Długi urlop oddalił mnie trochę od spraw zawodowych, w czytaniu mam grubą, ponad 700-stronicową powieść Jana Novaka "Nie jest źle" i jeszcze jej nie doczytałem do końca, a właśnie mija okres świąt. Postanowiłem więc napisać o zwyczajach świątecznych, które moi rodzice przywieźli z podtarnopolskiej wsi i kontynuowali na wsi dolnośląskiej. W tej akurat wsi, w której ja wzrastałem, w Uniejowicach na Dolnym Śląsku, na obrzeżach Pogórza Kaczawskiego, byliśmy w pewnym sensie obcy, gdyż w cztery lata po wojnie rodzice przenieśli się, wtedy już ze mną jako jednorocznym dzieckiem, z sąsiedniej wsi, w której osiedlili się mieszkańcy dwóch wsi na Tarnopolszczyźnie - Milna i Ditkowiec w powiecie Zborów. W tej mieszkali zaś ludzie przesiedleni spod Buczacza, na południu województwa tarnopol- skiego.Ale obyczaje świąteczne były dość podobne, a może wtedy, gdy zaczynałem coś z nich rozumieć i kultywować, uległy upodobnieniu.
Chcę napisać o wigilii i o świętowaniu przez dzieci i młodzież.