Tydzień temu pochowany został były dyrektor Biblioteki Uniwersyteckiej we Wrocławiu dr Bartłomiej Kuzak. Przeżył 80 lat.
Przyszedł na to stanowisko po znanym mi lepiej, bo był moim szefem Mieczysławie Szczerbińskim, w 1975 roku. Jak podaje dokumentacja IPN, potwierdzona w części przez byłych współpracowników dyrektora, Bartłomiej Kuzak odbył typową w PRL-u drogę kariery polityczno-państwowej. Pracował wcześniej w administracji lokalnej i aparacie politycznym szczebla powiatowego i wojewódzkiego, kończąc tymczasem studia w Wyższej Szkole Nauk Społecznych przy KC PZPR. Wysłany na studia kandydackie (w naszej nomenklaturze doktoranckie) do Moskwy, wrócił do kraju w 1974 r. jako doktor nauk politycznych i został zatrudniony na Uniwersytecie Wrocławskim prawdopodobnie (nie sprawdzałem w aktach, ale jak będzie trzeba...) jako sekretarz rektora, a rok później przyszedł na opróżnione stanowisko dyrektora biblioteki.
Jak mi wiadomo z rozmów z osobami, które pod jego kierownictwem pracowały, nie miał w sobie niemal nic z dygnitarza. Dobrał sobie do dyrekcji osoby z dużym dorobkiem bibliotekarskim i liczył się z ich zdaniem. I krok po kroku sam zgłębiał tajniki pracy zawodowej. Dość szybko przełamał też urzędnicze obyczaje, choć stało się to, jak wiem z legend, w drodze nauczki, jaką otrzymał od pracowników biblioteki. Otóż wyznaczył on godziny przyjęć w gabinecie dyrektorskim i to w dość ograniczonym wymiarze. Ale były one ignorowane. Nikt w tych godzinach się nie zgłaszał, ale za to interesanci przychodzili w innych terminach, tłumacząc, że sprawa jest pilna i nie może czekać. Po kilku, może kilkunastu takich przypadkach uznał, że nie ma co się z ludźmi mocować. Ruch w gabinecie regulowała sekretarka, a potem dwie.
Przyszedł na to stanowisko po znanym mi lepiej, bo był moim szefem Mieczysławie Szczerbińskim, w 1975 roku. Jak podaje dokumentacja IPN, potwierdzona w części przez byłych współpracowników dyrektora, Bartłomiej Kuzak odbył typową w PRL-u drogę kariery polityczno-państwowej. Pracował wcześniej w administracji lokalnej i aparacie politycznym szczebla powiatowego i wojewódzkiego, kończąc tymczasem studia w Wyższej Szkole Nauk Społecznych przy KC PZPR. Wysłany na studia kandydackie (w naszej nomenklaturze doktoranckie) do Moskwy, wrócił do kraju w 1974 r. jako doktor nauk politycznych i został zatrudniony na Uniwersytecie Wrocławskim prawdopodobnie (nie sprawdzałem w aktach, ale jak będzie trzeba...) jako sekretarz rektora, a rok później przyszedł na opróżnione stanowisko dyrektora biblioteki.
Jak mi wiadomo z rozmów z osobami, które pod jego kierownictwem pracowały, nie miał w sobie niemal nic z dygnitarza. Dobrał sobie do dyrekcji osoby z dużym dorobkiem bibliotekarskim i liczył się z ich zdaniem. I krok po kroku sam zgłębiał tajniki pracy zawodowej. Dość szybko przełamał też urzędnicze obyczaje, choć stało się to, jak wiem z legend, w drodze nauczki, jaką otrzymał od pracowników biblioteki. Otóż wyznaczył on godziny przyjęć w gabinecie dyrektorskim i to w dość ograniczonym wymiarze. Ale były one ignorowane. Nikt w tych godzinach się nie zgłaszał, ale za to interesanci przychodzili w innych terminach, tłumacząc, że sprawa jest pilna i nie może czekać. Po kilku, może kilkunastu takich przypadkach uznał, że nie ma co się z ludźmi mocować. Ruch w gabinecie regulowała sekretarka, a potem dwie.