Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PRL. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PRL. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 kwietnia 2020

Mistrzowie polskiego felietonu

Czytam gazety od wczesnego dzieciństwa, a od czasów licealnych także tygodniki ("Kultura", "Polityka", "Dookoła świata", często też "Tygodnik Kulturalny", "Przekrój", "Życie Literackie", "Szpilki" i "Sportowca" oraz dwutygodnik "Współczesność") i niemal wszystkie zaczynałem od ostatniej strony, gdzie znajdowałem zalecające się błyskotliwymi spostrzeżeniami i humorem felietony: KTT (Krzysztofa T. Toeplitza, Jerzego Kibica (Urbana), Bywalca (Daniela Passenta), Janusza Głowackiego, Antoniego Słonimskiego, Aleksandra J. Wieczorkowskiego, Wisławy Szymborskiej,  Michała Radgowskiego, publicystyczne wiersze Ludwika Jerzego Kerna i Wojciecha Młynarskiego,  i in.
W czasach studenckich doszły do tego zestawu m.in. "Tygodnik Powszechny" oraz miesięczniki "Twórczość", "Dialog" i "Odra" z felietonami m.in. Kisiela, Iwaszkiewicza, Konstantego Puzyny, a nawet Stanisława Lema.
Wspominam o tym dlatego, żeby wyjaśnić fenomen felietonu. Wziął się on niemal u początków prasy. W periodykach zdarzało się, że po złamaniu numeru zostawało trochę wolnego miejsca, za mało na artykuł, a za dużo na drobne notki o bieżących zdarzeniach. Zapełniano je więc przez dodawanie dowcipów,  przytyków pod adresem konkurencji, krzyżówkami i zagadkami oraz wolnymi, najczęściej niepozbawionymi dowcipu dywagacjami kogoś z redakcji. A że miały one na ogół lekką formę, często odnosiły się do aktualnych zdarzeń lub tematów dyskusji i mieściły się niejako poza głównymi kartami pisma, nazwano je "kartkami" (feuilleton). Zresztą wielu felietonistów tytułowało swoją rubrykę kartkami (z kalendarza, z mojego kalendarza itd.). Dość szybko niektórzy z felietonistów nabrali w tej sztuce takiej biegłości, że wielu czytelników kupowało pisma jeśli nie z nadziei na kolejny felieton, to z pewnością od nich zaczynało lekturę całych numerów. Jak i ja.
Lubiłem zresztą i te najmniejsze "karteczki", czyli dowcipy, lapsusy dziennikarskie, tak obficie  cytowane na ostatniej stronie "Przekroju" oraz "Dookoła świata", gdzie publikowano także smakowitsze fragmenty pism urzędowych. Do dziś pamiętam wniosek do lokalnej rady narodowej o zapomogę z powodu pogrzebu, gdyż "za zasiłek pogrzebowy nie da się zrobić żadnych hopsztosów".

niedziela, 16 lutego 2020

Czasopisma, które czytaliśmy w PRL-owskiej szkole


A w każdym razie prenumerowaliśmy lub raczej nam je prenumerowano w małej wiejskiej szkole na Dolnym Śląsku.

Umiałem czytać zanim poszedłem do szkoły. Od czasu do czasu mama kupowała mi w mieście jakąś tanią książeczkę, Ale na co dzień czytałem "Gromadę - Rolnik Polski" i "Przyjaciółkę", które prenumerował tata. Oczywiście tylko krótsze takty i raczej te służące zabawie, a więc anegdoty i dowcipy, ale w przyjaciółce też listy od czytelniczek.
Kiedy poszedłem do szkoły, po pierwszych kilku miesiącach, zacząłem co tydzień otrzymywać nowy numer "Świerszczyka". Jak się okazało, kierowniczka szkoły, niezapomniana pani Maria Misztalowa, prawdziwa humanistka i autorytet lokalny poleciła rodzicom uczniów rozpoczynających szkolną edukację Czasopismo było kolorowe, z pięknymi ilustracjami, zaciekawiającymi opowiadankami i wierszykami. Niektóre teksty czytała nam "nasza pani, mile przeze mnie wspominana Maria Chmielewska, która przyszła do szkoły prosto po maturze. Jako czytający już całkiem płynnie, regularnie bywałem wywoływany do czytania wierszyków.  Nazwiska grafików i autorów tekstów odnajdywałem w szkolnych czytankach, a w późniejszych latach jako grafików w "Szpilkach i "Przekroju". Lektury wystarczało na godzinę - dwie i znowu czekałem cały tydzień na następny numer. 

