Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biblioteki akademickie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biblioteki akademickie. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 stycznia 2020

O hasłach KABA raz jeszcze. Ostatni


Przed kilkom laty pisałem już o wygodach i niewygodach korzystania z zasobów bazy NUKAT wraz z hasłami przedmiotowymi w pracy bibliotek akademickich. http://stefankubow.blogspot.com/search/label/NUKAT.
Od tego czasu trochę się zmieniło. Przede wszystkim rekordy nowych publikacji pojawiają w bardzo niedługim czasie po ich ukazaniu się na rynku księgarskim.. Zwłaszcza wydanych przez znaczące oficyny. Te mniejsze wciąż nie przywiązują wagi do terminowego rozsyłania egzemplarzy obowiązkowych, co sprawia, że na rekordy trzeba czekać miesiącami. Bywa, że bezskutecznie. Inna sprawa, że beneficjentów tego sposobu wzbogacania zbiorów nadal jest zbyt wielu, co podnosi koszty funkcjonowania wydawców. Pisałem o tym chyba ze dwadzieścia lat temu.
Ale widać różnicę jakości opracowania w wykonaniu różnych bibliotek uczestniczących w tworzeniu katalogu centralnego NUKAT. Jedne publikacje opatrzone są licznymi hasłami przedmiotowymi, ukazującymi szczegółowo ich treść, inne tylko zdawkowymi, np. "Polityka społeczna - miscellanea", a jeszcze inne w ogóle są ich pozbawione. To akurat nie jest wielkim problemem, gdyż biblioteki mogą sobie dobrać z  zasobów KABA'y hasła przedmiotowe bardziej adekwatnie do potrzeb własnej publiczności bibliotecznej, zwłaszcza bibliotek specjalnych.


wtorek, 11 września 2018

Bibliotekarskie spotkania w Gdańsku. I powrót do pracy

Trzecią turę wakacji tradycyjnie, od 48 lat, spędziliśmy w Gdańsku, gdzie dzięki rodzeństwo żony mamy wygodną darmową kwaterę niedaleko od morza. I nawet gdy pogoda bywa taka sobie, niepodobna tam się nudzić. Dokładnie 40 lat temu broniłem na tamecznym, młodym jeszcze uniwersytecie mego doktoratu. I mam tam wielu przyjaciół i dobrych znajomych. Tych dobrych znajomych też mógłbym nazwać przyjaciółmi, ale nie wiem, co oni na to.
Jest ich tyle, że gdybym nawet każdy z jedenastu dni pobytu poświęcić na spotkania, i tak nie podołałbym zamiarowi. Na szczęście (?) niektórzy jeszcze nie wrócili z wakacji lub pobytów służbowych, mogłem kilka popołudni spędzić na tzw. łonie rodziny i/lub natury. A pogoda dopisała jak rzadko kiedy.
Z przyjaciółmi ze studiów objechaliśmy kawał Kaszub - od Gdańska do Kościerzyny (jakże zmieniła się w ciągu 10 lat, kiedy byliśmy tam ostatnio!) po Jezioro Żarnowieckie, które oglądaliśmy zarówno z bliska, jak i z wieży w Gniewinie. Dwie moje koleżanki, dawniej pracujące w bibliotekach uczelni niepublicznych, odwiedziłem w ich nowych miejscach pracy - w bibliotekach Politechniki i Uniwersytetu Medycznego, gdzie znakomicie się odnalazły i są cenione. Pobyt,  zwłaszcza w tej drugiej bibliotece w znacznym stopniu zaspokoił moje ego, gdyż znalazło się tam parę osób czytających mego bloga i chodzących na odbywające się w Trójmieście konferencje, na których miałem wystąpienia. A z bibliotek szliśmy na piwo lub kawę i długie pogawędki.
Na naszej kwaterze gościliśmy mego kolegę z ławy szkolnej, który osiadł z Gdyni. Zwykle gościmy u niego, gdzie jego żona Ania przygotowuje pyszną kolację. Ale tym razem byliśmy bez auta, więc Romek z Anią przyjechali do nas do Oliwy. A moja żona w przygotowywaniu przyjęć jest co najmniej nie gorsza od Ani. 

