niedziela, 12 lipca 2026

Niemiecki agent w slużbie Polsce

 Po paru książkach Vincenta Seversky'ego sięgnąłem po powieść innego byłego polskiego asa wywiadu - Roberta Michniewicza, autora już paru powieści szpiegowskich.
W powieści Fałszywa gra (Czarna Owca, 2026) młody niemiecki arystokrata gruntownie wykształcony, między innymi na Uniwersytecie Jagiellońskim, władający kilkoma językami, w tym oczywiście polskim, ale i rosyjskim, wie, że stoi przednim kariera.  Podobnie jak jego ojciec, właściciel majątku na Pomorzu Zachodnim, jest wrogiem nazizmu, który na dobre zainstalował się w Niemczech i Austrii, ale wiadomo, że apetyty Hitlera na tym się nie kończą. Wiadomo, że trudno będzie na tym etapie je powstrzymać, ale można to nazistom utrudnić.
Podejmuje zdumiewającą jak na Niemca decyzję - zgłasza się do polskiej agentury w Berlinie, zostaje przeszkolony, ćwiczy się jeszcze w byciu niewidzialnym w poruszaniu się po mieście, nawiązuje kontakt z osobą, która ma być łącznikiem między nim a polskimi służbami wywiadowczymi w Warszawie.
Decyduje się na karkołomne zadanie. Usadowi się w centrali Abwehry z widokami na karierę w jej strukturach. Ma wszak atuty: pochodzenie arystokratyczne, wykształcenie, znajomość kilku języków, co w perspektywie przewidywanej napaści na Polskę może być przydatne. Idzie mu jak z płatka: zostaje wstępnie, a następnie po sprawdzeniu definitywnie przyjęty. Wywiązuje się z kolejnych poleceń i nie mija rok, gdy osiągnąwszy kolejne szczeble znajduje się wśród najbliższych współpracowników admirała Canarisa.
Otrzymuje odpowiedzialną misję nawiązania kontaktów z wywiadem sowieckim. W Moskwie poznaje na własnej skórze sposoby pracy tamtejszego wywiadu i stara się potem, żeby już spotykać się z agentami w połowie drogi - w Gdańsku. Już wiadomo, że szykuje się porozumienie władz niemieckich z sowieckimi. Jednak meldunki słane do wywiadu wojskowego w Warszawie, gdzie szefem służb jest niedoświadczony pułkownik kawalerii, nie budzą wiary, czemu winne są też służby MSZ, których wywiad tych informacji nie potwierdza. Von Wedel,bo tak nazywa się bohater powieści wspólnie z władzami Abwehry doprowadzając ostatecznie do paktu von Ribbentrop - Mółotow  przygotowały jeszcze dla strony sowieckiej niespodziankę, która była gorzkim rewanżem za sposób potraktowania wysłańca z Berlina przez pułkownika, który tymczasem awansował w strukturach sowieckich.
Czytając tę powieść cały czas obawiałem się, że młody szpieg zostanie zdekonspirowany, jak nie przez Niemców, to Rosjan, bo udawały mu się kolejne akcje podejrzanie gładko.
Dopiero w posłowiu dowiedziałem się, że było to niemożliwe. Bo powodzenie poprzednich powieści o akcjach młodego szpiega spowodowało, że autor powieści uległ namowom wydawcy, żeby opowiedzieć o początkach jego kariery. 
Trochę to przypomina powieść Pojedynek Marka Krajewskiego, której autor po sukcesie serii powieści o komisarzu Eberhardzie Mocku zawarł w niej genezę decyzji ambitnego studenta filologii klasycznej na niemieckim wtedy Uniwersytecie Wrocławskim, który uwikłał się w konszachty ze swoim profesorem, co wymagało działań dyskretnych, ale czasem brutalnych i nie pozostało mu nic innego niż zamiast robić karierę akademicką, skorzystać z nabytych umiejętności.
Fałszywa gra - Robert Michniewicz


