Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komunizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komunizm. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 listopada 2018

Praga 1948 w powieści


Wrocławskie wydawnictwo Książkowe Klimaty przypomniało polskiej publiczności prozę czeskiego pisarza emigracyjnego Egona Hostovsky'ego znakomitą powieścią Zaginiony (Wrocław, 2016). 
Właściwie zbiorowym bohaterem jest grupa czeskich dziennikarzy i dyplomatów, będących w służbie już w okresie przedwojennym, z którego wywodzi się też sam autor, który krótko po wojnie wrócił do Pragi z placówki w Stanach i szczęśliwie został wysłany do Oslo, by ostatecznie na stałe osiąść w Stanach Zjednoczonych, dzięki czemu być może uszedł z życiem, a przynajmniej nie trafił w łapy czechosłowackiej bezpieki.
Pierwsze trzy powojenne lata w Pradze były okresem pewnego zawieszenia. U władzy znaleźli się komuniści, ale w rządzie byli jeszcze przedwojenni politycy, w tym na stanowisku ministra spraw zagranicznych syn Tomasza Masaryka Jan, zaś dziennikarze i politycy niższego szczebla miotali się ideowo między demokracją a komunizmem, ale część zdecydowanie trwałą na stanowisku demokracji, część  zaś opowiedziała się za komunizmem.

sobota, 4 marca 2017

Nauka buduje podstawy socjalizmu w planie sześcioletnim. Wystawa w Bibliotece Uniwersyteckiej 67 lat temu

Czego by o PRL-u nie powiedzieć, to przyznać trzeba, że na swych sztandarach umieścił potrzebę zwalczania analfabetyzmu i rozwijania oświaty oraz upowszechniania czytelnictwa. Prowadzono ją topornie, ale nie bez efektów. Z opowieści mamy wiem, że połowa mieszkańców wsi, z której się wywodzę, w przeważającej mierze kobiet, dzięki akcji walki z analfabetyzmem nauczyła się czytać i pisać. Niemal do każdego gospodarstwa docierała abonowana za przysłowiowy psi grosz prasa rolnicza. Najczęściej była to "Gromada", a po połączeniu dwóch tytułów w jeden "Gromada. Rolnik Polski". Dość często kobiety zamawiały też prenumeratę tygodnika "Przyjaciółka". Czytała ją moja mama, która sztukę czytania posiadła właśnie dzięki kursom dla analfabetów.
Przejawem dbałości o upowszechnianie czytelnictwa była inicjatywa Naczelnej Rady Książki przy Ministerstwie Oświaty organizacji dorocznego Święta Oświaty w pierwszych dniach maja. Włączyły się do nich partie polityczne, organizacje młodzieżowe, organizacje społeczne, a przeprowadzenie imprez, czyli kiermaszów książek,  odczytów, spotkań z pisarzami wzięły na siebie biblioteki, wydawnictwa, szkoły oraz księgarnie.

wtorek, 28 lutego 2017

Socjalistyczne współzawodnictwo pracy bibliotek uniwersyteckich. Tak było

Stalinizacja w gospodarce, nauce i kulturze zaczęła się kilka lat później niż w polityce. Zaczęła się mniej więcej rok - półtora roku po ogłoszonych sfałszowanych wynikach referendum pod nazwą "3 x tak". Wtedy zaczęła się proklamowana przez wicepremiera Hilarego Minca "bitwa o handel", Włodzimierz Sokorski zaczął intensywnie wprowadzać socrealizm w literaturze, muzyce i sztukach plastycznych, a Kongres Nauki Polskiej w lipcu 1951 r. mógł już tylko ogłosić trwającą realizację "reformy" szkolnictwa wyższego na wzór radziecki, polegającą m.in. likwidacji niektórych kierunków studiów, pozbawieniu prawa do wykładania części profesury oraz oparciu na literaturze radzieckiej. Biblioteki uniwersyteckie rozliczano z liczby nabywanych książek i czasopism radzieckich oraz ich przekładów na język polski. W arkuszach sprawozdawczych wprowadzono w związku z tym odpowiednią rubrykę.
Szał zaczął się wraz z ogłoszeniem Planu Sześcioletniego (1949-1951), kiedy to wszędzie gdzie się dało i nie dało wprowadzono radziecki system pracy: narady produkcyjne, współzawodnictwo socjalistyczne, walka o przekraczanie planów produkcyjnych i ogłaszanie tytułów przodowników pracy, szczegółową sprawozdawczość w coraz krótszych okresach czasu, aż do comiesięcznych.
Piszę o tym, gdyż w aktach Biblioteki Uniwersyteckiej znalazłem rezolucję uchwaloną podczas narady produkcyjnej w czerwcu 1950 roku o podjęciu socjalistycznego współzawodnictwa pracy. Warto przytoczyć ten dokument:

