niedziela, 31 października 2021

Andrzej Kłossowski - wspomnienie o przyjacielu

Wnet minie ćwierć wieku od śmierci wybitnego badacza dziejów polskiej książki za granicą w XIX i XX wieku i zarazem mego przyjaciela Andrzeja Kłossowskiego.
Poznałem go chyba w 1973 r., gdy powierzono mi funkcję  sekretarza redakcji najbardziej chyba wtedy prominentnego czasopisma bibliologicznego "Studia o Książce". Opublikowałem już w nim wtedy chyba dwie recenzje, z czego byłem bardzo dumny, wszak napisałem je raptem dwa lata po studiach i to na prośbę mego niedawnego znakomitego wykładowcy, a potem szefa, prof. Krzysztofa Migonia. Ale w ogóle mój dorobek publikacyjny był wtedy nader skromny. W roli sekretarza przyszło mi wnet protokołować posiedzenie Komitetu Redakcyjnego, w skład którego wchodziły tuzy ówczesnego bibliotekoznawstwa i bibliologii, których nazwiska znałem jako autorów publikacji, które gorliwie śledziłem jako świeżo upieczony nauczyciel akademicki. Protokołując nie potrafiłem wtedy kojarzyć twarzy z nazwiskami. Ale prowadzący posiedzenie jako redaktor naczelny mój mistrz prof. Karol Głombiowski ułatwił mi pracę udzielając głosu dyskutantom z podaniem ich nazwisk.
Wśród zebranych był Andrzej Kłossowski, którego nazwisko już znałem jako autora książki o Księgarni Luksemburskiej w Paryżu, którą utworzył i prowadził syn Adama Mickiewicza Władysław. Został powołany do rady jednocześnie jako przedstawiciel Ministerstwa Kultury, w którym wtedy pracował.
Wiedział, że członkowie Komitetu Redakcyjnego, z wyjątkiem redaktora naczelnego, jego zastępcy i sekretarza, nie mają prawa do egzemplarzy kolejnych tomów, ale wiedział też, że jako sekretarz redakcji mam do rozdysponowania bodaj   30 egzemplarzy z przeznaczeniem na wymianę międzybiblioteczną. Rozsyłałem je więc do bibliotek ośrodków kształcenia bibliotekarzy, które miały swoje biblioteki oraz do większych bibliotek naukowych nie mających prawa do egzemplarza obowiązkowego. Zasugerował mi jednak, że stworzy filię Uniwersytetu Bayobong z siedzibą w Warszawie, pod jego prywatnym adresem domowym. Po konsultacji z zastępcą redaktora naczelnego poszedłem na to. I wysyłałem mu co roku kolejny tom, a on je kwitował "urzędowymi" pismami, które pisał na maszynie na zaprojektowanym przez siebie papierze firmowym, stosując polszczyznę kogoś, kto z trudem oswaja się z językiem polskim. Bo w ogóle miał fantastyczne poczucie humoru. Po kilku latach przeniósł się do Biblioteki Narodowej i jako jej sekretarz naukowy rewanżował się tomami "Rocznika Biblioteki Narodowej", której też został sekretarzem redakcji. 


