Tadeusz Bartoś jest obecnie cenionym filozofem, wypowiadającym się też jako publicysta społeczny i krytyk kościoła, z którym po 20 latach życia zakonnego rozstał się w sposób definitywny.
Przeczytałem niedawno jego wywiad-rzekę Bóg odszedł z poczuciem winy (Prószyński i Ska, 2025) z niezwykle ostatnio aktywnym pisarsko adwokatem Arturem Nowakiem, obrońcą sądowym ofiar pedofilii w kościele, której sam w dzieciństwie doświadczył.
Można ten wywiad odczytać jako opis drogi od żarliwej religijności do całkowitego rozbratu z religią. W rezultacie i ja przestałem uważać się za ateistę. Podobnie jak Bartoś zacząłem uwaźać, że spory o istnienie lub nieistnienie Boga są jałowe. Po prostu stałem się całkowicie areligijny. Wiem, że rozmaite religie mają swoje bóstwa i można się nimi interesować, tak jak ktoś interesuje się np. drzewami nie będąc dendrologami ani amatorami dendrologii.
Tadeusz Bartoś spędził dzieciństwo w Krotoszynie i podobnie jak starszy brat został ministrantem, czemu sprzyjała zwłaszcza bardzo religijna matka. Z sentymentem wspomina rodzinny dom i miasto oraz tamtejsze zwyczaje oraz charakterystyczną dla Wielkopolski polszczyznę. Razem z podstawówką odbywał też edukację muzyczną i zgodnie z tym zainteresowaniem oraz talentem wybrał średnią szkołę muzyczną w Poznaniu i mieszkanie w internacie. Ciekawie opowiada o swoistej stratyfikacji adeptów do zawodowego muzykowania. Swoistą elitę uczniów stanowili przyszli pianiści (którzy zresztą zostawali potem nauczycielami muzyki , a bardzo rzadko wirtuozami), następnie grający na instrumentach smyczkowych, a najniższą pozycję w hierarchii mieli grający na instrumentach dętych. Bartoś specjalizował się właśnie w grze na saksofonie i lubił występować na rozmaitych imprezach uczniowskich, a także religijnych.
Poznań w latach 80-tych był silnym ośrodkiem religijnym, w którym prym wiedli uchodzący za intelektualistów dominikanie, z legendarnym ojcem Janem Górą, organizatorem Spotkań Młodzieży w Lednicy. Imponowali oni swoją charyzmą poznańskiej młodzieży katolickiej. W efekcie Tadeusz Bartoś zdecydował się na wstąpienie do zakonu. Starał się być gorliwym mnichem, przestrzegającym literalnie obowiązujących zasad i pełnego posłuszeństwa wobec zwierzchników, które dopiero w życiu klasztornym stawało się trudne do zniesienia, zwłaszcza dla kogoś oczytanego nie tylko w świętych księgach i o otwartym umyśle. Nawet zgoda na studia czy badania naukowe zależała od przełożonego. Dostawał je, dzięki czemu mógł ukończyć studia uniwersyteckie i zyskać kolejne stopnie naukowe. Dostał nawet możliwość korzystania z bibliotek zagranicznych.
Uświadomił sobie, że jako dorosły człowiek pewnym sensie nie odpowiadający na siebie: wszystko ma uregulowane: godzinę pobudki, porę modlitw, posiłków, nabożeństw i sam ma do dyspozycji godziny wolne. Które wykorzystywał na lektury, a przejął się zwłaszcza pismami Nietzschego oraz na pisanie do pism katolickich: "Tygodnika Powszechnego", "Więzi" i innych uznawanych za należące do tzw. kościoła otwartego.
W końcu zdecydował się na formalne porzucenie życia zakonnego, choć to rzadki wypadek. Częściej zakonnicy uzyskawszy zgodę na czasowe opuszczenie klasztoru już doń nie wracali. Dzięki czemu unikali koniecznych formalności, nacisków, perswazji. A i tak zakon ustalał jego adres zamieszkania i wysyłał wezwania do powrotu, bo jest stałą praktyką zakonów katolickich. Przeciwstawił temu np. regułę zakonów buddyjskich, w któryc można w dowolnym momencie został zakonnikiem i w dowolnym momencie bez żadnych konsekwencji klasztor i życie zakonne opuścić.