Pracownicy Biblioteki Uniwersyteckiej na naradzie produkcyjnej w zrozumieniu wielkich zadań, jakie czekają biblioteki naukowe, których rolę i drogę rozwoju wytyczy zbliżający się Kongres Nauki [a więc już rok wcześniej ukartowano uchwały], postanawiają:
1) korzystając z własnych racjonalizatorskich pomysłów usprawnić i wzmóc wydajność pracy dla realizacji planu sześcioletniego,
2) podnieść dyscyplinę pracy i rozwinąć socjalistyczne współzawodnictwo.

Do współzawodnictwa wezwano Bibliotekę Uniwersytecką w Poznaniu, która widać nie mogła się z tego wywinąć i niebawem, w październiku zawarta została umowa między obiema bibliotekami. 
Według paragrafu 3 tej umowy
Współzawodnictwo obejmuje druki z wpływu antykwarycznego wydawnictw sprzed 1939 r., druki z zakupów i darów zagranicznych oraz druki bieżące z egzemplarza obowiązkowego.

Pod uwagę miał zostać wzięty czas opracowania druków sprzed 1900 r., po tym roku i bieżących nabytków. Biblioteki ścigać się miały w zakresie pełnego katalogowania z odsyłaczami i kartami dodatkowymi, klasyfikacji oraz włączania kart do katalogu alfabetycznego i systematycznego.
Miała zostać powołana Komisja Współzawodnictwa złożona m.in. z dyrektorów obu bibliotek, kierowników działów opracowania, przedstawiciela innej biblioteki naukowej oraz przedstawicieli PZPR i ZNP oraz dwóch rzeczoznawców.
 dyrektorzy obu bibliotek zobowiązali się zapewnić "takie warunki pracy, by wydajność pracowników mogła być maksymalną" oraz zapewnić współzawodniczącym pracownikom premie.
Zaś 

Biorący udział we współzawodnictwie zobowiązują się usprawniać i racjonalizować czynności, prowadzić system oszczędnościowy oraz brać udział w pracach społecznych.

Co było dalej akta milczą. Pewnie obie strony uznały, że sprawa jest dęta i na spisaniu umowy poprzestano. Pewnie nawet nie powołano Komisji Współzawodnictwa, ani nikt nie otrzymał premii. No i nie znamy nazwiska bibliotekarskiego stachanowca.




piątek, 27 maja 2016

Żyć w "państwie budującym socjalizm". Takim jak NRD

Wielokrotnie nachodziła mnie myśl, że rozpoczęcie Wiosny Ludów w Europie Środkowo-Wschodniej w 1989 r. miało miejsce w Polsce dzięki Wojnom Gwiezdnym, które były udaną mistyfikacją Reagana, ale osłabiły ekonomicznie Związek Radziecki, gdzie tymczasem trwała pierestrojka i zaczął się powolny rozpad imperium oraz w jakimś stopniu papież Polak, ośmielający polską opozycję do oporu przeciw władzy. Ale już sama opozycja i jej siła wzięła się ze względnie łagodnego reżimu autorytarnego w naszym kraju, nie bez kozery nazywanym najweselszym barakiem w obozie socjalistycznym. Po upadku stalinizmu mieliśmy Październik 1956 nastąpiło radykalne zelżenie straszliwego do tej pory reżimu i łagodniał on aż do Okrągłego Stołu wiosną 1989 r. i wyborów, których 27. rocznicę będziemy obchodzili za tydzień.
Tymczasem w innych krajach satelickich Związku Radzieckiego destalinizacja trwała bardzo powoli i nie osiągnęła tego punktu, do jakiego doszła ona w Polsce już pod rządami ekipy Gomułki. W Czechosłowacji reżim stalinowca Gottwalda przeszedł gładko w ręce byłego obozowego kapo Novotnego, w NRD nadzieje na poprawę bytu rozwiało rozbicie protestu w 1953 r., a na Węgrzech - interwencja sowiecka w 1956 r. Panoszyła się wszechobecna bezpieka z gęstą siecią donosicieli, a do więzienia trafiało się za dowcip polityczny, pracę zaś można było stracić np. za  nie zgłoszenie otrzymania korespondencji zagranicznej.
W Polsce zaś żyło się biedniej niż na Węgrzech, w Czechosłowacji czy NRD, trudniej było zwłaszcza kupić żywność, a szczególnie mięso, lepszą gatunkowo odzież czy obuwie. Ale jednak trwało dość intensywne życie artystyczne, z trudem, ale jednak uzyskiwało się paszport i możliwość wyjazdu za granicę i nawet urzędnicy bez obaw opowiadali dowcipy polityczne. Szybciej też mogła zorganizować się opozycja, podziemny ruch wydawniczy, niezależne związki zawodowe, które w końcu w wyniku strajku w Stoczni Gdańskiej i strajków solidarnościowych w całym kraju zostały zalegalizowane. Był to wyłom w systemie komunistycznym na tyle silny, że pomimo wprowadzenia stanu wojennego i osłabienia struktur związkowych, władza musiała w końcu usiąść z opozycją do stołu rokowań z opozycją i w rezultacie ustąpić.