niedziela, 9 lutego 2020

Szkolny dress code w głębokim PRL-u

Do napisania o tym jak było skłoniły mnie wieści o nowych zasadach ubierania się dla uczniów i uczennic I Liceum Ogólnokształcącego w Rzeszowie. Określa on m.in. dopuszczalną krótkość spódnic i sukienek u dziewcząt (nie wyżej nic do połowy uda) i spodni u chłopców (minimum 3/4 i broń Boże w jasnych kolorach), chłopcom zabranie noszenia biżuterii, a dziewczętom nakazuje noszenie stanika.
Niestosowanie się grozi karami sprzecznymi z całym szeregiem ustaw, konwencji i ogólnymi zasadami współżycia społecznego, m.in. wysłanie do domu, nagana ze strony dyrektora lub nawet wyrzuceniem ze szkoły. Jest pytanie jak szkoła będzie odpowiadać za bezpieczeństwo ucznia, który w godzinach zajęć jest w drodze do domu albo jak to jest z realizacją ustawy o obowiązkowym nauczaniu do 18.roku życia.
Uczniowie podnieśli bunt, media rozdmuchały problem, bo regulamin, nie skonsultowany z rodzicami, ale można domniemywać, że z nadzorem pedagogicznym, a w każdym razie w nadziei na pochwałę dla dyrekcji,ma być od 10 lutego wcielony w życie.
W internecie burza, a głosy podzielone. Jedni pochwalają regulamin, bo kto to widział, żeby dziewczyny przychodziły do szkoły wymalowane, w mini, a do tego bez stanika pod bluzeczką? Ograniczenia dla chłopców jakoś nie oburzają.
Oczywiście, skojarzyłem te zasady z czasami mojej szkolnej edukacji. 

niedziela, 24 listopada 2019

Późny Gierek, wczesny Jaruzelski. Kultura w PRL-u

Józef Tejchma, urodzony w Markowej na Podkarpaciu, już  w wieku młodzieńczym poświęcił się polityce. Jako osiemnastolatek zaczął swą aktywności w Związku Młodzieży Wiejskiej "Wici", a potem jednocześnie jako członek PZPR i ZMP "budował" Nową Hutę jako przewodniczący organizacji zakładowej Po rozwiązaniu ZMP znów działał w ZMW, zostając jego przewodniczącym. Co w PRL-u oznaczało otwartą drogą do kariery politycznej na najwyższych stanowiskach. Od 1964 r. już jako członek KC PZPR pełnił wysokie funkcje partyjne i rządowe.
Jako człowiek oczytany, interesujący  się sztuką i mający osobiste relacje  z wielu luminarzami sztuki, został w 1974 r. w  rządzie Gierka i Jaroszewicza "skierowany na odcinek kultury", jak się w żargonie partyjnym mawiało. Po pamiętnym 1976 r., kiedy partia po raz kolejny zwróciła się w sposób ostentacyjny wobec swego suwerena, którym była dla PZPR "klasa robotnicza", a szerzej rzecz ujmując "lud pracujący miast i wsi" (liczne aresztowania i tzw. "ścieżki zdrowia", czyli bicie pałkami zatrzymanych robotników i ludzi ich wspierających w szpalerze milicjantów i ZOMO-wców od tzw. suki do celi aresztanckiej) i żywiołowo narastającym kryzysie ekonomicznym, stał się krytykiem władzy. Czemu dał wyraz w prowadzonym przez siebie w 1978 r. dzienniku, opublikowanym w 2002 r.
Trochę to dziwny krytycyzm, który pozwalał mu być jednocześnie członkiem Biura Politycznego partii, wicepremierem rządu i ministrem kultury. Tym dziwniejszy, że relacjonując lakonicznie przebieg posiedzeń rządu i Biura Politycznego, zaznaczał, że kończyły się one przyjętymi jednogłośnie uchwałami.
Ale zarazem mógł sobie powiedzieć, że jego chata, czyli kultura, były z kraja. Rząd i Biuro Polityczne zajmowały się bowiem najrozmaitszymi sprawami (wydobyciem węgla,  zaopatrzeniem sklepów w artykuły konsumpcyjne, np. w karpie, plonami w rolnictwie, rodziną, sposobem skwitowania wyboru Karola Wojtyły na papieża i przyjęcia go w Polsce itd.

