Obiecywałem sobie częściej pisać, ale w te upały... Jeszcze dwa lata temu czekało się na lato i nadejście ciepłych dni, w miarę możności bez słot i pochmurnego nieba. Jednak po zeszłorocznym ciągu czterech miesięcy skwaru, na tegoroczne lato czekałem z obawami, że może być powtórka. No i mamy za sobą miesiąc niemiłosiernych wręcz upałów, przerywanych pojedynczymi dniami ulgi, na szczęście we Wrocławiu - na razie - bez burz i huraganów.
A tymczasem miesiąc temu z walizą wypełnioną m.in. swetrami i wiatrówkami, bo uprzedzano nas, że może być chłodno, jechaliśmy z żoną - w rolach pasażerów - do niemieckiego Warnemunde, gdzie czekał na nas znany już nam z poprzedniej wycieczki olbrzymi wycieczkowiec Poesia. Podobnie jak poprzednio czekała na nas kabina z balkonem na 12 piętrze (ósmym nad poziomem morza), tyle, że bliżej dzioba. Od restauracji, w której mieliśmy coś w rodzaju obiadokolacji (bo o 17.30), dzieliło nas siedem pięter (licznymi na statku windami) i 250 m pieszo. Nieco bliżej mieliśmy do barów, do których chadzaliśmy na śniadania, a po spektaklu w teatrze (na ogół wiązanki pieśni, piosenek i arii operowych lub operetkowych, przeplatanymi tańcami lub z popisem tanecznym towarzyszącym wokjalistom) ok. 22.00, na herbatę lub kawę i ewentualnie coś do niej, najczęściej sałatkę owocową, a w porywach kawałek pizzy. Lunche były tylko dwukrotnie, gdy płynęliśmy cały dzień, czyli gdy z Warnemunde płynęliśmy doi Sztokholmu i z St.Peterburga do Kopenhagi. W pozostałe dni zaś zwiedzaliśmy stolice nadbałtyckie : właśnie Sztokholm, Tallin, Petersburg i Kopenhagę. Tymczasem czekały nas upały, a największy w dawnej stolicy Rosji - 30 st.