Spotkałem się też z radością z naszym dawnym kolegą z Biblioteki DSW, a dziś robiącego karierę urzędnika kuratorium oświaty. Wolałem go nie ciągnąć za język w sprawach polityki oświatowej, bo mógłby mieć problemy z lojalnością. I bez tego wystarczyło tematów.

sobota, 30 kwietnia 2016

Prohibita w bibliotekach w późnym PRL-u

Publikacje objęte zakazem upowszechniania mogły przechowywać tylko biblioteki naukowe. Rzecz w tym, że publikacje te musiały się znaleźć na liście publikacji objętych zakazem. Tymczasem publikacje wysyłane z zagranicy do bibliotek polskich zatrzymywane były przez urzędy celne „po uważaniu”. Jeśli celnik zajmujący się kontrolą przesyłek, na ogół będący na usługach bezpieki, uznawał po pobieżnym przejrzeniu książki, że zawiera ona treści godzące w ustrój socjalistyczny lub sojusz ze Związkiem Radzieckim, podejmował decyzję o jej zatrzymaniu. Na szczęście w takich razach biblioteka, do której szła wysyłka była zawiadamiana o zatrzymaniu, z podaniem elementarnych danych bibliograficznych.
Co więc robiły biblioteki w takich razach? Biblioteka Uniwersytecka we Wrocławiu (przypuszczam, że jako jedna z wielu) przekazywała sprawę do uczelnianego radcy prawnego, a ten wnioskował do Głównego Urzędu Kontroli Publikacji i Widowisk (tak malowniczo nazywał się urząd cenzury) o… wydanie zakazu upowszechniania zatrzymanych książek. I wtedy, gdy przychodziło pismo zawiadamiające o wydaniu zakazu, można było wzywać urząd celny do ich przysłania.

piątek, 14 listopada 2014

Biblioteka bez książek? A jednak z książkami

Wypadałoby zacząć od przypomnienia sobie, czym jest książka. Już kilkadziesiąt lat temu jeden z twórców polskiej bibliologii Jan Muszkowski zaproponował definicję na tyle uniwersalną, że wciąż nie traci ona aktualności. Według niego jest to "produkt materializacji graficznej treści kulturalnych stanowiących pewną zamkniętą całość, podjętej w celu utrwalenia ich, przekazania i  rozpowszechnienia wśród ludzi". Czyli istotą książki nie jest materiał czyli  forma zewnętrzna (autorowi chodziło o to, żeby mieściły się w niej i zwoje  z papirusu lub pergaminu, i kodeksy papierowe lub pergaminowe), lecz charakter utworu, jego utrwalenie i przeznaczenie do upowszechniania. W definicji tej mieści się zatem i utwór zapisany na nośniku elektronicznym mającym swoją postać materialną (dysk CD lub np. mp4), jak też zapisany na jakimś serwerze. Pod warunkiem, że będzie szerzej dostępny. Przyznać trzeba, że zapis na serwerze, w jakiejś bibliotece cyfrowej czy w repozytorium pozwala nadać artykułowi ten sam status co książce. Do tej pory artykuł wydany w postaci broszury zyskiwał status książki.
Przypomina się w tym miejscu anegdota. Otóż nieżyjący już od blisko dwudziestu lat mój serdeczny przyjaciel Andrzej Klossowski podarował mi podczas kolejnych odwiedzin u niego i jego żony Małgosi (często u nich zdarzało mi się nocować), podarował mi książkę o wybitnym poligrafie Stanisławie Gliwie. i opowiedział mi genezę publikacji tej książki. Otóż zamierzał on ten tekst opublikować w "Roczniku Biblioteki Narodowej" (którego był długoletnim sekretarzem redakcji), ale uznano, że jest on jak na wydawnictwo ciągłe za długi. Postanowił więc wydrukować go jako książkę, ale po przejrzeniu go postanowił tekst... skrócić! A i tak książka liczyła ok. 200 stron.

sobota, 13 września 2014

Jak było w Ostrołęce (na konferencji bibliotekarskiej)

