No i nadszedł ten dzień. Wczoraj na początek posiedzenia Senatu Dolnośląskiej Szkoły Wyższej, rektor uczelni, prof. Ewa Kurantowicz wygłosiła pod moim adresem pochwałę mego dzieła, jakim jest tworzona przez blisko 22 lata biblioteka ze stutysięcznym księgozbiorem, własnym lokalem oraz znakomitym zespołem pracowników, ostatnio istotnie uszczuplonym, podobnie zresztą, jak i lokal, choć akurat to uszczuplenie to nie za jej sprawą. Miło było słyszeć, że "tu powstawały nasze książki i artykuły". Wszyscy rektorzy stwarzali nam - i czytelnikom - tak długo jak mogli możliwie dobre warunki pracy. Zwłaszcza pierwszy długoletni rektor i główny twórca uczelni, prof. Robert Kwaśnica., za którego rządów biblioteka otrzymała nowoczesny lokal i wyposażenie.
Dostałem piękną wiązankę pąsowych róż i załącznik, którym ugoszczę najbliższych z okazji zbliżających się urodzin. Podziękowałem za te słowa, zaznaczając, że nie mógłbym osiągnąć tego, co się udało, gdyby nie zaufano w moją wiedzę i doświadczenie zawodowe gdy zaproponowano mi stworzenie biblioteki i przez blisko 22 lata nie zapewniano warunków, w których mógłbym je spożytkować.
Pani rektor dodała jednocześnie, że zostaję w uczelni, ale już na innych warunkach. Bo istotnie, kiedy kilka miesięcy oznajmiono mi, bynajmniej nie ustami pani rektor, że obsada biblioteki zostanie zmniejszona do pięciu etatów, w tym dwóch na podstawie umowy zlecenia, i poproszono, żebym wskazał ofiarę, która miałaby stracić status pracownika etatowego, zostać pozbawioną ubezpieczenia, utratę części praw emerytalnych i prawa do urlopu. Nie miałem żadnych podstaw, żeby kogokolwiek skrzywdzić i oddałem do dyspozycji siebie i mój etat. Byłem gotów odejść definitywnie, ale od rozmowy do rozmowy, od słowa do słowa, stanęło na tym, że będę pracował na podstawie umowy zlecenia w rozmiarze pół etatu, na razie do końca roku. Nic już nie znaczy ani mój, ani trojga pracowników status bibliotekarza dyplomowanego (w moim przypadku cieszyłem się nim od 1985 roku), ani mój doktorat, ani blisko półwiekowy dorobek zawodowy oraz idący w setki publikacji dorobek naukowy i popularyzatorski.
Ale otrzymałem tyle słów wsparcia ze strony wielu członków społeczności akademickiej, w tym od kolejnych rektorów, że jakoś mi one wynagradzają tę nową sytuację.
No i zespół deklaruje chęć dalszej ze mną pracy.
Dostałem piękną wiązankę pąsowych róż i załącznik, którym ugoszczę najbliższych z okazji zbliżających się urodzin. Podziękowałem za te słowa, zaznaczając, że nie mógłbym osiągnąć tego, co się udało, gdyby nie zaufano w moją wiedzę i doświadczenie zawodowe gdy zaproponowano mi stworzenie biblioteki i przez blisko 22 lata nie zapewniano warunków, w których mógłbym je spożytkować.
Pani rektor dodała jednocześnie, że zostaję w uczelni, ale już na innych warunkach. Bo istotnie, kiedy kilka miesięcy oznajmiono mi, bynajmniej nie ustami pani rektor, że obsada biblioteki zostanie zmniejszona do pięciu etatów, w tym dwóch na podstawie umowy zlecenia, i poproszono, żebym wskazał ofiarę, która miałaby stracić status pracownika etatowego, zostać pozbawioną ubezpieczenia, utratę części praw emerytalnych i prawa do urlopu. Nie miałem żadnych podstaw, żeby kogokolwiek skrzywdzić i oddałem do dyspozycji siebie i mój etat. Byłem gotów odejść definitywnie, ale od rozmowy do rozmowy, od słowa do słowa, stanęło na tym, że będę pracował na podstawie umowy zlecenia w rozmiarze pół etatu, na razie do końca roku. Nic już nie znaczy ani mój, ani trojga pracowników status bibliotekarza dyplomowanego (w moim przypadku cieszyłem się nim od 1985 roku), ani mój doktorat, ani blisko półwiekowy dorobek zawodowy oraz idący w setki publikacji dorobek naukowy i popularyzatorski.
Ale otrzymałem tyle słów wsparcia ze strony wielu członków społeczności akademickiej, w tym od kolejnych rektorów, że jakoś mi one wynagradzają tę nową sytuację.
No i zespół deklaruje chęć dalszej ze mną pracy.