Publikacje objęte zakazem
upowszechniania mogły przechowywać tylko biblioteki naukowe. Rzecz w tym, że publikacje te musiały się znaleźć na liście publikacji objętych zakazem. Tymczasem
publikacje wysyłane z zagranicy do bibliotek polskich zatrzymywane były przez
urzędy celne „po uważaniu”. Jeśli celnik zajmujący się kontrolą przesyłek, na
ogół będący na usługach bezpieki, uznawał po pobieżnym przejrzeniu książki, że
zawiera ona treści godzące w ustrój socjalistyczny lub sojusz ze Związkiem
Radzieckim, podejmował decyzję o jej zatrzymaniu. Na szczęście w takich razach
biblioteka, do której szła wysyłka była zawiadamiana o zatrzymaniu, z podaniem
elementarnych danych bibliograficznych.
Co więc robiły biblioteki w takich
razach? Biblioteka Uniwersytecka we Wrocławiu (przypuszczam, że jako jedna z
wielu) przekazywała sprawę do uczelnianego radcy prawnego, a ten wnioskował do
Głównego Urzędu Kontroli Publikacji i Widowisk (tak malowniczo nazywał się
urząd cenzury) o… wydanie zakazu upowszechniania zatrzymanych książek. I wtedy,
gdy przychodziło pismo zawiadamiające o wydaniu zakazu, można było wzywać urząd
celny do ich przysłania.