sobota, 25 kwietnia 2026

Pamięć obozów i pieców krematoryjnych

Zanim sięgnę po powieść zeszłorocznego węgierskiego noblisty węgierskiego, sięgnąłem po najbardziej znaną powieść noblisty z 2003 r. Imre Kertesza Los utracony, której szóste polskie wydanie ukazało się nakładem wydawnictwa W.A.B. w 2022 r.
Autor urodzony w budapeszteńskiej rodzinie żydowskiej, na rok przed zakończeniem wojny trafił do obozu zagłady Auschwitz, skąd został przewieziony do Buchenwaldu.
Potrzebował 30 lat, żeby zebrać się i zawrzeć pamięć o przeżyciach i nadać im postać - debiutanckiej - powieści.
Bohaterem i narratorem jest piętnastolatek, który spędza wolny czas na zabawach z żydowskimi kolegami. Dba o to, żeby naszyta na wierzchnią odzież gwiazda Dawida była dobrze umocowana i widoczna, żeby nie narazić się żandarmom i przy okazji nie sprawić kłopotów ojcu i macosze, bo wiele nie trzeba, żeby odebrać mu sklep i kto wie, czy nie zesłać do obozu. 
W pewnym momencie żydowscy nastolatkowie zostali zobowiązani do pracy. Wraz z rówieśnikami, ale i dorosłymi, dojeżdża do fabryki za miastem. Jednak któregoś dnia autobus zostaje zatrzymany, a wszyscy Żydzi zmuszeni do jego opuszczenia. Stąd zawiezieni są na stację kolejową i w straszliwym tłoku, głodzie dowiezieni do bramy obozu w Auschwitz. Tam otoczeni przez załogę obozową i oficerów niemieckich byli dzieleni. Ktoś ze starszych mężczyzn pouczył chłopca, żeby pytany mówił Zechcejn. Kiedy już wraz innymi maszerował w jedną stronę, a pozostali w drugą, zorientował się, że gdyby podał prawdziwy wiek, jego droga wiodłaby do komór gazowych. A tak uciążliwy, upokarzający rytuał: oddanie odzieży, w której przyjechali i nadzy, zdezynfekowani jakimś proszkiem, ostrzyżeni na łyso, z wytatuowanym numerem na przedramieniu, otrzymali obozowe pasiaki, drewniane trepy na nogi dostali obozową zupę. Nasz bohater choć głodny, nawet jej nie tknął. Potem rozesłani do baraków, gdzie po dwóch dostali miejsca na drewnianych piętrowych narach i jednym kocem mogli się przykryć. Drugiego dnia zupa już dała się zjeść, a trzeciego już nawet na nią czekał. I od tych, dowiedział się, że ci pierwsi do zupy dostaną najchudszą, ale na pewno. Ci na końcu mogą dostać gęstszą z dna, ale może też i jej dla nich nie wystarczyć. No i codzienne budzenie okrzykami, wyczerpujące apele i ciągły głód.
Po krótkim czasie został przewieziony do Buchenwaldu. Tam głód i praca nad siły, doprowadziły chłopca do całkowitej utraty chęci do życia. Bronił się przed pójściem na oddział dla chorych, bo mógł wprawdzie być leczony, ale mógł też być uznany za przypadek beznadziejny i albo krematorium albo śmierć z braku sił nawet do stanięcia po zupę. Towarzysze niedoli  zanieśli go na oddział. Tam lekarz - francuski więzień - spróbował go leczyć, a gdy podratował go, wstawił się za nim u niemieckiego lekarza. Na tym oddziale dostał już nie tylko odrębne łóżko, ale z siennkiem i kołdrą oraz treściwsze jedzenie. Do lekarza na codzienne oględziny był jednak początkowo noszony przez rosyjskiego więźnia, bo sam był za słaby. A gdy już mógł sam chodzić, któregoś rana zamiast słyszanych codziennie komend z glośników w kierunku więźniów usłyszał wezwanie do załogi obozu, żeby opuściła obóz. 
Wnet pojawili się amerykańcy żołnierze. Ugotowali dla więżniów prawdziwą treściwą zupę gulaszową, dali cieplejsze, choć obozowe odzienie i buty oraz długi sięgający prawie do ziemi plecak z jedzeniem i piciem. Różnymi przygodnymi środkami lokomocji, czasem też pieszo, a na końcu pociągiem dotarł do Budapesztu. W mieszkaniu, który zajmował z rodziną mieszkali już inni, ojciec nie wrócił, a macocha ma już nowego męża. Ale trafił do sąsiadów. Oczywiście musiał opowiedzieć o życiu w obozie, upewnić ciekawych, że były piece krematoryjne. W odpowiedzi usłyszał, że im też nie było lekko. 
W tym momencie przypomniała mi się scena z powieści Wasilija Grossmana Wszystko płynie. Tam wracający z GuŁaG-u więzień słyszy to od swego moskiewskiego kuzyna, który tymczasem robił karierę naukową "Nam też nie było lekko".
Powieść kończą refleksje nastolatka, który w rok wydoroślał i w rozmowie z dziennikarzem, który zachęca go do spisania tego, co widział i zapamiętał, a ten twierdzi, że ta prawda ma szerszy wymiar niż historia przeżyć jego człowieka. 
I pewnie to jest już refleksja, na którą autor powieści sam potrzebował pewnego dystansu