sobota, 11 lipca 2026

Ratowanie zwierząt w Ukrainie

 Codziennie media podają wieści o atakach zbrojnych armii rosyjskich na Ukrainę i - ostatnio rosnących - liczbach zabitych i rannych oraz o zburzonych lub uszkodzonych budynkach i blokach mieszkalnych.
Ale dużo mniej wiadomo o tym, co dzieje się na terenach zajętych przez agresora lub ponownie odzyskanych przez armię ukraińską. Owszem, pokazano bezmiar zbrodni w nieodległej od Kijowa Buczy, która dziś jest właściwie miastem umarłym. Kto z mieszkańców nie został zabity, niejednokrotnie w okrutny sposób, która z kobiet nie zostało uprzednio zgwałcona, a dzieci wywiezione do Rosji, ten opuścił miasto i poszukał schronienia w zachodniej Ukrainie lub w krach na zachód od własnej ojczyzny, przede wszystkim w Polsce. Ale takich miast i wsi, które dziś są opuszczone lub zamieszkałe przez nielicznych są dziesiątki. Bo do tych wyzwolonych nie bardzo ma sens wracać. Nie ma domów, nie ma szkół, sklepów, prądu, gazu, często też wody. Chersoń i okoliczne miejscowości zostały zalane na skutek zniszczenia tamy w Kachowce, ale powoli odżywają.
Ale w tych miejscowościach, w których właściwie nie ma już życia, pozostały zwierzęta. W miastach głównie psy i koty, na wsiach również zwierzęta gospodarcze. Nieliczni ich mieszkańcy uciekając zdołali zabrać ze sobą swoje koty i psy, niektórzy z nich przywieźli je ze sobą także do Polski.
I są w Ukrainie osoby, które nie zważając na warkot latających nad nimi dronów, świszczących pocisków, ratują te zwierzęta, nierzadko poranione i często wygłodzone i przestraszone. Są wśród nich i artystki i proste robotnice, bo głównie są to kobiety. Szukają dla nich pożywienia lub kupują dzięki ofiarności ludzi z całego świata.Znajdują weterynarzy lub lekarzy, którzy te zwierzęta leczą i doprowadzają do sprawności przez dodanie im protez, a same lub z pomocą wolontariuszy znajdują dla nich osoby, które gotowe są je przyjąć, wyprowadzają na spacer, bo wiadomo, że zwierzęta cierpią pozostając cały czas w klatkach, do tego często słysząc kanonady z dział i huk wybuchów. Rozumieją to z pewności właściciele zwierząt, które muszą przeżyć huk petard w Sylwestra. A w wojnie dronowej takie eksplozje i huk mogą się rozlec niespodziewanie z dala od frontu walk.
Jedną z form pomocy jest kastrowanie zwierząt, żeby nie skazywać młodych na głód i cierpienie. Efekt jest cząstkowy, bo ratownikom nie udaje się trafić na wszystkie potrzebujące pomocy zwierzęta. Poza tym wciąż trwają bombardowania, ludzie giną, a zwierzęta przeżywają, inni uciekają i nie zawsze są w stanie zabrać ze sobą swoje koty, psy czy papużki.
Jednym z takich wspierających działalność tych dzielnych ratowników jest polski pisarz, Wojciech Tochman, mający swoisty talent do znajdowania się w ogniskach wojen niemal w całym świecie, ukazywania ich grozy i śladów, jakie zostawiają one w zbiorowej świadomości narodów. Prowadzi on już od kilku lat zbiórkę pieniędzy na rzecz ratowania zwierząt i pomocy zajmującym się tym ludziom.  Przez kilka miesięcy wcielił się jakby w rolę korespondenta z jakby alternatywnego frontu wojny, towarzysząc ratownikom w ich aktywności, jeżdżąc z nimi setki kilometrów, które czasem trzeba pokonać, żeby zareagować na zgłoszenie o zwierzętach potrzebujących pomocy lub pojechać po przekazaną żywność lub pomoc rzeczową. 
Efektem tych podróży, rozmów z poznanymi ludźmi, własnej aktywności jest książka Delfiny i Belzebub (Wydawnictwo Literackie, 2026. Delfiny w tytule dlatego, że znajdziemy tu rozdział o wojnie, która niszczy faunę Morza Czarnego. Delfiny ślepną od sygnałów sonarów, w które wyposażone są okręty wojenne i jako ślepe nie są w stanie zdobywać pokarmu. Poza tym woda w morzu stała się zatruta smarami i innymi substancjami. A Belzebub? To kotek przybłęda, który pojawiał się w domu, gdy jako dziecko mieszkał z rodzicami w Bagdadzie i rodzina musiała się ewakuować, a kot został.
Wyjaśnia to autor w posłowiu, w których wspomina swoje podróże do Ukrainy po rozpoczęciu pełnoskalowej wojny i bohaterów wojny oraz pisarzy, z którymi się zaprzyjaźnił. 
Ze jej stron przebija się nie tylko odwaga i ofiarność osób ratujących zwierzęta, ale i przerażająca groza wojny, której spoza zdjęć w serwisach telewizyjnych i komunikatów z frontu nie widać
PS.
Każdy może wesprzeć akcję zbierania funduszy na ratowanie zwierząt w Ukrainie. Wojciech Tochman po każdym swoim wpisie na Facebooku podaje potrzebne dane
Okładka książki Delfiny i Belzebub autorstwa Wojciech Tochman


