Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sandor Marai. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sandor Marai. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 lutego 2026

Dziennik węgierskiego pisarza

Już chyba pisałem o tym, że lubię czytać pamiętniki, dzienniki i wspomnienia znaczących postaci w świecie literatury i polityki. Przeczytałem np. wszystkie dziesięć tomów Dzienników politycznych Mieczysława F. Rakowskiego.
A zaczęło się od pozycji w lekturach do wykładu o współczesnej literaturze polskiej na I i II roku studiów. Był to pierwszy tom dzienników Jerzego Putramenta zatytułowanych Pól wieku. Potem był chyba Alfabet wspomnień Antoniego Słonimskiego i wiele późniejszych alfabetów (m. in. Kisiela i Urbana), Nowy świat i okolice Tadeusza Konwickiego, a w ostatnich latach m.in. Teodora Parnickiego, Stefana Chwina, Jacka Dehnela, kilka tomów dzienników Jana Józefa Szczepańskiego i Józefa Hena. W części dlatego, żeby poznać realia i klimat, w którym autorzy żyli i tworzyli, jak wyglądał ich proces twórczy, co stanowiło impuls ich działań lub podejmowania tematów lub  Nierzadko ich lektura motywowała mnie do głębszego poznania ich twórczości, ale częściej znajomość twórczości kazała mi sięgnąć po autobiograficzne materiały ich twórców.
Mieszanka tych motywów, a także lektura powieści Siostra, o której niedawno pisałem,  skłoniła mnie do kupienia i przeczytania opasłego drugiego tomu Dziennika Sandora Marai'ego, obejmującego lata  1949-1956, choć bardziej byłem ciekaw jego przeżyć wojennych zawartych w dziennikach czasu wojny. Ale pierwszego tomu nie ma w sprzedaży, a i biblioteki publiczne, a pewnie i większość naukowych, nie są skore do gromadzenia tego typu twórczości.
Był bardzo płodnym i uznanym pisarzem, ale już po wojnie władze komunistyczne zdecydowała o wycofaniu jego książek z bibliotek i księgarni i skazaniu ich na przemiał. Narastający terror władz, zapełnianie więzień "wrogami ludu" skłoniły pisarza do ermigracji w 1948 r.. Osiadł wraz z żoną i przybranym synem Lajosem w Neapolu, na co uzyskał zgodę władz państwa, którą jednak musiał co roku prolongować, bez widoku na możliwość osiedlenia się na stałe,
Od początku 1949 roku rozpoczyna się tom dziennika pisarza. Autor zachwyca się miastem, które już pod wojną poznał i jego częścią nad samym morzem, w którym zamieszkał. Może po raz któryś odwiedzać muzea i galerie, odwiedzać ulubione lokale gastronomiczne, odbywać długie spacery i wędkować. Często towarzyszy mu Lajos, który nie bez trudu aklimatyzuje się w miejscowej szkole i integruje z kolegami, ale szybko uczy się włoskiego. 
Nie jest wolny od trosk, bo zaczynają mu się kończyć fundusze. Wprawdzie podpisuje umowy na tłumaczenia swoich książek, ale wydawcy (niemieccy, brytyjscy, amerykańscy) nie rozliczają się  się uczciwie z należnych honorariów, a czasem wykonują dodruki bez jego wiedzy i zgody. Z czasem jednak te stosunki zaczynają się regulować. A ponadto pisarz nawiązuje współpracę z Radiem Wolna Europa. Jeździ do Rzymu, gdzie w tamtejszej rozgłośni daje swoje felietony i inne artykuły, a później powstaje możliwość nagrywania ich na miejscu i wysyłania do rozgłośni. 
Regularnie pisuje listy do brata, który pod innym nazwiskiem tworzy jako reżyser teatralny i filmowy, dokąd władze nie zamkną mu ust,i do matki. Obojgu grozi objęcie nakazem wysiedlania z Budapesztu osób mających rodzinę za granicą. Ostatecznie jednak do tego nie dochodzi.
Oczywiście, pisarz śledzi wieści z jego ojczyzny, które znajduje w dostępnej prawie i radiu.
Będąc świadomym, że pobyt w kochanym Neapolu jest coraz bardziej niepewny, Marai czyni starania o prawo osiedlenia się w Stanach Zjednoczonych. A gdy ją dostaje, osiada w Nowym Jorku. Lokalne władze i środowisko artystyczne zapewniają mu wygodne mieszkanie na obrzeżach miasta, nad rzeką Hudson, gdzie znowu może oddać się ulubionemu wędkowaniu i spacerom. 
Pisarz zafascynowany jest Ameryką i samym Nowym Jorkiem. I nie ma już problemów natury bytowej. Nadal współpracuje z RWE, publikuje  i wydaje książki.
W 1956 r. po upadku Rewolucji Węgierskiej rozgłośnia funduje mu podróż do Mochachium, gdzie może spotkać się z matką i bratem, którym umożliwiono wyjazd do Niemiec.
Autor przedstawia się jako konserwatysta i żarliwy katolik. Często przytacza jakąś myśl z Ewangelii lub któregoś z myślicieli katolickich. Ale też dzieli się własnymi myślami. Żadnej nie odnotowałem, bo co tu mówić, zdały mi się powierzchowne lub mało oryginalne.
Ze wstrętem wyraża się o osobach homoseksualnych, których nazywa wprost pedałami. Ale nie biorę tego za przejaw konserwatyzmu, lecz jako świadectwo epoki. Wtedy - i wiele dziesiątków lat potem - tak się o nich mawiało.
Z biografii pisarza wynika, że kochał swoją o rok od niego starszą żonę. Ale o ile często pisze o swoim synu, z którego postępów w nauce, dojrzałości myśli jest dumny, a o żonie ani słowa. Może to też świadectwo epoki?

