Czego by o PRL-u nie powiedzieć, to przyznać trzeba, że na swych sztandarach umieścił potrzebę zwalczania analfabetyzmu i rozwijania oświaty oraz upowszechniania czytelnictwa. Prowadzono ją topornie, ale nie bez efektów. Z opowieści mamy wiem, że połowa mieszkańców wsi, z której się wywodzę, w przeważającej mierze kobiet, dzięki akcji walki z analfabetyzmem nauczyła się czytać i pisać. Niemal do każdego gospodarstwa docierała abonowana za przysłowiowy psi grosz prasa rolnicza. Najczęściej była to "Gromada", a po połączeniu dwóch tytułów w jeden "Gromada. Rolnik Polski". Dość często kobiety zamawiały też prenumeratę tygodnika "Przyjaciółka". Czytała ją moja mama, która sztukę czytania posiadła właśnie dzięki kursom dla analfabetów.
Przejawem dbałości o upowszechnianie czytelnictwa była inicjatywa Naczelnej Rady Książki przy Ministerstwie Oświaty organizacji dorocznego Święta Oświaty w pierwszych dniach maja. Włączyły się do nich partie polityczne, organizacje młodzieżowe, organizacje społeczne, a przeprowadzenie imprez, czyli kiermaszów książek, odczytów, spotkań z pisarzami wzięły na siebie biblioteki, wydawnictwa, szkoły oraz księgarnie.
Przejawem dbałości o upowszechnianie czytelnictwa była inicjatywa Naczelnej Rady Książki przy Ministerstwie Oświaty organizacji dorocznego Święta Oświaty w pierwszych dniach maja. Włączyły się do nich partie polityczne, organizacje młodzieżowe, organizacje społeczne, a przeprowadzenie imprez, czyli kiermaszów książek, odczytów, spotkań z pisarzami wzięły na siebie biblioteki, wydawnictwa, szkoły oraz księgarnie.