sobota, 27 czerwca 2026

(Krwawa) ballada świętokrzyska

 Dziejąca się u podnóża Łysicy akcja powieści Gołoborze Macieja Siembiedy (Znak, 2025) toczy się - z przerwami - od upadku Powstania Styczniowego po czasy najnowsze.  Przyniosła ona autorowi uznanie czytelników i krytyki. Jest już laureatem paru nagród literackich i znalazła się wśród nominowanych utworów do nagrody Nike.
We wsi Grabina mieszkają dwa skłócone od lat dwie rodziny: Koczaków i Cebrzynów. 
Akcja zaczyna się od pojmania przez rosyjskich kozaków najstarszego w rodzinie Tomasza Kończaka. Został przez nich dotkliwie pobity i oślepiony. Zdążający instynktownie do swojej wsi zostanie znaleziony i nie ma on złudzeń, że wydali go Cebrzyny i poprzysięga krwawą zemstę. Nauczył się jakoś ze swą ślepotą żyć, nawet grać udatnie na skrzypcach i nawet mówi się, że jakby jednak trochę widział. Lata trwały zanim zrealizował swą przysięgę. Oczywiście Cebrzyny są pewni z czyjej ręki stracił życie najokrutniejszy członek ich rodziny zwany Karasiem z racji srebrzystej skóry przypominającej rybią łuskę.
I tak wzajemne zemsty, raz mniej raz bardziej krwawe i okrutne trwają przez obie wojny światowe, czas II Rzeczypospolitej, PRL-u. O ile jednak klan Kończaków angażował się w w świętokrzyski oddział partyzancki walczący na tyłach wroga, Cebrzyny raczej imały się bandyterki. 
Zdawałoby się, że Kończak ostatecznie dokonał na Cebrzynach ostatecznej zemsty, kompromitując ich w oczach mieszkańców i władz wojewódzkich niwecząc ich wielomilionową inwestycję w kompleks hotelowy w pobliżu klasztoru na Świętym Krzyżu, za co nagrodzony został odznaczeniem państwowym. Ale ten wraca do domu, chowa order do szulady i postanawia, że ma jeszcze 24 dni na zabicie swego odwiecznego nieprzyjaciela.
Wygląda na to, że historia nie ma końca.
I to wszystko na zręcznie odmalowanym tle politycznym Polski, szczególnie tzw. Ziem Zachodnich, obyczajowym kieleckiej wsi.
Na końcu pochodzący z tych stron autor wyjaśnia, co w jego powieści jest fikcją, a co zdarzało się naprawdę.