piątek, 14 września 2018

Dzienniki Marii Dąbrowskiej, czyli o sztuce edytorskiej w PRL-u

Doczytałem dzienniki Marii Dąbrowskiej z lat 1945 do końca. Jak juz wcześniej pisałem była zniesmaczona rządami PPR-owców, a potem PZPR-owców, ale starała się jakoś  w tej Polsce urządzić. Zżymała się na cenzurę, walczyła o każde słowo i zdanie w swoich tekstach, ale godziła się z istnieniem tej instytucji i nawet dostrzegała w sobie autocenzurę, podejmując decyzję o rezygnacji z pisania opowiadań skazanych na to, że "nie przejdą" lub z wątków w swoich opowiadaniach, które mogłyby ulec wykreśleniu.
Uczestniczyła  w życiu literackim i kulturalnym, w tym w wypranych z treści celebrach. Spotykanych na tych konwektyklach pisarzy związanych wcześniej lub nawet już po wojnie z Kościołem (Zawieyski, Grabski, Gołubiew, Turowicz) naszywała poputczykami, czyli nie popieranych przez władzę, ale starających się jakoś z nią układać, nie zdawała sobie chyba sprawy, że mieściła się w tej kategorii.  Kiedy w 1950 r. przeprowadzono denominację złotego, niekorzystną zarówno dla posiadających oszczędności w bankach, jak i gotówkę, udała się do sekretarza Związku Literatów Jerzego Putramenta, w nadziei, że jakoś uda się za jego wstawiennictwem uchronić własne oszczędności. Usłyszała jednak to, co mówią dzisiejsi, PiS-owscy dziennikarze, czyli, że wszyscy podlegają temu samemu prawu. I że powinna bardziej się starać. Okazało się jednak, że chyba ta wizyta, o której pisze z pogardą dla samej siebie, dała pewien efekt, gdyż po przeliczeniu zostało jej na koncie więcej pieniędzy niż wynikało to z jej własnych wyliczeń.

wtorek, 11 września 2018

Bibliotekarskie spotkania w Gdańsku. I powrót do pracy

Trzecią turę wakacji tradycyjnie, od 48 lat, spędziliśmy w Gdańsku, gdzie dzięki rodzeństwo żony mamy wygodną darmową kwaterę niedaleko od morza. I nawet gdy pogoda bywa taka sobie, niepodobna tam się nudzić. Dokładnie 40 lat temu broniłem na tamecznym, młodym jeszcze uniwersytecie mego doktoratu. I mam tam wielu przyjaciół i dobrych znajomych. Tych dobrych znajomych też mógłbym nazwać przyjaciółmi, ale nie wiem, co oni na to.
Jest ich tyle, że gdybym nawet każdy z jedenastu dni pobytu poświęcić na spotkania, i tak nie podołałbym zamiarowi. Na szczęście (?) niektórzy jeszcze nie wrócili z wakacji lub pobytów służbowych, mogłem kilka popołudni spędzić na tzw. łonie rodziny i/lub natury. A pogoda dopisała jak rzadko kiedy.
Z przyjaciółmi ze studiów objechaliśmy kawał Kaszub - od Gdańska do Kościerzyny (jakże zmieniła się w ciągu 10 lat, kiedy byliśmy tam ostatnio!) po Jezioro Żarnowieckie, które oglądaliśmy zarówno z bliska, jak i z wieży w Gniewinie. Dwie moje koleżanki, dawniej pracujące w bibliotekach uczelni niepublicznych, odwiedziłem w ich nowych miejscach pracy - w bibliotekach Politechniki i Uniwersytetu Medycznego, gdzie znakomicie się odnalazły i są cenione. Pobyt,  zwłaszcza w tej drugiej bibliotece w znacznym stopniu zaspokoił moje ego, gdyż znalazło się tam parę osób czytających mego bloga i chodzących na odbywające się w Trójmieście konferencje, na których miałem wystąpienia. A z bibliotek szliśmy na piwo lub kawę i długie pogawędki.
Na naszej kwaterze gościliśmy mego kolegę z ławy szkolnej, który osiadł z Gdyni. Zwykle gościmy u niego, gdzie jego żona Ania przygotowuje pyszną kolację. Ale tym razem byliśmy bez auta, więc Romek z Anią przyjechali do nas do Oliwy. A moja żona w przygotowywaniu przyjęć jest co najmniej nie gorsza od Ani. 