Bywał też regularnym uczestnikiem konferencji naukowych organizowanych przez Instytut Bibliotekoznawstwa, w którym pracowałem jako asystent, a potem adiunkt. Prezentował referaty ze swego warsztatu naukowego, a zajmował się historią, a potem też dniem dzisiejszym książki polskiej na obczyźnie. Na jednej z konferencji przedstawił właśnie warsztat badacza tej książki oraz problemy związane z jej badaniem. Jakoś ok. 1980 r. Andrzej zrobił doktorat u swego mistrza,  sędziwego już wtedy prof. Ksawerego Świerkowskiego. Podstawą była pewnie, nie pamiętam, monografia kolejnej polskiej oficyny wydawniczo-księgarskiej za granicą. Utrzymywał zresztą serdeczne relacje z polskimi drukarzami, księgarzami, wydawcami i bibliotekarzami w całym świecie.
Przełomowy moment naszej przyjaźni, także z jego żoną Małgorzatą, dyrektorką biblioteki w Ministerstwie Pracy (z wszystkimi zmianami jego nazw), nastąpił, gdy  w 1981 r. zostałem wybrany na przewodniczącego Zarządu Głównego Stowarzyszenia bibliotekarzy Polskich. Dostałem od nich obojga serdeczny i zarazem zabawny list, w którym zaoferowali mi możliwość kwaterowania u nich podczas mych przyjazdów do Warszawy. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że przyjdzie mi tam bywać tak często na dzień, dwa, a czasem trzy. Do listu dołączona była wizytówka w kształcie karneciku. Na pierwszej stronie był mój adres służbowy siedziby SBP, na drugiej służbowy w moim miejscu pracy, na trzeciej mój adres prywatny, a na czwartej adres mojej prywatnej rezydencji w Warszawie, czyli ich adres domowy.
Był to dla mnie duży zaszczyt, gdyż podobną zażyłością z Kłossowskimi cieszyli się i pysznili tylko nieliczni moi koledzy w instytucie, niedawni moi wykładowcy.
Oczywiście starałem się nie nadużywać gościnności Małgosi i Andrzeja. Ale przez osiem lat mniej więcej raz w miesiącu kupowałem butelkę wódki lub winiaku, piłkę tenisową i jechałem do nich na Służewiec Przemysłowy. Były kanapki, nierzadko coś na ciepło i biesiadowaliśmy bywało do północy. A pokoik biurowy gospodarza służył mi za sypialnię. Wyprowadzaliśmy wspólnie ich jamnika Aneksa (a gdy wpadł pod auto, jego następcę Aneksa II) na spacer, a pies bardzo mnie polubił. Podbiegał do mnie, kładł piłkę tenisową na kolanach i czekał, kiedy ją rzucę. Więc rzucałem. Dywan w pokoju nie bł przyciśnięty żadną nogą stołową, krzesłem czy fotelem, więc fruwał często w powietrzu, co nie budziło zachwytu gospodyni.
Zdarzyło się kiedyś, że z dwóch następujących po sobie wieczorów u Kłossowskich wyjeżdżałem z nową, liczącą niespełna 200 stron  książką Andrzeja. Bodaj o drukarzu Anatolu Girsie. Oczywiście z dedykacją. Andrzej opowiedział przy okazji, że napisał najpierw obszerny artykuł o drukarzu, ale jako sekretarz redakcji "Rocznika Biblioteki Narodowej" odrzucił go jako zbyt obszerny. Więc nieco go skrócił i opublikował jako... książkę! Cały Andrzej!
Z tym dorobkiem awansował na zastępcę dyrektora Biblioteki Narodowej. Ale uzyskawszy habilitację, zrezygnował z tej funkcji, zadowalając się stanowiskiem kierownika stworzonej przez siebie Pracowni Badań nad Polską Książką za Granicą. W tej roli zainicjował znakomitą serią książek o zbiorach zagranicznych w bibliotekach polskich. Jednocześnie podjął pracę jako profesor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.  Wypromował kilka roczników absolwentów bibliotekoznawstwa, a jego erudycyjne wykłady, wygłaszane z właściwą mu błyskotliwością i humorem cieszyły się znakomitą frekwencją.
Z czasem zaprzyjaźniliśmy się rodzinnie, czyli do kręgu przyjaciół  doszła moja żona i Kłossowscy bywali u nas w domu, a my oboje u nich.
W latach dziewięćdziesiątych bywałem u nich już rzadziej, gdyż po dwóch kadencjach jako przewodniczącego stałem się tylko członkiem Zarządu Głównego, ale i jako przewodniczący dwóch komisji stałych oraz juror Nagrody Naukowej SBP. W którym zresztą zasiadał też Andrzej.
Długo walczył z nałogiem palenia, które zalecali mu lekarze, bo miewał problemy z sercem. Najpierw żartował sobie, że rzucanie palni to żadna sztuka. Rzucał je bowiem wiele razy. Ale w końcu, nie bez problemów, rzucił.
I zupełnie najniespodziewaniej ostatniego dnia stycznia 1997 r. zatelefonowała Małgosia, że Andrzej zmarł. Jak się potem dowiedziałem, poczuł się źle w pracy i za radą podległej mu pracownicy nie czekając końca dnia pracy pojechał do domu. Małgosia powróciwszy ze swojej pracy zastała go martwego.
Długo zbierałem się z napisaniem o Nim. Ale w końcu uznałem, że Święto zmarłych, w ćwierćwiecze po śmierci będzie taką okazją.
Nie mam Jego zdjęcia. Andrzej nie lubił pozować do zdjęć.  Miałem kopię jednego z listów, którego oryginał już dawno przekazałem do Biblioteki Narodowej. Muszę go jednak wśród moich szpargałów odnaleźć. Może, wraz z wieloma innymi jego listami posłuży do rzetelnej biografii tego wybitnego bibliotekarza i bibliologa.