Zdjęcie produktu Los utracony - Kertesz Imre | Książka w Empik




wtorek, 14 kwietnia 2026

Mała towarzyszka spod Tallina

Kilkuletnia Leelo Tungal (tak samo nazywa się autorka powieści , więc pewnie bazuje ona na swojej biografii) słyszy, że funkcjonariuszka partii przyjechała z miasta, żeby nakłonić jej tatę do objęcia stanowiska dyrektora szkoły i zwraca się się doń "towarzyszu". Wychodząc zaś zauważa małą i nazywa ją małą towarzyszką. Rozumie więc, że takie zwracanie się do kogoś oznacza szacunek. I czuje się dumna z tego tytułu. 
Akcja powieści Mała towarzyszka i listy (Wrocław, Kolegium Europy Wschodniej, 2024) toczy się na początku lat pięćdziesiątych minionego wieku, kiedy Estonia nie jest już suwerennym państwem, tylko częścią Związku Sowieckiego. Ludzie narzekając na kolejki w sklepach, marną rozmaitość i liczbę towarów, wspominają niedawne lata i o nich z sentymentem mówią "w Estonii". Na tle aktualnej sytuacji jawi się ona jako kraj zgoła idylliczny: nie tylko sklepy pełne były towarów, ale o wszystkim można otwarcie rozmawiać, nie bać się, że ktoś usłyszy i doniesie i nie bano się policjantów.
Mała Leelo mieszka z tatą i z często bywającą u nich w domu ciotką, która rygorystycznie przestrzega, żeby dziewczynka regularnie piła tran, jadała tylko to, co służy jej zdrowiu i rozwojowi, a słodycze dostawała rzadko i w małych ilościach. Nie jest więc przez mała lubiana. W domu jest też pies i kot. W wolnych chwilach pośpiewuje sobie piosenki, których nauczyła się w przedszkolu, nie zdając sobie specjalnie sprawy z ich propagandowych treści. Lubi słuchać czytanych jej książek dla dzieci. I sama, literka po literce, uczy się ich, aby w końcu samodzielnie czytać. Z czego jest dumna i się chwali. Sama zresztą opowiada całą swoją historię, bo powieść pisana jest z perspektywy dziewczynki.
Matka Leelo byłą dyrektorką szkoły, w której teraz pracuje jej tata i dla ratowania budżetu domowego hoduje pszczoły i sprzedaje miód oraz pomaga stryjowi w tartaku. W ogóle bracia się wzajemnie wspierają.
Po mamę któregoś dnia przyjechali mężczyźni w czarnych ni to garniturach, ni uniformach i zabrali. Teraz jest gdzieś na Syberii i odsiaduje wyrok 25 lat więzienia. W jej sprawie tata regularnie pisze listy do rozmaitych urzędów z prośbą o ułaskawienie żony. I co pewien czas otrzymuje z tych ważnych instytucji, że prośba została odrzucona. Będący świadkiem odczytania takiego listu stryj dziewczynki pociesza tatę "Ale przynajmniej wiesz, że żyje".
Wobec świadomości o wszechobecnej inwigilacji dorośli starają się rozmawiać pod nieobecności Leelo, ale gdy orientują się, że jednak coś mogła usłyszeć, bo jest ciekawa rozmów dorosłych, ostrzegają ją, żeby z z nikim nie rozmawiała. I oczywiście nie powtarza. Bo tata powiedział, że jak będzie grzeczna, będzie się go i ciotki słuchać i będzie ładnie zasypiała, mamusia szybciej wróci z więzienia. 
W końcu jednak oprócz kolejnego listu o odmowie ułaskawienia przyszedł list od mamy, w którym opisała życie w tajdze, ciężkiej pracy przy wycince drzew, wyżywieniu wystarczającym, żeby przeżyć i okrucieństwie  dozorców. Ale przynajmniej pozwolono jej napisać, co może świadczyć, że nadeszła i jakaś zmiana i nadzieja na zmianę.
To już kolejna powieść, którą przeczytałem, opowiedziana przez dziecko. Pozornie pogodna narracja kryje jednak ogrom opresji lub zgoła tragizmu, w jakich przyszło mu żyć.

Okładka książki Mała towarzyszka i listy autora Leelo Tungal, 9788378933137