Pominąłęm tu ciekawe rozważania na temat religii monoteistycznych czy zjawisk z zakresu psychologii społecznej.
Pytany o apostazję stwierdził, że jest to poddanie się procedurom kościelnym, w efekcie których i tak pozostaje zapis w księdze parafialnej, ale opatrzony dodatkowo wpisem "fugitivus", czyli zbieg. Więc poddawanie się tej procedurze właściwie niczego nie zmienia.
Dzięki elokwencji byłego zakonnika i błyskotliwemu poczuciu humoru, książka czyta się sama. Jest tu dużo zdjęć obrazujących biografię rozmówcy
czwartek, 19 marca 2026
Znowu o kościele. I o życiu zakonnym u dominikanów
sobota, 14 marca 2026
Przeczytałem romans
Lektury dobieram sobie na różne sposoby: przeglądając tygodniki i miesięcznik "Odra", portale internetowe, przeglądając półkę nowości w lokalnej bibliotece. Raczej nie polegam na sugestiach znajomych, choć czasem się zdarza. A czasem po prostu coś mi wpada w ręce i wciąga.
Na podstawie tygodników sporządziłem listę książek, które chciałbym znaleźć pod choinką i oddałem obu moim synowym. One już uzgodniły między sobą, która co kupi. I tak na podstawie notki w "Angorze" na liście życzeń znalazła się powieść Marleny Wittstock Pewnego razu w Wolnym Mieście (Szara Godzina, 2025), stanowiąca jak się okazało ostatnią część trylogii Miasto popiołów. Taką obyczajową sagą, której akcja toczy się w Wolnym Mieście Gdańsku wśród zamieszkujących tu Niemców i stanowiących mniejszość Polaków.
Wojna rozdzieliła mających się ku sobie zamężną Niemkę Ritę, której mąż został wcielony do Wehrmachtu i rzucony na front wschodni. Została w swojej willi w Oliwie z kilkuletnim synem, który zmarł. Odwiedza go na cmentarzu.
Do Wehrmachtu został też wcielony w 1941 roku Jan, choć przecież był potrzebny w mieście jako strażak. Pociąg wiozący go na wschód został jednak wykolejony niedaleko Gdańska przez oddział lokalnej partyzantki o nazwie Gryf Pomorski. Lekko ranny został rozpoznany przez znajomego sprzed wojny dowódcę oddziału i przystaje do zespołu. Jego żona trafiła do obozu w Stuthofie.
Kiedy wiadomo już, że Gdańsk został odbity od Niemców przez armię sowiecką. Jan decyduje się wracać do miasta. Traf chciał, że zobaczył w pobliżu cmentarza sowieckiego sołdata próbującego zgwałcić kobietę i już na niej leżał. Zdążył uderzyć go śmiertelnie kamieniem w głowę. Okazuje się, że kobietą jest Rita.
Zamieszkują na kilka miesięcy w leśniczówce poza miastem, a potem decydują się wrócić do miasta, opuszczonego tymczasem przez armię. Jej willa została zburzona, jego dom w centrum miasta ocalał. Spokojne życie, w którym Jan utrzymuje całą trójkę pracując znów jako strażak, burzy jednak wieść, że w szpitalu leży ocalała z obozu żona Jana. Zabierają ją do domu. Rodzi się jeszcze ich córka. Wnet Rita zostaje jednak zdekonspirowana jako Niemka i zmuszona do wyjazdu do Niemiec, gdzie niedaleko Berlina ma rodzinę i tam wyrusza.
Na tym komplikacje się nie kończą, wręcz narastają, bo okazuje się, że mąż Rity wrócił z wojny, ale ale kto ciekaw, ten do książki sięgnie. Jak to w powieści tego typu sprawy powoli zaczynają się układać, choć nie końca.
Powieść jest dość oryginalnie skonstruowana. Na przemian o wspólnych losach opowiadają Rita i Jan, prezentując swój punkt widzenia