piątek, 1 października 2021

Sady i ogrody w poniemieckich gospodarstwach

 Przy większości poniemieckich gospodarstw rosło po parę drzew owocowych, które tu i ówdzie zasługiwały na miano sadu.
Tak było w gospodarstwie rodziców. Na ogrodzonej parkanem około ćwierćhektorowej łączce rosły trzy jabłonie, dwie grusze, chyba cztery śliwy i jedna dość rachityczna wiśnia. Dwie rozłożyste jabłonie rodziły niewiele jabłek, a jedna z nich właściwie tylko co drugi rok. Nie znałem się na rodzajach jabłek, starsi mawiali, że kosztele. Owoce były duże, kolorowe i słodkie. Część zjadaliśmy, a co się przed nami udało uchronić, tata zakopywał w pszenicy na strychu i wytrzymywały do świąt Bożego narodzenia. Druga rodziła jabłka późnym latem lub zgoła jesienią. Przypuszczalnie były to jonatany. Owoce były kwaskowate. Mama robiła z nich mus na jabłecznik lub na nadzienie do pieczonych w piecu nadziewanych bułeczek, które nazywaliśmy pieczonymi pierogami. Trzecia to była dość młoda papierówka. Rodziła obficie i zrywaliśmy owoce nie czekając aż dojrzeją. Bo słodkie stawały się przysmakiem dla robaków.
Jedna grusza rodziła klapsy. Druga późno owocowała,a owoce smakowały dopiero, gdy miąższ zaczynał brązowieć. Wiśnia rosła tuż przy murze części mieszkalnej domu, a że zasłaniała okno, tata regularnie przycinał jej gałęzie. Owoców, szklanek, wystarczało właściwie tyle, żeby je na bieżąco zjeść.
Śliwy w części rosły w sadzie, a w części w ogródku. Rodziły węgierki i podobne w kształcie i smaku śliwki w kolorze żółtym. Tylko miąższ tak łatwo nie odchodził od pestek. Na bieżąco były jedzone, mama robiła knedle (jak to u nas nazywane pierogami), a poza tym smażone były na powidła. Pamiętam, że tu i ówdzie pędzono ze śliwek bimber.
Z wszystkich zabiegów sadowniczych znany był tylko jeden: bielenie wapnem pni drzew owocowych późną jesienią. Kiedy zaczynały się mrozy, pnie jabłoni ogacane były słomą. Tata zostawiał dwa snopy zboża, które na Boże Narodzenie stawały w kącie pokoju, a potem wracały do stodoły, żeby ewentualnie wykorzystać je do ogacenia drzew w sadzie. Słoma była prosta, więc nadawało się do tego celu.
Wzdłuż płotu odgradzającego sad od drogi, a właściwie szerszej ścieżki wijącej się przez środek wsi, rosły krzewy malin, zaś w poprzek sadu, dzieląc go na dwie części, rosły krzewy czerwonych porzeczek i agrestu.
Porzeczki rosły też wzdłuż drucianego ogrodzenia przydomowego ogródka.
Trawa między drzewami była wypasana przez domowe zwierzęta. W niektórych gospodarstwach między drzewami stało kilka lub kilkanaście uli pszczół.


