Zeszłego czwartku pojechałem do szpitala na badanie, bo szybko się męczyłem. Miałem nadzieję najdalej ok. 9.30 - 10.00 być już w pracy. Tymczasem profesor, do którego pierwszy raz trafiłem 30 lat temu poprosił, żeby zrobiono mi spirometrię, po czym zdecydował: zostaje pan na oddziale. Pozostało mi nic innego jak zatelefonować do żony, żeby nie szykowała dla mnie obiadu, bo zjem w szpitalu. Żona jednak jak to żona: muszę ci przywieźć pidżamę, owoce, kawę i herbatę, filiżankę, coś do czytania itd. I dwie godziny potem już z tym majdanem była.
Trafiłem na Oddział... Geriatrii i Alergologii, pod opiekę znakomitego lekarza (nie podaję nazwiska, może sobie tego nie życzyć) i niezwykłego w swej pogodzie ducha i uczynności personelu pomocniczego. W tym także pielęgniarza około "sześćdziesiątki", dla którego nie mogłem nie wyrazić podziwu. Tkwi we mnie pewnie jakiś atawizm mentalny, każący mi postrzegać mężczyzn jako ludzi łatwiej poddających się uczuciu zniecierpliwienia, a ten pan kaprysy chorych znosił z taką samą anielską cierpliwością i uprzejmością, jak panie.
Denerwująca była jedna pacjentka, niepełnosprawna intelektualnie, która jakby znajdowała upodobanie w tym, że wszyscy wokół niej skaczą.
Bo leżałem na sali koedukacyjnej, a chorych dzieliły tylko leciutkie przepierzenia. A ja do tego w sąsiedztwie tej kobiety, która nie zdawała sobie sprawy, że mogę nie chcieć oglądać jej rozkopanej tylko w jakichś krótkich gatkach, z wywalonym brzuchem. Więc gdy ona odsuwała przepierzenie, ja je zasuwałem. Zwłaszcza na czas posiłków. Bo każdą niemal chwilę przeznaczałem na czytanie i spacery w przyszpitalnym parczku. Płynny i głęboki oddech odzyskałem bowiem szybko dzięki, jak się pan doktor wyraził, uderzeniowej dawce sterydów, w postaci trzy razy dziennie serwowanej inhalacji i dwa razy iniekcji.
Poza tym rozmaite badania, w tym gastroskopia, którą zniosłem zadziwiająco dobrze. Za miesiąc czeka mnie powtórka.
Trafiłem na Oddział... Geriatrii i Alergologii, pod opiekę znakomitego lekarza (nie podaję nazwiska, może sobie tego nie życzyć) i niezwykłego w swej pogodzie ducha i uczynności personelu pomocniczego. W tym także pielęgniarza około "sześćdziesiątki", dla którego nie mogłem nie wyrazić podziwu. Tkwi we mnie pewnie jakiś atawizm mentalny, każący mi postrzegać mężczyzn jako ludzi łatwiej poddających się uczuciu zniecierpliwienia, a ten pan kaprysy chorych znosił z taką samą anielską cierpliwością i uprzejmością, jak panie.
Denerwująca była jedna pacjentka, niepełnosprawna intelektualnie, która jakby znajdowała upodobanie w tym, że wszyscy wokół niej skaczą.
Bo leżałem na sali koedukacyjnej, a chorych dzieliły tylko leciutkie przepierzenia. A ja do tego w sąsiedztwie tej kobiety, która nie zdawała sobie sprawy, że mogę nie chcieć oglądać jej rozkopanej tylko w jakichś krótkich gatkach, z wywalonym brzuchem. Więc gdy ona odsuwała przepierzenie, ja je zasuwałem. Zwłaszcza na czas posiłków. Bo każdą niemal chwilę przeznaczałem na czytanie i spacery w przyszpitalnym parczku. Płynny i głęboki oddech odzyskałem bowiem szybko dzięki, jak się pan doktor wyraził, uderzeniowej dawce sterydów, w postaci trzy razy dziennie serwowanej inhalacji i dwa razy iniekcji.
Poza tym rozmaite badania, w tym gastroskopia, którą zniosłem zadziwiająco dobrze. Za miesiąc czeka mnie powtórka.