Spotkałem się też z radością z naszym dawnym kolegą z Biblioteki DSW, a dziś robiącego karierę urzędnika kuratorium oświaty. Wolałem go nie ciągnąć za język w sprawach polityki oświatowej, bo mógłby mieć problemy z lojalnością. I bez tego wystarczyło tematów.

wtorek, 21 marca 2017

Jak we wczesnym PRL-u normowano pracę w bibliotekach

Po ćwierci wieku mniej więcej ustalonego przez teorię i praktykę zarządzania podejścia do kwestii organizacji i wydajności pracy w różnych dziedzinach produkcji i usług, choć zdarzają się wciąż systemy bliskie systemowi niewolniczemu, pomysły z czasów głębokiego PRL-u mogą bawić.
Oto Komisja Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego do spraw bibliotek wykoncypowała w 1955 r. system normowania pracy w zakresie opracowania alfabetycznego druków zwartych nowych, tj. wydanych po 1800 r.
Ustalono siedem stadiów drogi książki i związanych z nim rodzajów prac - od kwalifikacji druków zwartych do sprawdzenia prawidłowości ułożenia kart katalogowych.W ówczesnych realiach w rachubę wchodziło wciąż opracowanie licznych druków zabezpieczonych po dawnych bibliotekach, księgozbiorach prywatnych, towarzystwach regionalnych i zawodowych itd.

poniedziałek, 20 marca 2017

Pilcha powieść o... No właśnie, o czym?

Książki Pilcha czytam głównie dla sztuki narracji i oryginalnych spostrzeżeń. Jeśli do tego trafi się zręcznie ujęta intryga lub anegdota, to  traktuję je jako dodatkowy bonus. 
Tak też podszedłem do niedawno kupionej książki do biblioteki. Wziąłem ją do domu, a gdy dzień czy dwa później trafiłem na fakturze od dostawcy na tytuł Tysiąc spokojnych miast zdziwiłem się, że nie ma go na półce. Pomyślałem, że może to akurat nowy (dla mnie) Pilch. Zajrzałem do Google'a i rzeczywiście,  w ofercie którejś z księgarń internetowych widniała okładka z fotografią Władysława Gomułki. Bo tymczasem przeczytałem kilkadziesiąt stron zapisków jedenastolatka, wiernie notującego rozmowy swego ojca ze swoimi znajomymi, nic sobie nie robiąc z obecności chłopca, zapewne nie podejrzewając go zdolności do wiernego zapamiętywania i spisywania ich słów. Ci zaś, jedni z większym zapałem, inni z pewnym dystansem i wahaniami lub sprzeciwem wobec zamiaru dyskutowali o  zgłoszonym przez jednego z nich planie zamachu na I sekretarza PZPR. A na wykonawcę zamiaru, polegającego na strzale z japońskiej kuszy wyznaczono właśnie chłopca.

niedziela, 12 marca 2017

Ambaras z literaturą zagraniczną w bibliotekach za Bieruta

Historycy powojennego bibliotekarstwa w Polsce zdają się nie zauważać pomocy ze strony instytucji zagranicznych. Być może dlatego, że nie była ona spektakularna, ani specjalnie przez władze państwowe oczekiwana, jeśli nie zgoła kłopotliwa.
W aktach Biblioteki Uniwersyteckiej we Wrocławiu znalazłem parę potwierdzeń odbioru książek zagranicznych przekazanych przez polskie placówki dyplomatyczne w Pradze, Moskwie i Paryżu. Najciekawszy jednak zdaje się list attache kulturalnego Ambasady Polskiej w Waszyngtonie Czesława Miłosza z 8 października 1947 r. do Ministerstwa Oświaty, rozesłany też prawdopodobnie do rektorów wszystkich polskich uniwersytetów, skoro trafił i do Wrocławia. Informuje on, że przyjął skargę wicedyrektora Commition for International Education Reconstruction dra Stanfortha, który podczas pobytu w Polsce stwierdził, że paki z książkami wysłane do Biblioteki Narodowej w celu zaopatrzenia tej biblioteki oraz bibliotek naukowych w Polsce tylko w części trafiły pod wskazany adres, a z tej  części tylko niektóre wcielone zostały do zbiorów i w ogóle nie rozesłane do innych bibliotek. Stanforth wyraził przypuszczenie, że pozostała część pak spoczywa w magazynach portu w Gdyni, ale nie mógł tego stwierdzić. Jednocześnie ostrzegł, że akcja pomocy bibliotekom polskim będzie kontynuowana tylko pod warunkiem realizacji celów komisji.


piątek, 23 grudnia 2016

Dzieciństwo na PRL-owskiej dolnośląskiej wsi w latach pięćdziesiątych w mojej pamięci