A w ogródku rosły też różne kwiaty ogrodowe: piwonie, mieczyki, astry i inne. Latem mama na niedzielę cięła je na bukiet i stawiała na stół.
A pośrodku było kilka grządek warzyw: marchewki, pietruszki, koperku, czosnku i chyba też sałaty.
Oprócz tego w gospodarstwach były ogrody warzywne. W naszym rosła kukurydza, wczesne ziemniaki, groch, fasola, ogórki, pomidory (ach, jak pachniały, gdy zaczynały dojrzewać!),dynie, słoneczniki, rzodkiew i mak. Młoda kukurydza była często gotowana i był to dla nas przysmak. Lubie do dziś. Dojrzała, gdy łodygi już obsychały, była łuskana (brało się dwie kolby ocierały z pewnym naciskiem jedna o drugą i sypało się ziarno. Na mąkę kukurydzianą, ziarnami podlejszego gatunku, z końcówek kolb, karmiło się kury. Rzucając po prostu przed nie takie nie do końca obłuskane kolby. Resztki szły na gnojowisko i razem z obornikiem stawały się nawozem.
Nikomu w latach pięćdziesiątych na wsi mak nie kojarzył się z narkotykiem. Chociaż według opowieści mego wuja gdy byłem mały mama robiła wywar z makowin, polewała nim łyżeczkę cukru, zawijała to w bawełnianą szmatkę i robiła z tego swego rodzaju smoczek. Powodował on, że zasypiałem i spałem do obiadu, a rodzice mogli iść w pole. Drugi taki dostawałem po obiedzie i spałem do wieczora.
A w ogóle jako dzieci wysypywaliśmy z makowin ziarenka na dłoń i zjadaliśmy. Były lekko gorzkawe, ale bardzo nam smakowały. Jesienią jednak po prostu wyłamywało się główki i ziarno wysypywało do garnków, a z nich przesypywało do bawełnianego worka. Służył do posypywania  chleba, bułeczek i rogalików, po utarciu w makutrze, do wypieków jako nadzienie, bo mama piekła też pyszne bułeczki nadziane utartym makiem, placek makowy i oczywiście makowiec, nazywany w naszych stronach zawijańcem. A na wigilię utarty mak służył jako składnik kutii.
Zdarzało się też, że mama odważała kilogramowe porcje wsypywała do bawełnianych, szytych przez siebie woreczków i wraz z innymi produktami rolnymi woziła do miasta na targ.
Z całą pewnością pewnością sad, nazywany przez rodziców, a w konsekwencji i przez nas, dzieci, sadkiem, oraz przydomowy ogródek były kontynuacją działalności gospodarzy niemieckich. Podobnie było w przypadku innych gospodarstw. Tyle, że powoli podupadały, co było widać zwłaszcza po ogrodzeniach, które tam, gdzie było to konieczne, było łatane, gdzie ogrodzenie zdawało się niekonieczne, murszało lub było do końca rozbierane. Drzewa owocowe były przycinane tylko w razie uschnięcia  gałęzi. A gdy drzewo uschło całe, z ziemi wystawał karcz. A jabłonie rodziły coraz mniej owoców.
Na tym tle wyróżniało się tylko gospodarstwo kierowniczki szkoły i jej męża oraz plebania. Acz i tu z latami dawał się we znaki brak środków na remonty. Widać było jednak staranność w utrzymaniu tego, co się zastało.




