Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szczecin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szczecin. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 stycznia 2024

Odrzania lub raczej poniemiecczyzna

Z czterech książek, które dostałem pod choinkę najszybciej sięgnąłem po książkę renomowanego już autora literatury non fiction Zbigniewa Rokity Odrzania (Znak, 2023). Byłem przekonany, że rzecz dotyczy ziem mniej więcej 100 km na wschód od Odry, skąd w wyniku rozstrzygnięć aliantów po upadku III Rzeszy wysiedlono Niemców i zasiedlono ludnością Polską, głównie tą, którą wysiedlono  z tzw. Kresów Wschodnich II Rzeczypospolitej. Ale autor objął tą nazwą także znajdujące się obecnie w granicach Polski tzw. Prusy Wschodnie, czyli mniej więcej Warmię i Mazury. Nazwą tą objął też Wolne Miasto Gdańsk, którego obszar sięgał na południe aż po Tczew i Malbork i w 90 procentach zamieszkały przez Niemców.
Autor bez ogródek dezawuuje liczne mity stworzone przez powojenną polską propagandę, a także napisaną pod jej potrzeby edukacji i propagandy naukę historii.
Przede wszystkim odziera z resztek szat mit o powrocie na Ziemie Odzyskane. Te ziemie zostały po prostu Niemcom, jako pokonanym w wojnie, zabrane. Dlatego nazywa je Ziemiami Zyskanymi. Według tego co przeczytałem Rząd Polski na Uchodźstwie nie palił się do przejęcia tych Ziem. Obawiał się, że przesiedlonych ok. 2 mln Polaków nie będzie w stanie zagospodarować ziem, na których mieszkało 10 mln Niemców. Zwłaszcza, że znaczna część przesiedleńców, żyjąca na Kresach na wsiach nie żyła na tym poziomie cywilizacyjnym, co wysiedleni Niemcy.  Co w części się potwierdziło i trzeba było część przeznaczonych do wysiedlenia Niemców zatrzymać, żeby obznajomili przesiedleńców z nieznanymi im do tej pory urządzeniami i metodami pracy.
Autor zbierając materiały przewędrował całą  Polską wzdłuż i wszerz, a nawet dość daleką zagranicę, odbył  dziesiątki rozmów z historykami oraz świadkami wydarzeń sprzed dziesiątek lat. W rezultacie odbrązowił trochę i tak powoli kruszejący obraz heroizmu lat tuż powojennych. Żyjąc w azylu stworzonym przez rodziców i nauczycieli nie wiedziałem, że mimo propagandy rządowej o powrocie na wieki na dawne Ziemie Piastowskie, przesiedleńcy jeszcze długie lata nie byli pewni, czy są :na swoim". A dysponenci propagandy nie byli pewni jeszcze bardziej. Zresztą w mediach  wciąż słyszało się i czytało o rewanżystach z Bonn, a emblematycznymi rewanżystami byli wymieniani łącznie Hupka i Czaja. Otuchy po trosze dostarczyła umowa między kanclerzem RFN Willy Brandtem a Gomułką, ale  kropkę nad i postawiło dopiero umowa premiera Mazowieckiego z kanclerzem zjednoczonych Niemiec Helmutem Kohlem.
Do Wrocławia przyjechałem na studia w 1966 r. Miasto już się rozbudowywało, choć wiele połaci w okolicach centrum ziało niezrozumiałymi pustkami. Autor obrazowo pisze o ograbianiu miasta z cegieł. Podobno przez 10 lat po wojnie wywieziono ich z Wrocławia, głównie do Warszawy około miliard. Ograbiano też inne  dolnośląskie miasta. Rozbierano budynki z powodzeniem nadające się do remontu i przebudowy. Z niedowierzaniem dowiedziałem się, że w 1956 r. Wrocław przedstawiał obraz jeszcze gorszy niż tuż po wojnie.
Przekonuje mnie swego rodzaju chronologizacja zmiany postaw i świadomości osiedleńców i ich zstępnych, a także wysiedlonych i ich potomków. Autor wyróżnia trzy fazy. Pierwsza trwała mniej więcej 30 lat po wojnie. Mimo niepewności przesiedleni oswajali się z nowym miejscem, a pewności dodawało osiedlanie się tu ludności z tradycyjnych ziem polskich. Na Dolnym Śląsku i w samym Wrocławiu przybywało zwłaszcza Wielkopolan. Historycy zaś wytrwale poszukiwali śladów  dawnej polskości tych ziem, uzasadniających prawa do ich posiadania przez PRL. Przez następnych około 20 lat dzięki otwartości na Zachód ekipy Gierka zaczęli przybywać na Ziemie Wyzyskane dawni ich mieszkańcy. Wrocław, Szczecin i inne miasta nawiedzane były przez dziesiątki zorganizowanych wycieczek, głównie osób starszych.  Ale przyjeżdżały też pojedyncze osoby i mniejsze grupy. Przyjmowane zresztą serdecznie. W mojej rodzinnej wsi, do której wtedy przyjeżdżałem na wakacje, wiele rodzin miało "swoich Niemców". Moi rodzice też. Bardzo im smakowała "Cubrovka" (żubrówka) i "Jarcerbiak (jarzębiak) i zwykle wyjeżdżali z kilkoma butelkami w bagażniku. A Polska ludność, już w większości nowe pokolenia, uświadamiała sobie powoli niemiecką przeszłość ich miast wsi.
Na dobre stało się to po 1989 r., gdy stała się wolność słowa i badań. Ruszyło wtedy badanie - przez badaczy i hobbystów - przeszłości (trzymając się terminologii autora) Ziem Zyskanych ogólnie i poszczególnych miast i wsi, osiedleń na tych ziemiach i wysiedleń ludności niemieckiej, na nowo, już w pełnej wersji, zaczęto publikować wspomnienia przesiedleńców i zapiski exodusu Niemców. Tematyka trafiła też do beletrystyki. Niemieccy burmistrzowie miast w Odrzanii wrócili jako patroni ulic, skwerów i placów, a księżna Daisy, pani na pałacu w Pszczynie i zamku w Książu, wolą uczniów wyrażoną w głosowaniu, stała się patronką szkoły. Wreszcie też dawną świetność otrzymało wiele pozostawionych na pastwę losu lub dewastowanych powoli jako budynki czy gmachy szkół, dom dziecka, szpitali i sanatoriów oraz PGR-ów dwory, zamki i pałace. Dodam, że w mojej rodzinnej wsi pałac właściciela dużego majątku służył jako budynek dyrekcji PGR-u, a gdy na skutek zaniedbań popadł w ruinę, został wyburzony i w to miejsce postawiono ni to pawilon, ni barak. Zaś park stracił ławeczki, poosążki, a w końcu stał się pastwiskiem, na którym swoje krowy wypasali okoliczni mieszkańcy.
Jako osiedleniec w drugim pokoleniu, urodzony parę lat po wojnie, czytałem tę książkę z dużą satysfakcją i znów, jak podczas innych książek poświęconych historii wysiedleń i przesiedleń w Odrzanii, zauważałem fakty z własnych przeżyć, o których zapomniałem lub wręcz nie zauważałem.