Przez wiele lat po wojnie dzieci rodziły się w domu, a porody odbierały doświadczeńsze w tym względzie kobiety. Działo się tak z powodu braku podstawowej wiedzy medycznej, ale też rachitycznej lub zgoła żadnej komunikacji zbiorowej w  znacznej części wsi, przez które nie przejeżdżała kolej oraz wyłączenia ludności wiejskiej z ubezpieczeń społecznych. Korzystali z niej tylko pracownicy państwowych zakładów pracy. Nawet gdy zmuszono rolników indywidualnych do zrzeszenia się w spółdzielniach produkcyjnych, zwanych popularnie kołchozami, nie uzyskali oni prawa do  bezpłatnej opieki medycznej.
Jak tylko pamiętam przez wieś przejeżdżała "buda" wożąca dość licznych we wsi górników (na ogół posiadających też kilkuhektarowe gospodarstwo i mających status tzw. chłopo-robotników) kopalni miedzi "Konrad" w odległej o kilkanaście kilometrów wsi Iwiny. Gdzieś w połowie lat pięćdziesiątych podobne pojazdy pojawiły się jako transport zbiorowy pod nazwą Państwowa Komunikacja Samochodowa (PKS). Dzięki temu gospodynie wiejskie mogły wozić do pobliskiej Złotoryi drób i nabiał na targ i zrobić zakupy, a młodzież szkół średnich zrezygnować z internatu i codziennie dojeżdżać do miasta, albo nawet dalej, do odległej o ok. 25 km Legnicy, gdzie oprócz liceów ogólnokształcących było Liceum Pedagogiczne oraz technika i szkoły zawodowe. Potem ich absolwenci mogli dzięki PKS-owi podjąć pracę w Złotoryi.

wtorek, 25 października 2016

Piwnica pod Baranami ma 60 lat

1956 rok w Europie Wschodniej oznaczał zniesienie kultu jednostki Stalina, ogłoszonym przez Nikitę Chruszczowa, wieloletniego bliskiego współpracownika tyrana, opuszczenie bloku krajów komunistycznych przez Austrię, najazd Sowietów na Węgry, a w Polsce wyraźną odwilż polityczną. Przez krótki czas media mogły cieszyć się względną wolnością, sztuka uwolniona została z ciasnego gorsetu socrealizmu, a na uczelnie mogli powrócić odsunięci od dydaktyki liczni profesorowie. Część tych zmian okazała się trwała, choć granice wolności ulegały powolnemu zacieśnianiu.
Rok ten zaznaczył się też powstaniem nowych bytów. Część z nich niebawem zniknęła, ale niektóre trwały przez lata i nawet trwają nadal, choć w postaci w jakimś stopniu zmienionej. W roku tym ruszyło emitowane do dziś słuchowisko radiowe "Matysiakowie", a we wrocławskim radiu audycja satyryczna "Studio 202", a w Krakowie, w piwnicznych pomieszczeniach pałacu Potockich, zwanym "Pod Baranami" pierwszy spektakl dali młodzi artyści i studenci szkól artystycznych,  rok później zaś zaczął ukazywać się tygodnik "Polityka",  a we Wrocławiu swą pierwszą premierę dał studencki teatr "Kalambur".

niedziela, 3 lipca 2016

Polska lat siedemdziesiątych oczami pisarza i intelektualisty

Kilka lat temu pisałem już o pierwszym bodaj tomie dzienników Jana Józefa Szczepańskiego, znanego głównie jako autora powieści "Polska jesień", setek opowiadań i nowel, stałego recenzenta filmowego "Tygodnika Powszechnego", a także współscenarzystę filmu Zanussiego "Z dalekiego kraju" (o drodze życiowej Karola Wojtyły).
Na czas po usunięciu zaćmy i związanych z tym trudności z czytaniem, wziąłem do przeczytania tom czwarty, drukowany nieco większą czcionką (z wyjątkiem przypisów i indeksu), obejmujący lata 1973-1980. Opasły, liczący blisko 700 stron. Ale znacznie ciekawszy niż pierwszy. Pewnie dlatego, że autor tymczasem stał się znaczącym pisarzem i publicystą, cenionym nie tylko za pisarstwo, ale i za niezależność intelektualną, mocno osadzonym w środowisku literackim, członkiem władz Związku Literatów Polskich oraz PEN-Klubu na szczeblu ogólnopolskim i lokalnym, mającym rozległe koneksje literackie i polityczne, a dzięki temu znającym życie intelektualne Gierkowskiej Polski od podszewki. A poprzez lekturę dzienników mogą je poznać także ci wszyscy, dla których wydaje się ono interesujące. A zwłaszcza ci, co pamiętają te czasy.

