Właściwie nie mam kompetencji, żeby pisać o zmarłym przed kilkoma dniami poecie, eseiście i literaturoznawcy wrocławskim. Usprawiedliwia mnie jednak to, że miałem zaszczyt Go znać.
Pierwszy raz zobaczyłem go jako uczeń VIII klasy liceum w Złotoryi. Jako początkujący poeta, mający wydany pierwszy tomik wierszy (Moje i twoje, Iskry, 1959), został wysłany do nas (a może sam wybrał ten cel?) na spotkanie autorskie. Bardziej znani, ze znaczącym dorobku, byli bowiem zapraszani do bibliotek lub domów kultury wiekszych miast. Nie pamiętam, czy było to piuerwsze w moim życiu spotkanie autorskie, czy drugie, bo z kolei do naszej biblioteki gromadzkiej w Zagrodnie pisarz batalista Waldemar Kotowicz, autor powieści Godzina przed świtem, o loosach oddziału partyzanckiego Batalionów Chłopskich, którego autor był oficerem, którą za radą pani bibliotekarki przeczytałem i miałem i pomyśleć nad pytaniem do autora (spytałem o późniejsze losy bohaterów). W przypadku poety powiedziano nam, że do liceum przyjeżdża poeta z Wrocławia i że obecność w auli będzie obowiązkowa.
A poeta opowiedział nam o tym, jak się pisze wiersze, skąd czerpie motywy, przeczytał parę wierszy (odkryciem było dla nas to, że czytał je tak normalnie, a nie jak uczono nas czytać na kółku recytatorskim, na przydechu i na pograniczu półszeptu), a na koniec zachęcił nas do próbowania pisania. Zapewniał, że nie musimy rymować, wystarczy uważniej patrzeć na to, co spotykamy, zastanowić się nad barwami, kształtem, co (jakie) było przedtem i co będzie potem. Albo wsłuchąć sie w głosy przyrody i spróbować je opisać io nadać jakąś formę, rytm, dobrać starannie slowa itd. Nie pamiętam, czy były jakieś pytania do poety. Były brwa i kwiaty wręczone przez jedną z koleżanek.