czwartek, 25 lutego 2016

Waleczni Czesi

My, Polacy, postrzegamy Czechów tak, jakby każdy był Josefem Szwejkiem,  czyli legalistą do granic śmieszności lub wręcz przez ten legalizm denerwującym władzę idiotę. Pamiętam usłyszany w radiu żart sprzed ponad 20 lat, że obchody półwiecza powstania praskiego trwały dłużej niż samo powstanie (5-8 maja 1945 r.), co było nieprawdą i mijaniem się z faktem, że - w przeciwieństwie do Powstania Warszawskiego - było ono zwycięskie i dzięki temu Praga nie została zniszczona i jest jedną z najczęściej odwiedzanych atrakcji turystycznych Europy.
Stereotyp o uległych wobec władzy Czechach próbował jeśli nie zburzyć, to przynajmniej nadszarpnąć Mariusz Szczygieł pisząc swój "Gottland" i "Zrób sobie raj"  Mit Szwejka, filmowanego przecież, wystawianego także na deskach scenicznych (pamiętam znakomitego Josefa Hruszinskiego w werswji filmowej i Romana Kłosowskiego w realizacji teatralnej)  jest jednak silniejszy.

wtorek, 18 czerwca 2013

Mój wiek, czyli wiek XX oczami Aleksandra Wata

Minęły już cztery lata od lektury wydanej wtedy po polsku książki Marci Shore "Kawior i popiół" (książka jest dostępna w internecie na chomikuj.pl. Kto nie ma zahamowań...), przedstawiającej losy polskich pisarzy, którzy dali się uwieść ideologii komunistycznej. Niektórzy przypłacili to życiem, inni długoletnim więzieniem lub zsyłką na Sybir, by w końcu przejrzeć na oczy. Pisałem o tej książce na jednym z poprzednich moich blogów, ale nie udało mi się na ten wpis trafić. Wtedy gdy pisałem Onet.pl nie dawał możliwości pisania tagów. Jeśli mi się to uda kiedyś, podam link.
Postanowiłem wtedy przeczytać "Mój wiek" Aleksandra Wata, a właściwie jego i Czesława Miłosza. Już kilka razy do tego podchodziłem, ale odstręczała mnie objętość tego dwutomowego dzieła. Ale gdy zabrałem się za pierwszy tom, przeczytałem go bardzo szybko. Teraz czytam tom drugi. Trochę wolniej. Pewnie dlatego, że początkowe jego partie mają odmienną formę od reszty. Mianowicie autor pisze je sam. To znaczy podredagował sam to, co na podstawie jego opowieści spisał jego rozmówca Czesław Miłosz.. A opowiada tu o swoich więziennych doświadczeniach  w Moskwie, a potem w innych miejscach kraju "gdie tak wolno dyszet czieławiek". Narracja jest tu bardziej konkretna, z niewielu dygresjami, w które obfituje większość książki, będącej zapisem wywiadu-rzeki. Więcej tu natomiast refleksji o naturze komunizmu, zwłaszcza tego w wersji stalinowskiej.