły, którą następnie podpalali, gwałcili kobiety, a czasem przeganiali Żydów za miasto lub na okoliczny kirkut i tam dokańczali dzieła. Po czym nie bacząc na to, czy wszyscy zostali zabici wrzucali ciała do wykopanego wcześniej rowu i zasypywali ziemią. Według niektórych świadków, bo gapiów lub po prostu nie chcących brać w tym udziału, ale patrzących z okien też trochę było, a inni odważyli się pójść na miejsce każni dzień później, ziemia na tych masowych grobach jeszcze sie ruszała lub wydobywała się z niej para.
No i zaczynał się wyścig do co lepszych domów pożydowskich, pozostawionych sprzętów, odzieży, obuwia i bielizny. Czasem zdzierano odzież, bieliznę i buty zanim zabrano się do zabijania.

niedziela, 4 sierpnia 2019

O czytaniu, cenzurze, Polsce dziś i innych lekturach

Dzięki nauczeniu się czytania prasy w internecie, co pozwala czytać szybciej i... znacznie taniej oraz przejściu na pracę w wymiarze pół etatu, mam więcej czasu na lekturę książek.
Czytam głównie w domu, wieczorem, w dni wolne od pracy także przy wydłużonym w czasie śniadaniu. Wybierając się na popołudniowe spacery biorę książkę pod pachę, a gdy biorę kijki, do plecaka i w czasie popasu w jakimś barze zamawiam winko, otwieram książkę i spędzam nad nią nieco ponad pół godziny. Dziś np. zabrałem tom opowiadań Karnawał Gerharta Hauptmanna. Bo jednak po zwiedzeniu jego muzeum w  Jagniątkowie, warto choć w niewielkim zakresie poznać twórczość niemieckiego noblisty. A część z nich niezależnie od wybitnych walorów literackich (miejscami ma się wrażenie, że autor chce zachwycić czytelnika swoją metaforyczną sztuką narracji) wprowadza w klimat niemieckiej dolnośląskiej prowincji początku XX wieku.
Ale bardziej poruszyły mnie inne książki.Otóż postanowiłem poznać pisarstwo innego noblisty,  J.M. Coetzee. Trafiłem na zbiór bardzo erudycyjnych esejów o różnych przejawach cenzury Obraza (Znak, 2011). Nie przeczytałem wszystkich rozdziałów. Pominąłem te, które dotyczyły realiów ojczyzny pisarza.

środa, 28 marca 2018

Była Żydówka, nie ma Żydówki

Już dawno powinienem był sięgnąć do prozy Mariana Pankowskiego. Od dziś mogę twierdzić, że powinienem sięgnąć po następną prozę tego autora. Zaleca się poetyckością, oszczędnym gospodarowaniem słowem i podejmowaniem ważnych kwestii.
Tak mogę sądzić po lekturze mikropowieści Była Żydówka, nie ma Żydówki (Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2008). Prosta z pozoru, ale nasycona mitami i stereotypami, historia osoby, która ocalała z Holokaustu i chce o tym opowiedzieć swoim pobratymcom w Stanach Zjednoczonych, którzy ją tam zaprosili i byli ciekawi jej losów. Ale ma obawy, że jej nie uwierzą. Wyręcza ją autor. Wiejska rodzina ukrywa ją w stodole, w tajemnicy przed dziećmi, bo mogą wypaplać. Wiedzą tylko tyle, ile było konieczne, czyli że wstąpiła w nadziei na pożywienie i poszła sobie. Dzieci jednak wypatrzyły ją i trzeba im było wytłumaczyć, że to co widziały to jakaś zjawa. Nie ryzykowała jednak i dołączyła do grupy ludzi pędzonych do pracy.
Powieść kończy przejmujący wiersz zaczynający się od słów:
My mieszkańcy europejskiej Krainy Nigdzie,
Jesteśmy zazdrośni o Wasze pierwszeństwo w dziejach cierpienia narodów...
Jakby autor przeczuł nadejście dzisiejszych macherów od polityki historycznej i ich publiczności...