  Odrzania. Podróż po Ziemiach Odzyskanych

piątek, 11 listopada 2022

Mój kolega Staszek

Jeszcze tydzień temu niczego nie przeczuwając, choć  wiekowy był, wysłałem Mu życzenia urodzinowe. A dwa dni potem otrzymałem wiadomość ze Szczecina, że Staszek Krzywicki otrzymał około setki życzeń, ale zmarł 31 maja w wieku 89 lat.
Poznałem Go w maju 1981 r. podczas Krajowego Zjazdu Delegatów Stowarzyszenia Bibliotekarzy Polskich. Obaj kandydowaliśmy do funkcji przewodniczącego Zarządu Głównego. Choć jakby w innych fazach wyborów. 
Jako interesujący się bibliotekarstwem wiedziałem, że był dyrektorem Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Szczecinie. Na miejscu dowiedziałem się, że istnieje Zespół Bibliotekarzy Partyjnych przy Wydziale Kultury KC PZPR i Staszek jest jego przewodniczącym. Ta jego funkcja akurat wiosną 1981 r. zresztą Mu nie pomogła. Okazało się zresztą, że były takie zespoły pisarzy, wydawców, artystów teatrów i innych dziedzin sztuki.
Z racji pełnionych funkcji spotykaliśmy się przez osiem lat regularnie mniej więcej co kwartał, jak nie na posiedzenia Zarządu Głównego SBP, którego Staszek był członkiem, to w Komitecie Centralnym partii, gdzie byłem na posiedzenia Zespołu zapraszany. Ale to były oficjałki, podczas których raczej nie była czasu na luźne rozmowy.
Niedługo potem, może rok, a więc w trakcie trwającego jeszcze stanu wojennego, z racji funkcji miałem okazję wzięcia udziału w konferencji, takiej ni to naukowej, ni organizacyjnej. I tam dopiero okazało się, że Staszek  jest KIMŚ, zwłaszcza w skali lokalnej. Na konferencji obecni byli funkcjonariusze państwowi i partyjni wyższego szczebla niż na zjeździe SBP. Oczywiście gościli też miejscowi notable. Podczas trzech dni mieliśmy zapewniony objazd autokarem po bibliotekach odległych o kilkadziesiąt kilometrów od Szczecina. Oczywiście poznaliśmy też Bibliotekę Wojewódzką. Dzięki zabiegom jej Dyrektora zgromadzono tu  znaczną część rękopiśmiennej spuścizny zamieszkałego bodaj w 1949 r. Konstantego I. Gałczyńskiego, ale też Witkacego oraz pisarzy związanych z Pomorzem Zachodnim, łącznie z ich księgozbiorami. W efekcie każdy, kto naukowo zajmował się twórczością tych pisarzy nie mógł nie skorzystać z gościnności tej biblioteki. Opowiedział, w jaki sposób zapewniał bibliotece spuścizny żyjących szczecińskich pisarzy, np. żyjącego jeszcze wtedy małżeństwa Joanny i Jana Kulmów. Prosił po prostu o deklarację przekazania całości lub części  zbiorów bibliotece. W pamiętniku krakowskiego uczonego literaturoznawcy Henryka Markiewicza przeczytałem, że zapisał całość swych liczących ponad 60 000 zbiorów Książnicy Pomorskiej, jak z czasem (w 1994 r.) została nazwana ta biblioteka. Za życia zbiory znajdowały się we wszystkich zakamarkach, łącznie z piwnicą mieszkania uczonego, a on z tytułu przechowywania depozytu pobierał coś w rodzaju renty.