wtorek, 28 czerwca 2016

Jak się pół wieku temu zdawało maturę

Od studniówki (w szkolnej sali gimnastycznej, z grającą na co dzień w kawiarni sekcją rytmiczną) zaczęła narastać gorączka przedmaturalna. Niedługo potem bowiem pisaliśmy maturę próbną.
Wprawdzie jeszcze gdzieś do marca, a może nawet do początku kwietnia realizowany był program kształcenia, ale w razie gdy ktoś był wzywany do odpowiedzi i niezbyt sobie radził, słyszał najczęściej (a wraz z nim cała klasa)  z wyrazem zatroskanie w głosie profesora "No, nie wiem, jak ty sobie poradzisz na maturze". A potem już powtórki, sprawdziany "z całego materiału" oraz wspólne uczenie się u złotoryjskich kolegów i koleżanek. Sam najchętniej odwiedzałem jedną z koleżanek z równoległej klasy. Róża mi się podobała, a nie miałem dość odwagi, żeby jej wcześniej zaproponować "chodzenie". Ale skoro ona mi zaproponowała wspólne uczenie się z nią i jej dwiema czy trzema koleżankami, a jej rodzice mnie polubili... Z maturą dała sobie radę, ale potem mimo zdanych egzaminów na studia nie została przyjęta. Przyjąłem to z przykrością.

sobota, 11 czerwca 2016

Szkoła średnia na PRL-owskiej prowincji - perspektywa osobista

Zdolniejsza młodzież wiejska po podstawówce wybierała średnie szkoły zawodowe. Chłopcy technika samochodowe lub mechaniczne, dziewczęta zaś szkoły ekonomiczne. Bywało, że chłopcy najpierw szli do "zawodówek", żeby szybciej mieć fach w ręku i zacząć zarabiać. W latach 60-tych w mojej wsi oznaczało do dojazd najpierw PKS-em do Złotoryi, a potem pociągiem do Legnicy. Ponad godzinę w jedną stronę.
I ja chciałem do samochodówki, co spodobało się nawet moim rodzicom, a mnie imponował starszy kolega, który już zarabiał na stacji paliw. Ale pani kierownik szkoły wyperswadowała mi to w dość ostrych słowach i przekonała rodziców, że przede mną są studia, a przedtem "ogólniak" w Złotoryi, tak jak jej dwoje młodszych dzieci, z których syn był już inżynierem we Wrocławiu, a córka kończyła liceum (a potem skończyła polonistykę). Za negatywny przykład posłużyć zaś miał jej syn najstarszy, który po zawodówce pracował jako mechanik maszyn rolniczych i wracał do domu późno i zmęczony.
Egzaminy wstępne pisemne nie sprawiły mi żądnych trudności. Natomiast ustne zapamiętałem jako wielogodzinne oczekiwanie. Drugiego dnia po kilku godzinach puściła mi się krew z nosa. Ktoś z komisji pomógł mi krwotok zatamować, doczyścić koszulę i uznał, że w tej sytuacji trzeba mnie od razu przepytać. Po jakiejś pół godzinie wyszedłem z zapewnieniem, że zostanę przyjęty.

sobota, 30 kwietnia 2016

Prohibita w bibliotekach w późnym PRL-u

Publikacje objęte zakazem upowszechniania mogły przechowywać tylko biblioteki naukowe. Rzecz w tym, że publikacje te musiały się znaleźć na liście publikacji objętych zakazem. Tymczasem publikacje wysyłane z zagranicy do bibliotek polskich zatrzymywane były przez urzędy celne „po uważaniu”. Jeśli celnik zajmujący się kontrolą przesyłek, na ogół będący na usługach bezpieki, uznawał po pobieżnym przejrzeniu książki, że zawiera ona treści godzące w ustrój socjalistyczny lub sojusz ze Związkiem Radzieckim, podejmował decyzję o jej zatrzymaniu. Na szczęście w takich razach biblioteka, do której szła wysyłka była zawiadamiana o zatrzymaniu, z podaniem elementarnych danych bibliograficznych.
Co więc robiły biblioteki w takich razach? Biblioteka Uniwersytecka we Wrocławiu (przypuszczam, że jako jedna z wielu) przekazywała sprawę do uczelnianego radcy prawnego, a ten wnioskował do Głównego Urzędu Kontroli Publikacji i Widowisk (tak malowniczo nazywał się urząd cenzury) o… wydanie zakazu upowszechniania zatrzymanych książek. I wtedy, gdy przychodziło pismo zawiadamiające o wydaniu zakazu, można było wzywać urząd celny do ich przysłania.