Okładka książki Dziennik 1949-1956 autora Sándor Márai, 9788307034126

środa, 3 września 2025

Powieść w powieści "Siostra"

Uznałem, że pora poznać twórczość wybitnych pisarzy węgierskich. Wcześniej przeczytałem - moim zdaniem znakomitą - powieść Miklosa Vamosa Księga ojców. Zacząłem od Sandora Marai'a (niektórzy piszą "Marai'ego"). W bibliotece osiedlowej nie znalazłem żadnej jego książki, a w pobliskiej księgarni była tylko powieść Siostra (wyd. 2, Czytelnik, 2024). Kupiłem i od razu zamówiłem drugi tom Dziennika, bo pierwszy, obejmujący lata II wojny jest niedostępny. Pewnie jest gdzieś w którejś bibliotece. Bo nie wiedzieć czemu lubię czytać dzienniki pisarzy, którzy na ogół odnoszą się w nich do tego, co dzieje się w ich krajach i w świecie.
Powieść po pierwszych stronach kojarzyła mi się trochę z Czarodziejską Górą Manna lub Empuzjonem Tokarczuk. Oto kilka osób (zdrowych) u progu II wojny spędza święta Bożego Narodzenia i kilka dni przed nimi (po nich pewnie też) w niewielkim pensjonacie na szczycie wzniesienia gdzieś w Siedmiogrodzie. Autor kreśli z grubsza gromadzące się na posiłkach osoby, w tym starsze małżeństwo, które akurat w przeddzień świąt zostaje zamordowanych. Przypuszczalnie w drodze samobójstwa.
Ale narratora intryguje postać starszego pana zajmującego sąsiedni pokój. To sławny wirtuoz fortepianu, już nie koncertujący, który stara się nie zwracać na siebie uwagi. Sąsiedztwo staje się jednak okolicznością sprzyjającą nawiązanie rozmowy. Kończy się ona wyznaniem muzyka, nie gra, gdyż ma niesprawne palce u jednej z rąk. I że on też pisze i obiecuje, że przyśle mu efekt swojej pisaniny, a pisarz zrobi z nim, co uzna za stosowne. I nagle opuszcza pensjonat.
Kiedy narrator stracił nadzieję na otrzymanie obiecanych płodów pisarstwa muzyka, dowiaduje się, że ten kilka miesięcy po upuszczeniu pensjonatu zmarł, ale na jego życzenie obiecany tekst został wysłany.
I przytoczony w powieści w całości. I to jest ta powieść w powieści. Muzyk otrzymał zaproszenie z Florencji na swój recital. Obiecuje sobie, że znów  odwiedzi ulubione miejsca, muzea i kościoły. Ale po recitalu ni stąd nie zowąd zasłabł i przez profesora miejscowej kliniki zostaje do niej zawieziony. Odczuwa potworne bóle, łagodzone raz mocniejszymi, raz słabszymi preparatami, które dają iluzoryczną ulgę, ale pielęgniarki (zakonnice) na polecenie profesora twierdzą, że to w obawie przez uzależnieniem. Profesor i jego asystent zapewniają, że go uleczą, choć jeszcze nie wiedzą, co to za choroba. I zapewniają, że go nie okłamują. Dialogi pacjenta z lekarzami wywołane dociekliwością pacjenta to skrzące się intelektualną biegłością rozmówców do smaczek sam w sobie w tej powieści.
Nagle, po usłyszeniu we śnie głosu ukochanej kobiety, żony starszego od niej dyplomaty, pacjent staje na nogi. A gdy dowiaduje się, że ta kobieta przez czas jego choroby wydzwaniała do szpitala chcąc wiedzieć, co z ukochanym (platonicznie?) postanawia do niej jechać i zamawia bilet do Aten. Tymczasem jednak wdaje się w rozmowę z jedną z pielęgniarek, z oznakami toczącej ją śmiertelnej choroby. Używającą w swej pracy tylko utartych zwrotów udaje się pacjentowi skłonić do wierzeń osobistych. Chyba pod jej wpływem i wiadomości, że na ostatnie dni życia zabrano ją ko klasztoru, zmienia decyzję i zamawia bilety na pociąg do domu - do Budapesztu.
Nie ma tu wartkiej akcji, są znakomite obserwacje i dialogi. Można rzec, nawiązując do reklamy pewnego piwa, że  to nie jest powieść do połykania strony za stroną, to jest powieść do smakowania

Siostra Marai Sandor