A Staszek z sukcesem rozwijał bibliotekę i budował jej pozycję. Oprócz kwartalnego biuletynu uruchomił w 2001 r. serię "Monumenta Pomeranium". Biblioteka pod jego kierunkiem publikowała też katalogi swoich cymeliów, a miała cenne kolekcje starodruków, grafiki i malarstwa, muzykaliów, a także rzadkość w skali krajowej - zbiory buddystyczne. Rosnące szybko zbiory, dziś liczące ok. 1,5 mln. jednostek, wymagały ciągłego poszerzania przestrzeni, a w 1999 r. Książnica otrzymała nowy gmach, który jakby pomieścił dotychczasowy, z zachowaniem jej fasady. Jak Staszek podkreślał z dumą, w otwarciu uczestniczył ówczesny prezydent Polski Aleksander Kwaśniewski.
Wielkie uznanie uzyskał uruchamiając wypożyczalnię obrazów. Użytkownik biblioteki mógł na kilka miesięcy wypożyczyć do domu oryginalny obraz w ramie.  Nie pamiętam, ale wynosiła opłata, z pewnością symboliczna. Oczywiście krok po kroku znaleźli się naśladowcy w całym kraju.
Podnosił też rangę biblioteki nadając jej najpierw nazwę Książnicy  Zachodniopomorskiej, a w 1994 r. już oficjalnie Książnicy Pomorskiej, przysparzając jej zadań, ale i prestiżu.
Potem jeszcze kilkakrotnie byłem gościem Staszka i kierowanej przezeń Książnicy, już to z odczytami, już w roli uczestnika konferencji lub seminariów. Raz nawet kwaterowałem w filii zamiejscowej w Buku niedaleko Golczewa, gdzie zgromadzone były właśnie zbiory buddystyczne. Pamiętam, że będąc kilka dni w Szczecinie zwiedziliśmy ze Staszkiem kilka eleganckich lokali gastronomicznych.
Któregoś wieczoru ni stąd ni zowąd Staszek zniknął. Pomyślałem, że poszedł do toalety, ale po pół godzinie zacząłem zwiedzać miejsca, w których razem byliśmy, bo może coś zgubił i szuka, a w końcu wróciłem do hotelu. A rano Staszek jakby nigdy nic o 8.00 pojawił się w pracy. Wyjaśnił, że bał się, że wypije o kieliszek za dużo. Przy okazji wyjaśnił mi swoją regułę. Jak się rano budzisz w piżamie, znaczy, że było jak należy. Jak w ubraniu, ale bez butów, to znaczy, że przekroczyło się miarę. A jak rano budzisz się w ubraniu i butach i niekonicznie w domu, należy sobie przypomnieć, gdzie skończyło się biesiadowanie i na wszelki wypadek długo się w tym miejscu nie pokazywać. W ogóle był znakomitym biesiadnikiem, rozmownym i z ogromnym poczuciem humoru. Co prawda lubił się też wtedy przechwalać... Miał czym, jako dyrektor postępach w rozwoju biblioteki, jako emeryt sukcesami dzieci i wnuków oraz domem z przyległościami w Warpnie, gdzie jako tzw. weteran pracy osiadł.
Staszek utrzymywał też kontakty zagraniczne, dzięki którym wzbogacał zbiory, ale też do Książnicy ściągali użytkownicy z Niemiec, wszak Książnica powstała na bazie zbiorów poniemieckich znajdujących się w Szczecinie i na Pomorzu Zachodnim. Z tego tytułu raz czy dwa spotkaliśmy się w małym miasteczku nad Mozelą, gdzie wydawnictwo Lange & Springer organizowało doroczne spotkania z przedstawicielami współpracowników.
Od około pięciu lat spotykaliśmy się na Facebooku. Nie za często, ale powiadamialiśmy się co u nas słychać, a Facebook przypominał nam o urodzinach Kolegi. Osobiście widzieliśmy się podczas obchodów 100-lecia SBP. Był jak zwykle wyprostowany, poruszał się dziarsko. Ale to było 5 lat temu