niedziela, 17 maja 2015

Dziesięć dni w PRL-u

Na początku lat dziewięćdziesiątych trafiła w moje ręce książka "Na szczęśliwej wyspie komunizmu" wybitnego radzieckiego pisarza Władimira Tiendriakowa, którego książki masowo wydawano w PRL-u. Tę jednak wydała aktywna w latach osiemdziesiątych niezależna oficyna "Krąg" już w 1991 r. 
Był to zbiór opowiadań, których akcja działa się w Związku Radzieckim w dziesięcioletnich odstępach czasu. Pierwsze przedstawia epizod z przeprowadzanej ok. 1920 r. w iście bolszewicki sposób kolektywizacji wsi, ostatnie zaś - spotkanie pisarzy radzieckich z sekretarzem generalnym partii Chruszczowem przy okazji zjazdu ich związku, którego np. Tiendriakow był działaczem. Na mnie szczególne wrażenie wywarło drugie opowiadanie w tym tomie, którego narrator, chłopiec, można sądzić, że porte parole autora, opowiada o miejscowości stanowiącej punkt postojowy pociągów wiozących ludzi na Syberię. Nieszczęśnicy czołgali się ostatkiem sił w okolice domu chłopca. Widział on jak próbowali ogryzać korę z drzew i po chwili część padała martwa. Raz rzucił im kanapkę, którą rodzice uszykowali mu do szkoły. Następnego dnia pod oknem były już dziesiątki innych zgłodniałych ludzi. Rodzice zabronili mu więc takiego postępowania. Odmawiał jednak sobie tych kanapek i karmił nimi psa, żeby nie zwariować.
Kiedy więc w naszej bibliotece rzuciła mi się w oczy książka Kazimierza Brauna (tak, ojca kandydata na prezydenta, Grzegorza i starszego brata szefa telewizji publicznej Juliusza, ale przede wszystkim wybitnego reżysera teatralnego, za którego dyrekcji wrocławski Teatr Współczesny stal się jedną z najbardziej liczących się scen w kraju, miejscem prapremier kilku sztuk Tadeusza Różewicza), miałem nadzieję, że to polski odpowiednik książki Tiendriakowa.

sobota, 19 lipca 2014

Biblioteki w stanie wojennym

Stan wojenny dotknął biblioteki w takim samym stopniu jak inne instytucje kultury,  nauk i oświaty. Do końca roku kalendarzowego były zamknięte. A od początku roku n1982 r. mogły być otwarte do godziny pozwalającej ich pracownikom na powrót do domu przed godziną milicyjną. W większych bibliotekach (miejskich i wojewódzkich publicznych oraz w uczelnianych i PAN-owskich pojawili się komisarze wojskowi, których zadaniem było czuwanie nad przestrzeganiem prawa stanu wojennego. Dyrektorzy bibliotek musieli z nimi uzgadniać decyzje kierownicze, udostępniać do wglądu przychodzącą i wychodzącą korespondencję urzędową, zwłaszcza zagraniczną, a także zapewniać im obecność podczas zebrań i innych spotkań. Co gorliwsi z nich uznali się za uprawnionych do pełnienia funkcji agentów bezpieki, zbierali informacje o kierownictwach i pracownikach biblioteki, interesowali się, jakie publikacje włączane były do zbiorów, analizowali regulaminy udostępniania, choć brak dowodów, żeby  informowali o tym właściwe służby. Ale gdy zdarzały się w owym czasie jakieś decyzje kadrowe, widziano w tym ich rękę.
Ale zwłaszcza w bibliotekach naukowych najczęściej zdarzały się rozmaite przejawy oporu wobec władz: kolportowane i przechowywane były nielegalne gazetki i broszury, pracownicy chadzali na manifestacje i procesy sądowe  działaczy „Solidarności” i organizacji politycznych, organizowane były zbiórki pieniędzy dla internowanych i zwalnianych z pracy, wyjazdy na widzenia do internowanych, wśród których było też kilkoro bibliotekarzy. Pracownicy bibliotek byli obecni w roli słuchaczy, a czasem też prelegentów w bardzo krytycznie ocenianych przez władze polityczne imprez popularyzujących naukę na terenie chętnie udostępnianych na ten cel kościołów. Nie były to działania zakazane, ale można było za nie nieformalnie być oskarżonym o wrogość wobec państwa i ustroju.  A wtedy byle pretekst mógł wystarczyć, żeby np. wstrzymać awans, zdegradować w hierarchii zawodowej, nie przyznawać uznaniowych premii czy nagród. Dość popularną formą demonstracji oporu, także wśród bibliotekarzy było noszenie wpiętych w klapy marynarek lub bluzek mikroskopijnych oporników lub odznak… Karkonoskiego Parku Narodowego (KPN).