wtorek, 21 września 2021

Edukacja (a właściwie tresura) w III Rzeszy

 Wydawca książki (Znak) dał taki blurb "Książka ostrzeżenie przed tym, co może się stać, jeśli edukację naszych dzieci oddamy w ręce fanatyków". A mnie z każdą stronicą nachodziła myśl, co może się stać z polską szkołą, jeśli PiS porządzi jeszcze kilka lat, a Przemysław Czarnek nadal będzie ministrem nauki i edukacji.
W samą porę, u progu nowego roku szkolnego (i akademickiego) ukazał się reportaż, będący zapisem obserwacji i słów poczynionych w 1939 r. przez dyrektora szkoły amerykańskiej (ewakuowanej do Stanów po rozpoczęciu wojny) Georga Ziemera Jak wychować nazistę : reportaż o fanatycznej edukacji. Wydał ją w Stanach w 1941 r., a teraz nastała pora, że polskim czytelnikom dać przed oczy przestrogę przed złem, które może się zdarzyć.
Autorowi udało się dotrzeć do ministra wychowania i edukacji narodowej III Rzeszy dra Bernharda Rusta (taki Czarnek w mundurze SS i z większymi uprawnieniami, popełnił samobójstwo w dniu kapitulacji Niemiec, dzięki czemu uniknął stanięcia przed Trybunałem Norymberskim) i uzyskać zgodę na odwiedzenie placówek edukacyjnych na terenie  całego państwa.
Zaczęło się jak u Hitchcocka. Odwiedził szpitala, w którym taśmowo podstawiano łóżka z przygotowanymi do zabiegu młodymi kobietami. Jeden nacinał łono, drugi coś zeń wyjmował, a trzeci zaszywał ranę. Okazało się, że tak w wieku ośrodkach w Niemczech sterylizowano obce rasowo i ideologicznie kobiety. Następnie odwiedził kilka ośrodków, ulokowanych w hotelach i pensjonatach, często przejętych od Żydów, którzy na ogół trafiali do obozu koncentracyjnego, w atrakcyjnych miejscowościach od morza po góry. Zamieszkiwały je młode niezamężne kobiety, od nastolatek poczynając, które zaszły w ciążę. Były tam nie tylko przygotowywane do macierzyństwa, ale też intensywnie instruowane co do ich ról jako matek, a powinny według instruktorów (płci obojga) rodzić jak najczęściej i najwięcej i przygotowywać synów do przyszłych etapów edukacji aż do pójścia go wojska i gotowości bycia zabitym w służbie Fuehrerowi, a dziewczynki do ról kobiet, czyli rodzenia i usługiwania mężczyznom od gotowania potraw przez inne czynności gospodarcze i seksualne. 


