Niedawno pisałem, że podjąwszy swoją pierwszą pracę w bibliotece (Studium Nauczycielskiego Nr 1 we Wrocławiu) dość szybko zorientowałem się, że jest to pole działań, które może dać poczucie samorealizacji.
Dziś zastanawiając się nad tym, co przywiodło mnie wtedy do takiej konstatacji, stwierdzam, że w gruncie rzeczy nic wielkiego. Z pewnością było to poczucie, że nabieram biegłości w wykonywaniu codziennych czynności, którymi było najpierw opracowanie formalne nabytków, a potem także ich klasyfikowanie w systemie Uniwersalnej Klasyfikacji Dziesiętnej. Poza tym dość szybko "nauczyłem się" zawartości i układu księgozbioru, dzięki czemu mogłem nie tylko sprawnie realizować zamówienia czytelników, ale też podsuwać inne lektury na interesujące ich tematy. Było to tym bardziej dobrze widziane, że czytelnicy (studenci i wykładowcy) niechętnie korzystali z katalogu rzeczowego, układ UKD był bowiem dla nich istną abrą-kadabrą. A że jako katalogującemu wszystkie niemal nabytki przechodziły przez moje ręce, mogłem informować o nowościach. Poza tym regularnie czytywałem prasę , w tym także i fachową pedagogiczną, więc czasem informowałem też o interesujących dla użytkowników artykułach.