Była Żydówka, nie ma Żydówki

niedziela, 25 marca 2018

Historia jednego żydowskiego życia. Jedna z wielu

Ostatnio częściej zaglądam na Twittera. Śledzenie treści umożliwia wejście na profile dziennikarzy, polityków, artystów oraz hasztagi najbardziej popularnych tematów. Od pewnego czasu pojawiają się m.in. #Żydom i #Żydów, z tysiącami wpisów. Gdyby ktoś miał złudzenia, że Polacy wbrew ogólnej opinii w świecie nie są antysemitami i zajrzy co się pisze (i jak) o Żydach, pozbędzie się ich natychmiast. O ile nie dziwią wpisy ludzi, którzy nie czytają poważnych lektur, a przypuszczam, że nawet gazet, o tyle zdumiewać muszą wpisy dziennikarzy o całkiem znanych nazwiskach. Jeden z nich chlubi się tym, że napisał donos na pracowników muzeum Polin do ministra kultury.  Trwa nagonka na naukowców piszących o Zagładzie, o postawie ludności na terenach okupowanych oraz o współczesnym dyskursie publicznym, niewolnym od mowy nienawiści. Są też donosy na dyrektorów muzeów w muzeach w obozach zagłady.
Pamiętam rok 1968 i to, co obserwuję teraz, może dzięki istnieniu mediów społecznościowych, wydaje mi się groźniejsze. Wtedy fala antysemityzmu została sprokurowana przez obóz władzy i była sterowana przez PZPR w zakładach pracy, wojsku i milicji. W gazetach pojawiały się tylko odezwy "zatroskanych grup obywateli". A teraz rozlewa się szeroką falą.

niedziela, 6 listopada 2016

Gehenna dzieci żydowskich


O zagładzie Żydów w czasie ostatniej wojny* napisano już wielką bibliotekę książek. Zdawałoby się, że ukazano ją we wszystkich możliwych aspektach. 
Ale przebierając w pośpiechu w książkach historycznych wartych zabrania do szpitala natknąłem się na wznowioną w 2012 r. publikację Henryka Grynberga Dzieci Syjonu (Wielka Litera). Po bliższym wejrzeniu w nią w domu uznałem, że jest zbyt przerażająca lektura na pobyt szpitalny, nawet wziąwszy pod uwagę, że czekały mnie tylko badania. Sięgnąłem jednak po nią po powrocie do domu i czytałem po kawałku. O ile bowiem dziecięcy opis ostatnich dni pokoju był nieomal idylliczny, a pierwsze dni wojny podobnie relacjonują relacje świadków dorosłych i są na ogół znane, to już opowieści dzieci, świadków okrucieństwa Niemców w stosunku do Żydów, ich rodzeństwa, ojców, matek czy dziadków, strzelania jak do łownej zwierzyny, bicia bez powodu, wyrywania bród razem ze skórą, rabunku sklepów i dobytku rodzinnego, budziły grozę. Dzieci opowiadały o licznych przypadkach wskazywania domów i sklepów żydowskich przez Polaków, czasem ich dobrych znajomych. Po przejściu Niemców, którzy rabowali cenniejsze i łatwiejsze do transportu trofea, pod domy, jeśli nie zostały natychmiast spalone, podjeżdżały furmanki Polaków, którzy przywłaszczali sobie to wszystko, czym wzgardzili Niemcy.

środa, 28 stycznia 2015

Żydzi w Polsce

Akurat w przeddzień rocznicy oswobodzenia obozu koncentracyjnego Auschwitz uporałem się z książką "Pamięć : Historia Żydów Polskich przed, w czasie i po Zagładzie" (Warszawa, Fundacja Szalom, 2004, pod red. prof. Feliksa Tycha.
Na początek autorzy zawarli uwagi o tożsamości Żydów, ich religii, języku i kulturze oraz geografii ich wędrówek i osadnictwa, a także kształtowania się ideologii narodowej. A że książka ma charakter popularyzacyjny, adresowana jest do szerokich kręgów czytelników, informacje tego typu powinny uporządkować ich szczątkowa wiedzę przemieszana ze stereotypami.
Kiedy czyta się o historii Żydów w dawnej Polsce, w okresie średniowiecza i renesansu, można być dumnym z tolerancji ówczesnych władców, którzy dali im schronienie, którego odmówiły im państwa Europy zachodniej z jednej strony i Rosji z drugiej i troszczyli się o zapewnienie im równych praw. Z różnym skutkiem, gdyż za Żydami szła legenda o ich sprawstwie śmierci Chrystusa, będąca powodem exodusu, łatwo przyswajalna przez miejscowa ludność. Sprawiało to, że z konieczności trzymania się razem,, co z kolei pozwalało na przydzielaniu im miejsc na osiedlanie się na granicach miast, jak np. w dzisiejszej dzielnicy Kazimierz w Krakowie. Ale zamieszkiwali też małe miasta, głównie na wschodzie kraju, w których czasem stanowili większość.