sobota, 7 września 2013

Szkoła polska lat 50tych i 60tych

Wiejska szkoła, żeby była jasność. Choć program kształcenia był wszędzie taki sam. Były tylko inne warunki i inni nauczyciele.
Od nauczycieli zacznę. Sądząc po moich doświadczeniach dla większości z nich, zwłaszcza młodych, był to często krótki epizod. Byli to najczęściej absolwenci liceum ogólnokształcącego lub pedagogicznego. Z dzisiejszej perspektywy można przypuszczać, że część nie odnalazła się w tym zawodzie, części zaś nie odpowiadały wiejskie warunki. Żeby bowiem dostać pokój ze wspólną kuchnią w budynku szkoły, trzeba było wcześniej kwaterować u któregoś z mieszkańców. Na tzw. Ziemiach Odzyskanych warunki były wprawdzie lepsze od tych opisanych przez Redlińskiego w "Konopielce", ale wielu brakowało cierpliwości i szukali sobie innego miejsca lub innej pracy. Zostawały na lata te nauczycielki, którymi zainteresowali się miejscowi kawalerowie i wyszły za nich za mąż. I z perspektywy czasu oceniam te nauczycielki jako dobre lub bardzo dobre, umiejące skutecznie uczyć i zapewnić sobie posłuch u uczniów. Stabilizacja pociągała często za sobą podnoszenie kwalifikacji na dwuletnich studiach nauczycielskich.

niedziela, 1 września 2013

2 września 1955. Pierwszy dzień edukacji Stefana Kubowa

Zauważyłem na portalu "na temat.pl", że pisujący tam blogerzy wspominają swoje pierwsze dni w szkole. Nie należę do znanych blogerów, ale jednak codziennie zagląda tam kilkadziesiąt osób, a wczoraj było ich ponad sto. Dlatego też chce podzielić się moim wspomnieniem.
Cieszyłem się, że pójdę do szkoły, bo umiałem już płynnie czytać, a "Elementarz:" Falskiego znałem nieomal na pamięć, bo w czasach mojego dzieciństwa, zwłaszcza na wsi, nie miało się właściwie innych książek. Podczytywałem jednak "Gromadę - Rolnika Polskiego", którą to gazetę, ukazującą się trzy razy  w tygodniu abonował tata. Zwłaszcza ostatnia strona weekendowego wydania (wtedy nikt nie wiedział co to weekend)  zawierała teksty o lżejszym charakterze, jakieś wiersze i rysunki satyryczne, głównie o grubych kapitalistach w cylindrach i z cygarem między grubymi wargami oraz o nie nadążających za postępem rolnikach. Ale były też obawy przed czymś nowym. Bałem się rewanżu ze strony starszych kolegów, których zdarzało mi się raz czy dwa, dokąd tata nie zauważył i nie dał paru klapsów, obrzucić grudkami ziemi, gdy przechodzili koło naszego gospodarstwa.

niedziela, 21 kwietnia 2013

Wańka-Wstańka, czyli Janusz Rolicki o sobie i o dziennikarstwie

Czytelnicy PRL-owskich tygodników pamiętają zapewne znakomite reportaże o pracy ludzi w PGR-ach, śmieciarzy lub przewoźników zwierząt rzeźnych, pisane po wcieleniu się autora w rolę jednego z uczestników grupy.Nieco młodsi pamiętają takie cieszące się w czasach "krwawego Maćka"  olbrzymim zainteresowaniem programy telewizyjne jak " Godzina szczerości" lub "XYZ", których był pomysłodawcą i w których występował, jeszcze młodsi pamiętają być może pierwszą polską telenowelę "W labiryncie". Stał za nimi jako autor, redaktor lub pomysłodawca Janusz Rolicki. Znaczną popularność przyniosła mu książka "Przerwana dekada", stanowiąca zapis jego rozmów z Edwardem Gierkiem. Trafił z nią we właściwy czas, dzięki czemu była ona wielokrotnie wznawiana i osiągnęła milionowy nakład. Dziś można go oglądać w roli komentatora politycznego w telewizji lub czytać artykuły w gazetach i tygodnikach o profilach od lewa do prawa i z powrotem. Bo ten 75-latek jest wciąż niezwykle żywotny i twórczy.