Jak było w Ostrołęce

Organizacji XVI dorocznej Konferencji Bibliotek Uczelni Niepublicznych podjęła się dyrektorka Biblioteki Wyższej Szkoły Administracji Publicznej w Ostrołęce Anna Sobiech. I z góry zaznaczyć trzeba, że przeprowadziła ją w sposób perfekcyjny.
Uczestnicy mieli bardzo dobre warunki do prezentacji swoich wystąpień i był wreszcie czas na dyskusję, prezentacje sponsorów konferencji, w części towarzyszących nam już od wielu lat, nie „zagłuszyły” przewidzianego programu naukowego, wszyscy zakwaterowani byli w miejscu obrad, tamże mieli posiłki, mieli okazję poznać lokalną atrakcje turystyczną, jaką niewątpliwie jest usytuowany nad Narwią Skansen Wsi Kurpiowskiej w Nowogrodzie, a bankiet obfitował e wykwintne dania oraz atrakcje towarzyskie i artystyczne. Przy tym wszystkim organizatorzy z dyrektorką biblioteki okazali wszystkim iście staropolską gościnność i serdeczność.
Na początek obrad popełniłem – moim zdaniem - drobne faux pas. Nie wyeksponowałem tego, że była to konferencja bibliotek uczelni niepublicznych i publicznych. Ale potem to sprostowałem, zaznaczając że od samego początku były to konferencje otwarte dla wszystkich, tyle, że organizowane przez biblioteki uczelni niepublicznych oraz Sekcję tych bibliotek w Stowarzyszeniu Bibliotekarzy Polskich.
Jeśli chodzi o program naukowy, to składał się on z czterech sesji, podczas których przedstawiono 16 referatów, oczywiście w formie prezentacji multimedialnych. Jak zwykle na konferencjach bibliotekarskich była to mieszkanka wystąpień poświęconych mniej lub bardziej aktualnym problemom i przez to zachęcających do dyskusji oraz relacji z badań lub też prezentacji wybranych kierunków działań bibliotek (realizowanych lub zamierzonych), niekoniecznie tych, których autorzy byli przedstawicielem.
Do tych pierwszych zaliczyć można m.in. wystąpienie dra Henryka Hollendra z Uczelni Łazarskiego, który z niesłychaną swadą mówił o realnych i możliwych polach współpracy, dr Bożena Serwińska z Wyższej Szkoły Gospodarki w Bydgoszczy, która podjęła temat redakcji przypisów i bibliografii załącznikowych w publikacjach naukowych oraz autor tej relacji, który mówił o przejawach kryzysu rzutujących na byt i kierunki działań bibliotek akademickich. W pewnym stopniu podobny charakter można przypisać „żelaznym” autorom prezentacji konferencyjnych Niny Przybysz, jak zwykle w duecie z Pawłem Pioterkiem, z Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu, mówiących m.in. o znaczeniu własnych przedsięwzięć badawczych ii publikacyjnych bibliotekarzy dla wizerunku biblioteki w lokalnym środowisku akademickim.