Sama powieść. bez posłowia liczy ponad 500 stron, ale czytając patrzy się z żalem, że zostało do przeczytania coraz mniej


Gołoborze

 

niedziela, 7 czerwca 2026

Nasi Niemcy

 Kiedy brałem do ręki książkę Macieja Falkowskiego Nasi Niemcy (Wydawnictwo Czarne, 2026) sądziłem, że tu chodzi o innych Niemców niż ci, którzy na terenach Polski osiedlali się lub byli osiedlani już od XIV wieku.
Otóż po zliberalizowaniu relacji między Polską a Niemcami Zachodnimi w połowie lat siedemdziesiątych na tzw. Ziemie Odzyskane (choć po prawdzie bardziej wyzyskane) zaczęły przyjeżdżać wycieczki Niemców, głównie starszych do swego dawnego Heimatu. Chcieli zobaczyć swoje dawne domy, jeśli nie zostały zburzone w czasie wojny lub pokazać je swoim dzieciom. Przyjeżdżały też, prywatne osoby. Przede wszystkim do wsi i małych miasteczek, gdzie zbiorowe wycieczki nie docierały.
Przyjeżdżali też do mojej rodzinnej wsi. Moi rodzice gościli dwie pary Niemców, których mężczyźni pochodzili z tej wsi. Jeden, syn nauczycieli, mieszkał w szkole, a drugi w domu, z którego zostały porośnięte krzakami fundamenty. miało się wrażenie, że połowa mieszkańców miała "swoich Niemców". Niektórzy  przyjeżdżali wielokrotnie swoimi samochodami w tych okolicach nie widywanymi. Kiedy już zorientowali się, że są mile widziani, za drugim i następnym razem przywodzili kawę, kakao, jakieś elementy odzienia dla kobiet i dzieci. A wyjeżdżali głównie z polską wódką. Nasi Niemcy, ci, to znaczy ci, których gościli moi rodzice, szczególnie cenili sobie "cubrowkę", czyli żubrówkę. 
A kiedy przyjechali za drugim razem, zabrali mnie na dwa tygodnie do siebie. Była to dla mnie znakomita okazja do konwersacji w języku niemieckim. Co prawda, gdym spytał,  czy dobrze mówię po niemiecku, Gundula, żona Guenthera, odpowiedziała "Stefan, du sprichst in Goethesprache" . No, ale nas uczono literackiej niemczyzny... 
O wielu z tych goszczonych przez polskich gospodarzy Niemcy pamiętali po wprowadzeniu stanu wojennego. W paczkach była na ogół kawa, kakao, olej, czekolady, [uszki z mięsem. Czyli to, czego brakowało, gdy gościli w Polsce już kilka lat wcześniej
Ale książka Falkowskiego jest nie o tym. Autor uświadamia czytelnikom, że Niemcy mieszkali na Ziemiach polskich już setki wieków. Osiedlali się, gdyż w przeciwieństwie do ich ojczyzny, lub raczej ojczyzn było tu dużo ziemi do zagospodarowania, nierzadko poczynając od wykarczowania lasu i zbudowania domów - mieszkalnych i gospodarczych. Z reguły mogli gospodarować na lepszych warunkach niż miejscowi, zwolnieni od obowiązku pańszczyzny i mogący sprzedać plony ze swoich gospodarstw wedle własnego uznania. 