I taką gotowość do tych zadań wpajać miały wszystkie kolejne przedszkola i szkoły (osobne dla dziewcząt i chłopców). Dziewczęta i chłopcy należeć musieli do organizacji dziecięcych i w ich ramach odbywać intensywne ćwiczenia - gimnastykę, wyczerpujące kilkugodzinne marsze, zajęcia terenowe, a w czasie przerw szkolenie polityczne. Dziewczęta poza tym w rolach dorosłych kobiet (szycie, cerowanie, gotowanie itp.), chłopcy do ról przyszłych żołnierzy. Bywało, że dzieci docierały do celu kompletnie wyczerpane i już w czasie marszu wymagały pomocy medycznej.
Kolejne etapy edukacji (po szóstym, dziesiątym, czternastym i osiemnastym rokiem życia) kończyły się uroczystymi promocjami, z udziałem prominentnych funkcjonariuszy NSDAP lub SS i wstąpieniem do kolejnych organizacji. Najwyższym stopniem było wstąpienie do Hitlerjugend w 14 roku życia. Kto odpadł na którymś etapie, wypadał z systemu edukacji i przestawał być przedmiotem zainteresowania państwa. A bywało, że i ich rodzice tracili szanse na awans zawodowy. Dlatego niektórzy zmuszali dzieci do starań nad ich siły, nie troszcząc się o ich zdrowie fizyczne i psychiczne. Owszem, w szkołach uczono też innych przedmiotów, ale wszystkie były podporządkowane ideologii nazistowskiej. Np. w ramach geografii nauczano, które ziemie i kraje Niemcy zdobędą, gdzie zlokalizowane złoża będą służyły Niemcom, lekcje historii miały służyć wskazaniu bohaterstwa Niemców i złoczyństw innych narodów wobec Niemców, a język i kultura Niemiec pokazaniu wyższości języka, kultury i literatury niemieckiej. Autor cytuje fragmenty utworów prozy i poezji niemieckiej, bajek dla dzieci oraz teksty pieśni. Nawet bajki miały służyć indoktrynacji!
W systemie nazistowskim odrzuca się religie tradycyjne i zastępuje religią jaką jest nazizm, odrzuca się demokrację i wyśmiewa państwa demokratyczne. Materiałem poglądowym są zdjęcia ze Stanów Zjednoczonych w okresie Wielkiego Kryzysu, jako czołowego państwa demokratycznego. Kto by się bowiem przejmował chronologią, gdy idzie o indoktrynację!
Zdumiewać może głębokie zindoktrynowanie, graniczące z kompletną demoralizacją kadry nauczycielskiej. Ze względu na  metody ich pracy i stosunek do wychowanków nazywa ich nie nauczycielami tylko instruktorami. Sugeruje zresztą rozumienie słowa "Erziehung" w nazwie ministerstwa nie jako "wychowanie", lecz właśnie "instruktaż".
Autor chyba nie zdążył odwiedzić uczelni wyższych, więc opisał system kształcenia "akademickiego" na podstawie dostępnych mu dokumentów. Młodzi ludzie byli kierowani na uczelnie zgodnie z potrzebami państwa, bez oglądania się na ich uzdolnienia i aspiracje. Semestr trwać miał 2 miesiące, z możliwościami urlopów na szkolenia ideologiczne. Biblioteki uczelniane wytrzebiono z publikacji uznanych za nieprawomyślne lub były dziełem osób obcych rasowo.
Z książki nie wynika, że równie silnie poddany rygorom wychowania do służenia Hitlerowi i śmierci, panował także na wsi. Odwiedzał bowiem tylko zlokalizowane poza miastami zakłady dla niezamężnych matek i obozy dziecięce. Ale i tak uzyskał efekt przerażający i nie całkiem nieprawdopodobny. Gdyby tylko Czarnek dostał od kaczelnika wolną rękę...
Tekst autorski poprzedził wstępem prof. Bogdan de Barbaro, który wskazał, że zło można ludziom wpoić, zwłaszcza gdy oswaja się z nim od dzieciństwa i stwarza warunki dla jego czynienia. Co  od paru lat sami możemy obserwować


Jak wychować nazistę. Reportaż o fanatycznej edukacji - Ziemer Gregor |  Książka w Sklepie EMPIK.COM