wtorek, 9 września 2014

Biblioteki akademickie w dobie kryzysu

Wybieram się do Ostrołęki na doroczną, szesnasta już konferencję bibliotek uczelni niepublicznych. Zgłosiłem wystąpienie nawiązujące do tematyki konferencji  (Strategia biblioteki : czas kryzysu - czasem wyzwań dla bibliotek), zawierające w sobie pytanie czy biblioteki akademickie to kosztowny luksus, czy wciąż jednak konieczność. Odpowiedź niby oczywista. Przynajmniej dla bibliotekarzy. Ale czy dla pracowników naukowych i władz uczelni?
Otóż nie jest. Pamiętam, jak kilka lat temu toczono dyskusję nad będącą już w budowie (i chyba po blisko 20 latach od zaczęcia wreszcie dobiegającą końca) Biblioteką Uniwersytecką we Wrocławiu. W prasie lokalnej pojawiły się wtedy publikacje profesorów nauk ścisłych kwestionujące taką potrzebę i w ogóle potrzebę posiadania przez uniwersytet tak kosztownego garbu. Bo też na skutek licznych błędów i zwyczajnych kantów, inwestycja stała się wyjątkowo kosztowna. Czego doświadczają zatrudnieni tam bibliotekarze, opłacani niżej niż we wszystkich chyba innych uczelniach państwowych, którzy zdesperowani zdecydowali się na protest.
Chcąc być sprawiedliwym muszę dodać, że tymczasem nowe biblioteki zafundowały sobie inne uniwersytety i uczelnie w całym kraju. W samym tylko Wrocławiu efektowne i pojemne gmachy mają Uniwersytet Ekonomiczny, Przyrodniczy, Politechnika, a odpowiednio mniejszy, bo jednak zbudowany nie za pieniądze unijne, ani z budżetu państwa, lecz z opłat studentów - Dolnośląska Szkoła Wyższa.
Kryzys finansów w świecie zbiegł się w Polsce z kryzysem demograficznym, szczególnie odczuwalnym właśnie przez szkoły wyższe, gdyż z roku na rok gwałtowanie maleć zaczęła liczba maturzystów, a do tego na wyczerpaniu są rezerwy w postaci maturzystów z lat poprzednich, którzy wcześniej nie podjęli studiów.
Na to nałożyła się zmasowana propaganda medialna, uderzająca w uczelnie wyższe, zwłaszcza w sens studiowania nauk humanistycznych i społecznych, preferująca zaś kształcenie zawodowe. Że niby daje ono lepsze perspektywy zatrudnienia. Nieważne, że z badań wynika w sposób niezbity, że najkrócej po zakończeniu edukacji na zatrudnienie czekają absolwenci szkół wyższych, a najdłużej - absolwenci zawodówek. Czuję przez skórę, że z jednej strony jest to zgodne z polityką rządu, bo zaoszczędzi na kosztach edukacji oraz wielkich korporacji, które chcą mieć tanich i pozbawionych większych aspiracji pracowników. Korci mnie, żeby dopisać tu także Kościół, który wie, że pytania natury egzystencjalnej stawiają sobie ludzie lepiej wykształceni, a z tych pytań i wątpliwości nierzadko rodzi się zwątpienie w sens wiary religijnej i konsekwencje w postaci chudnącej tacy. Ale wyjdzie na to, że znów czepiam się Kościoła.
Kryzys demograficzny sprawił, że liczba maturzystów jest mniejsza niż liczba miejsc na bezpłatnych  studiach stacjonarnych w uczelniach państwowych. Na które do tej pory, zwłaszcza na najatrakcyjniejsze kierunki , dostawała się młodzież z rodzin dobrze sytuowanych rodzin miejskich, w których zwykle wyżej ceni sie wykształcenie i które stać na zapewnienie latoroślom korepetytorów,  dzięki czemu trafiały one do lepszych gimnazjów i liceów. Dlatego na uczelniach publicznych kształciła się młodzież nie mająca takich warunków i zmuszona do nadrabiania w krótkim czasie tego, c czym na studia przychodziła młodzież po lepszych szkołach średnich. W tej sytuacji uczelnie publiczne rekrutują młodzież także gorzej przygotowana do studiowania i choć też odczuwają skutki kryzysu, to jednak w mniejszym stopniu niż uczelnie niepubliczne, którym zostaje do zagospodarowania coraz mniejsza część tortu.
Tną więc koszty. W efekcie w ostatnich latach na doroczne konferencje bibliotek uczelni niepublicznych przyjeżdża coraz mniej koleżanek i kolegów. Bo nierzadko jako pierwsze pod nóż trafiają etaty w bibliotekach i fundusze na uzupełnianie zbiorów. We Wrocławiu już tylko zespół pracowników Dolnośląskiej Szkoły Wyższej pozostał w stanie nienaruszonym, a nawet w wyniku konsolidacji uczelni został nieznacznie zwiększony. Ale też jest to uczelnia, która od początku tworzona była z myślą o trwałym miejscu na mapie naukowej kraju, więc stawiała na rozwój własnej kadry i infrastruktury. Dziś to procentuje, choć i tu co jakiś czas nie bez obaw podpytujemy komisję rekrutacyjną o wyniki ich zabiegów.
Zjawisko traktowania bibliotek jako luksusu zaobserwowała w swoich badaniach moja współpracownica dr Magda Karciarz. Niemal połowa uczelni niepublicznych nie udzieliła jej żadnych informacji o bibliotekach, zasłaniając się... tajemnicą służbową. Tymczasem takich problemów nie widziały uczelnie, które mają dobre lub bardzo dobre biblioteki i mogą o tym nie tylko informować, lecz wręcz chlubić się nimi.
Słyszałem o takich przypadkach, że uczelnie zatrudniały - na umowę zlecenie lub na części etatu - wykwalifikowanych bibliotekarzy, by natychmiast się z nimi rozstać, gdy Państwowa Komisja Akredytacyjna zamknęła za sobą drzwi lub przysłała pozytywny raport, pozwalający uczelni nadal działać.
Pytanie o to, czy biblioteka jest potrzebą, czy też jest traktowana jako kosztowna konieczność, nie jest więc tak znowu retoryczne
                      


środa, 7 sierpnia 2013

Moje pierwsze biblioteki akademickie

Pierwsze moje kontakty z bibliotekami uczelnianymi miały miejsce wraz z rozpoczęciem studiów na Uniwersytecie Wrocławskim w 1966 roku i nie były one budujące. Jako pierwszaków (studentów I roku) zaznajomiono nas na początek z Czytelnią Zbiorów Specjalnych Biblioteki Uniwersyteckiej "Na Piasku", nazywaną później Czytelnią Bibliologiczną.  Wzdłuż ścian wielkie po sufit regały z ciemnego grubego drewna zapełnione książkami do granic możliwości, w trudnym do odgadnięcia porządku. A pośrodku masywne wielgachne stoły ustawione w rzędy, przy nich, również masywne, krzesła, z obitymi ciemnozielona tapicerką siedzeniami. Nieco luźniej ustawione encyklopedie i roczniki czasopism bibliotekarskich w tzw. małej czytelni, a pośrodku wielgachny jeden stół. Później, gdy przychodziliśmy tam jako użytkownicy, lubiliśmy właśnie tam przesiadywać, żeby nie być na oczach pań bibliotekarek, dla których cisza była czymś w rodzaju fetyszu. A tam udawało się jednak parę zdań zamienić.