Zapraszali ich też wielmoże, którym zależało na zwiększeniu wydajności ziem lub powiększeniu ich powierzchni uprawnych. Tak nad dolny bieg Wisły i Pomorze Holendrzy, wprawieni w gospodarowaniu na terenach rozlewisk, którzy umieli uczynić je żyznymi uprawnymi glebami przez budowę grobli, umacnianie brzegów rzek i jednocześnie racjonalną budowę domostw. Dziś właściwie już tylko w skansenach stoją ich domy mieszkalne i gospodarcze, a tu i ówdzie wraz ze wzrostem zainteresowania historią lokalną przedsiębiorczy pasjonaci odbudowali domy i wiatraki zwane "olędrami". Zaś dla zwykłych mieszkańców to nie byli żadni Olędrzy, tylko po prostu Niemcy. Inną wyraźnie wyodrębniającą się grupą byli bambrzy. Rolnicy sprowadzeni w okolice Poznania w drugiej połowie XVII wieku dla zagospodarowania tamtejszych ziem splądrowanych w czasie Wojny Trzydziestoletniej z Bambergii. Reprezentowali oni znacznie wyższą kulturą rolną. Mieli stanowić wzór dla miejscowej ludności, ale też i wzbudzali nie tylko ciekawość, ale zazdrość lub zawiść. Do dziś o bogatych rolnikach mówi się nie tylko w Wielkopolsce jako o bambrach.
Gościliśmy kilka lat temu w muzeum bamberskim w Poznaniu, w charakterystycznym dla kultury barberskiej domu i jego wyposażeniu. Polecam każdemu, kto wpadnie w celach turystycznych do Poznania. Niema tam zbyt wielu odwiedzających, ale jak ktoś tam wpadnie i trafi na kierownika, nie wyjdzie szybciej niż po dwóch godzinach.
W Wilamowicach koło Bielska-Białej tamtejsi przybysze z Niemiec przez wieki stworzyli charakterystyczny język wilamowicki, będący mieszaniną śląszczyzny i niemczyzny ze specyficzną wymową i gramatyką. Dziś tradycja tego języka na nowo ożywa i nawet chętni mogą się go uczyć na specjalnych kursach. 
Na Podkarpaciu też znalazła się pokaźna grupa Niemców, która dość dobrze zasymilowała się z miejscowymi. Obecny prezes IPN dr Szpytma tłumaczy, że jego nazwisko jest efektem skrócenia przez proboszcza w księdze parafialnej przez pominięcie ostatniej litery nazwiska. Na tej samej zasadzie funkcjonuje też nazwisko Tejchma -  od Teichmann (człowiek znad stawu). 
Ci przybysze przez wieki zżyli się z tą ziemią. Co prawda w czasie okupacji masowo wpisani zostali na listy jako folksdojcze,co jednak nie budziłó do niech niechęci ze strony miejscowej ludności. A po wojnie wielu bardzo niechętnie poddali się akcji przesiedleń.
Autor gromadząc materiały do książki, odkrył, że sam jest wnukiem mieszkającej w Stargardzie Janiny Wiśniewskiej, z domu Kohls. Każe to przypuszczać, że niejedno z nas ma wśród swoich przodków osiadłych tu Niemców.
Przedstawiłem tu tylko kilka z wielu historii zebranych w wyniku podróży po kraju, rozmów, lektury dokumentów i oglądu zachowanych domów. Materiał opatrzony jest bogatą bibliografią. Szkoda, że nie ma tu zdjęć.