niedziela, 29 sierpnia 2021

Wieś dolnośląska po wojnie. Rośliny uprawne

Rośliny okopowe. Jako warzywo siało się buraki czerwone. Na tyle, żeby w zależności od wielkości rodziny wystarczyło wczesnym latem na boćwinę, a potem na barszcz i ćwikłę. A liście z dojrzałych buraków szły na karmę dla zwierząt. Nie znam przypadku, żeby przygotowywano buraczki na ciepło. Dlatego czymś niespotykanym było dla mnie, moich kolegów i koleżanek, gdy podczas wycieczki do Warszawy podano nam buraczki na ciepło. Wyglądały niezbyt zachęcająco, ale ponieważ byliśmy przed wycieczką poinstruowani, jak zachować się w restauracji, czyli m.in. wszystko zjeść, więc nie było rady. Ale kiedy nie bez pewnej niechęci zjadłem pierwszy kęs, okazały się niezwykle smaczne. Kiedy o tym opowiadałem w domu, wywołałem zdziwienie u rodziców.
Poza tym w przeważającej większości gospodarstw siano buraki cukrowe. Od kilkudziesięciu arów do hektara. Było z tym kupę roboty. Bo kiedy wzeszły, trzeba było je przerywać, czyli usuwać nadmiar tych zasianych, żeby odstęp między mającymi nadal rosnąć wynosił ok. 15 cm. A przy okazji usunąć chwasty, przede wszystkim perz. Od dzieciństwa uczestniczyliśmy w tej pracy. A późnym latem wykopywało się okazałe korzenie, zgrubnie oczyszczało motyką lub łopatą i zrucano na stos. A potem odwoziło do punktu skupu w sąsiedniej wsi. Liście przeznaczano do skarmiania zwierząt na bieżąco, a resztę zakopywało w kopcach na kiszonkę. Proces chemiczny zachodzący w kopcach sprawiał, że ona zimą nie zamarzała. Ale wydzielała specyficzną intensywną woń. Zresztą gospodarstwa wiejskie to była mieszanka miłych aromatów, gdyż przy domach były ogródki kwietne, ale w większych gospodarstwach poniemieckich na podwórzu mieściło się gnojowisko. Żeby nie trzeba było daleko wywozić z chlewów, stajni czy obór zabrudzonej przez zwierzęta ściółki. Efekt był taki, że latem w mieszkaniach nie można było opędzić się od much. W naszym gospodarstwie tata wyznaczył miejsce na gnojowisko za stodołą, więc obornik wywozić trzeba było taczką. To była cena za mniejszy smród i mniej much.
Siało się również buraki pastewne, do skarmiania zwierząt domowych. A niektórzy gospodarze uprawiali buraki nasienne.  Wymagały one większej staranności w uprawie. Decydowali się na nią nieliczni, bo plony były niepewne. Po prawdzie nie wiem, czy sprzedawało się już wymłócone ziarno, czy oddawało się wraz z suchymi łodygami i liśćmi. 

wtorek, 17 sierpnia 2021

Andrzej

Gdzieś na początku lipca zadzwoniłem do Andrzeja Romańskiego, żeby po kilku miesiącach znów razem wypić piwo, albo dwa. Telefon odebrała żona informując, że mąż jest ciężko chory. Nagle organizm odmówił posłuszeństwa i wszystko wskazywało na to, że to efekt zaniedbań związanych z cukrzycą. Nawet nie wiedziałem, że na nią cierpi. Choć cierpienie to chyba niewłaściwe słowo, skoro Andrzej żył, jakby nigdy nic. Telefonowałem potem średnio co dziesięć dni w nadziei już nie na to, że sie spotkamy, lecz że zdrowie choć trochę się poprawiło i chociaż zamienimy kilka słów. Niestety, nadzieja topniała z każdą rozmową z panią Haliną, której nie pozostało nic innego, jak czuwać nad chorym, karmić i pielęgnować. Podobno reagował na przekaz telewizyjny.
A wczoraj otrzymałem telefon, że  dzień wcześniej, 15 sierpnia,  zmarł.
Poznałem Go w 1985 r. jako kierownika Oddziału Magazynów Biblioteki Uniwersyteckiej. Już w pierwszym tygodniu mego urzędowania przyszedł z wnioskiem o ukaranie zwolnieniem pracownicy za karygodne zachowanie w miejscu pracy. Pierwszy raz w moim życiu zawodowym miałem komuś powiedzieć, że bedzie zwolniony dyscyplinarnie. Na szczęście kobieta sama uznała swoją winę i poprosiła o rozwiązanie umowy za porozumieniem stron, na co przystałem z ulgą, a kierownik magazynów uznał to rozwiązanie za wystarczające.