Nasi Niemcy


sobota, 25 kwietnia 2026

Pamięć obozów i pieców krematoryjnych

Zanim sięgnę po powieść zeszłorocznego węgierskiego noblisty węgierskiego, sięgnąłem po najbardziej znaną powieść noblisty z 2003 r. Imre Kertesza Los utracony, której szóste polskie wydanie ukazało się nakładem wydawnictwa W.A.B. w 2022 r.
Autor urodzony w budapeszteńskiej rodzinie żydowskiej, na rok przed zakończeniem wojny trafił do obozu zagłady Auschwitz, skąd został przewieziony do Buchenwaldu.
Potrzebował 30 lat, żeby zebrać się i zawrzeć pamięć o przeżyciach i nadać im postać - debiutanckiej - powieści.
Bohaterem i narratorem jest piętnastolatek, który spędza wolny czas na zabawach z żydowskimi kolegami. Dba o to, żeby naszyta na wierzchnią odzież gwiazda Dawida była dobrze umocowana i widoczna, żeby nie narazić się żandarmom i przy okazji nie sprawić kłopotów ojcu i macosze, bo wiele nie trzeba, żeby odebrać mu sklep i kto wie, czy nie zesłać do obozu. 
W pewnym momencie żydowscy nastolatkowie zostali zobowiązani do pracy. Wraz z rówieśnikami, ale i dorosłymi, dojeżdża do fabryki za miastem. Jednak któregoś dnia autobus zostaje zatrzymany, a wszyscy Żydzi zmuszeni do jego opuszczenia. Stąd zawiezieni są na stację kolejową i w straszliwym tłoku, głodzie dowiezieni do bramy obozu w Auschwitz. Tam otoczeni przez załogę obozową i oficerów niemieckich byli dzieleni. Ktoś ze starszych mężczyzn pouczył chłopca, żeby pytany mówił Zechcejn. Kiedy już wraz innymi maszerował w jedną stronę, a pozostali w drugą, zorientował się, że gdyby podał prawdziwy wiek, jego droga wiodłaby do komór gazowych. A tak uciążliwy, upokarzający rytuał: oddanie odzieży, w której przyjechali i nadzy, zdezynfekowani jakimś proszkiem, ostrzyżeni na łyso, z wytatuowanym numerem na przedramieniu, otrzymali obozowe pasiaki, drewniane trepy na nogi dostali obozową zupę. Nasz bohater choć głodny, nawet jej nie tknął. Potem rozesłani do baraków, gdzie po dwóch dostali miejsca na drewnianych piętrowych narach i jednym kocem mogli się przykryć. Drugiego dnia zupa już dała się zjeść, a trzeciego już nawet na nią czekał. I od tych, dowiedział się, że ci pierwsi do zupy dostaną najchudszą, ale na pewno. Ci na końcu mogą dostać gęstszą z dna, ale może też i jej dla nich nie wystarczyć. No i codzienne budzenie okrzykami, wyczerpujące apele i ciągły głód.
Po krótkim czasie został przewieziony do Buchenwaldu. Tam głód i praca nad siły, doprowadziły chłopca do całkowitej utraty chęci do życia. Bronił się przed pójściem na oddział dla chorych, bo mógł wprawdzie być leczony, ale mógł też być uznany za przypadek beznadziejny i albo krematorium albo śmierć z braku sił nawet do stanięcia po zupę. Towarzysze niedoli  zanieśli go na oddział. Tam lekarz - francuski więzień - spróbował go leczyć, a gdy podratował go, wstawił się za nim u niemieckiego lekarza. Na tym oddziale dostał już nie tylko odrębne łóżko, ale z siennkiem i kołdrą oraz treściwsze jedzenie. Do lekarza na codzienne oględziny był jednak początkowo noszony przez rosyjskiego więźnia, bo sam był za słaby. A gdy już mógł sam chodzić, któregoś rana zamiast słyszanych codziennie komend z glośników w kierunku więźniów usłyszał wezwanie do załogi obozu, żeby opuściła obóz. 
Wnet pojawili się amerykańcy żołnierze. Ugotowali dla więżniów prawdziwą treściwą zupę gulaszową, dali cieplejsze, choć obozowe odzienie i buty oraz długi sięgający prawie do ziemi plecak z jedzeniem i piciem. Różnymi przygodnymi środkami lokomocji, czasem też pieszo, a na końcu pociągiem dotarł do Budapesztu. W mieszkaniu, który zajmował z rodziną mieszkali już inni, ojciec nie wrócił, a macocha ma już nowego męża. Ale trafił do sąsiadów. Oczywiście musiał opowiedzieć o życiu w obozie, upewnić ciekawych, że były piece krematoryjne. W odpowiedzi usłyszał, że im też nie było lekko. 
W tym momencie przypomniała mi się scena z powieści Wasilija Grossmana Wszystko płynie. Tam wracający z GuŁaG-u więzień słyszy to od swego moskiewskiego kuzyna, który tymczasem robił karierę naukową "Nam też nie było lekko".
Powieść kończą refleksje nastolatka, który w rok wydoroślał i w rozmowie z dziennikarzem, który zachęca go do spisania tego, co widział i zapamiętał, a ten twierdzi, że ta prawda ma szerszy wymiar niż historia przeżyć jego człowieka. 
I pewnie to jest już refleksja, na którą autor powieści sam potrzebował pewnego dystansu

Zdjęcie produktu Los utracony - Kertesz Imre | Książka w Empik




wtorek, 14 kwietnia 2026

Mała towarzyszka spod Tallina

Kilkuletnia Leelo Tungal (tak samo nazywa się autorka powieści , więc pewnie bazuje ona na swojej biografii) słyszy, że funkcjonariuszka partii przyjechała z miasta, żeby nakłonić jej tatę do objęcia stanowiska dyrektora szkoły i zwraca się się doń "towarzyszu". Wychodząc zaś zauważa małą i nazywa ją małą towarzyszką. Rozumie więc, że takie zwracanie się do kogoś oznacza szacunek. I czuje się dumna z tego tytułu. 
Akcja powieści Mała towarzyszka i listy (Wrocław, Kolegium Europy Wschodniej, 2024) toczy się na początku lat pięćdziesiątych minionego wieku, kiedy Estonia nie jest już suwerennym państwem, tylko częścią Związku Sowieckiego. Ludzie narzekając na kolejki w sklepach, marną rozmaitość i liczbę towarów, wspominają niedawne lata i o nich z sentymentem mówią "w Estonii". Na tle aktualnej sytuacji jawi się ona jako kraj zgoła idylliczny: nie tylko sklepy pełne były towarów, ale o wszystkim można otwarcie rozmawiać, nie bać się, że ktoś usłyszy i doniesie i nie bano się policjantów.
Mała Leelo mieszka z tatą i z często bywającą u nich w domu ciotką, która rygorystycznie przestrzega, żeby dziewczynka regularnie piła tran, jadała tylko to, co służy jej zdrowiu i rozwojowi, a słodycze dostawała rzadko i w małych ilościach. Nie jest więc przez mała lubiana. W domu jest też pies i kot. W wolnych chwilach pośpiewuje sobie piosenki, których nauczyła się w przedszkolu, nie zdając sobie specjalnie sprawy z ich propagandowych treści. Lubi słuchać czytanych jej książek dla dzieci. I sama, literka po literce, uczy się ich, aby w końcu samodzielnie czytać. Z czego jest dumna i się chwali. Sama zresztą opowiada całą swoją historię, bo powieść pisana jest z perspektywy dziewczynki.
Matka Leelo byłą dyrektorką szkoły, w której teraz pracuje jej tata i dla ratowania budżetu domowego hoduje pszczoły i sprzedaje miód oraz pomaga stryjowi w tartaku. W ogóle bracia się wzajemnie wspierają.
Po mamę któregoś dnia przyjechali mężczyźni w czarnych ni to garniturach, ni uniformach i zabrali. Teraz jest gdzieś na Syberii i odsiaduje wyrok 25 lat więzienia. W jej sprawie tata regularnie pisze listy do rozmaitych urzędów z prośbą o ułaskawienie żony. I co pewien czas otrzymuje z tych ważnych instytucji, że prośba została odrzucona. Będący świadkiem odczytania takiego listu stryj dziewczynki pociesza tatę "Ale przynajmniej wiesz, że żyje".
Wobec świadomości o wszechobecnej inwigilacji dorośli starają się rozmawiać pod nieobecności Leelo, ale gdy orientują się, że jednak coś mogła usłyszeć, bo jest ciekawa rozmów dorosłych, ostrzegają ją, żeby z z nikim nie rozmawiała. I oczywiście nie powtarza. Bo tata powiedział, że jak będzie grzeczna, będzie się go i ciotki słuchać i będzie ładnie zasypiała, mamusia szybciej wróci z więzienia. 
W końcu jednak oprócz kolejnego listu o odmowie ułaskawienia przyszedł list od mamy, w którym opisała życie w tajdze, ciężkiej pracy przy wycince drzew, wyżywieniu wystarczającym, żeby przeżyć i okrucieństwie  dozorców. Ale przynajmniej pozwolono jej napisać, co może świadczyć, że nadeszła i jakaś zmiana i nadzieja na zmianę.
To już kolejna powieść, którą przeczytałem, opowiedziana przez dziecko. Pozornie pogodna narracja kryje jednak ogrom opresji lub zgoła tragizmu, w jakich przyszło mu żyć.

Okładka książki Mała towarzyszka i listy autora Leelo Tungal, 9788378933137

 

 

czwartek, 19 marca 2026

Znowu o kościele. I o życiu zakonnym u dominikanów

Tadeusz Bartoś jest obecnie cenionym filozofem, wypowiadającym się też jako publicysta społeczny i krytyk kościoła, z którym po 20 latach życia zakonnego rozstał się w sposób definitywny.
Przeczytałem niedawno jego wywiad-rzekę Bóg odszedł z poczuciem winy (Prószyński i Ska, 2025) z niezwykle ostatnio aktywnym pisarsko adwokatem Arturem Nowakiem, obrońcą sądowym ofiar pedofilii w kościele, której sam w dzieciństwie doświadczył.
Można ten wywiad odczytać jako opis drogi od żarliwej religijności do całkowitego rozbratu z religią. W rezultacie i ja przestałem uważać się za ateistę. Podobnie jak Bartoś zacząłem uwaźać, że spory o istnienie lub nieistnienie Boga są jałowe. Po prostu stałem się całkowicie areligijny. Wiem, że  rozmaite religie mają swoje bóstwa i można się nimi interesować, tak jak ktoś interesuje się np. drzewami nie będąc dendrologami ani amatorami dendrologii.
Tadeusz Bartoś spędził dzieciństwo w Krotoszynie i podobnie jak starszy brat został ministrantem, czemu sprzyjała zwłaszcza bardzo religijna matka. Z sentymentem wspomina rodzinny dom i miasto oraz tamtejsze zwyczaje oraz charakterystyczną dla Wielkopolski polszczyznę. Razem z podstawówką odbywał też edukację muzyczną i zgodnie z tym zainteresowaniem oraz talentem wybrał średnią szkołę muzyczną w Poznaniu i mieszkanie w internacie. Ciekawie opowiada o swoistej stratyfikacji adeptów do zawodowego muzykowania. Swoistą elitę uczniów stanowili przyszli pianiści (którzy zresztą zostawali potem nauczycielami muzyki , a bardzo rzadko wirtuozami), następnie grający na instrumentach smyczkowych, a najniższą pozycję w hierarchii mieli grający na instrumentach dętych. Bartoś specjalizował się właśnie w grze na saksofonie i lubił występować na rozmaitych imprezach uczniowskich, a także religijnych.
Poznań w latach 80-tych był silnym ośrodkiem religijnym, w którym prym wiedli uchodzący za intelektualistów dominikanie, z legendarnym ojcem Janem Górą, organizatorem Spotkań Młodzieży w Lednicy. Imponowali oni swoją charyzmą poznańskiej młodzieży katolickiej. W efekcie Tadeusz Bartoś zdecydował się na wstąpienie do zakonu. Starał się być gorliwym mnichem, przestrzegającym literalnie obowiązujących zasad i pełnego posłuszeństwa wobec zwierzchników, które dopiero w życiu klasztornym stawało się trudne do zniesienia, zwłaszcza dla kogoś oczytanego nie tylko w świętych księgach i o otwartym umyśle. Nawet zgoda na studia czy badania naukowe zależała od przełożonego. Dostawał je, dzięki czemu mógł ukończyć studia uniwersyteckie i zyskać kolejne stopnie naukowe. Dostał nawet możliwość korzystania z bibliotek zagranicznych.
Uświadomił sobie, że jako dorosły człowiek  pewnym sensie nie odpowiadający na siebie: wszystko ma uregulowane: godzinę pobudki, porę modlitw, posiłków, nabożeństw i sam ma do dyspozycji godziny wolne. Które wykorzystywał na lektury, a przejął się zwłaszcza pismami Nietzschego oraz na pisanie do pism katolickich: "Tygodnika Powszechnego", "Więzi" i innych uznawanych za należące do tzw. kościoła otwartego.
W końcu zdecydował się na formalne porzucenie życia zakonnego, choć to rzadki wypadek. Częściej zakonnicy uzyskawszy zgodę na czasowe opuszczenie klasztoru już doń nie wracali. Dzięki czemu unikali koniecznych formalności, nacisków, perswazji. A i tak zakon ustalał jego adres zamieszkania i wysyłał wezwania do powrotu, bo jest stałą praktyką zakonów katolickich. Przeciwstawił temu np. regułę zakonów buddyjskich, w któryc można w dowolnym momencie został zakonnikiem i w dowolnym momencie bez żadnych konsekwencji klasztor i życie zakonne opuścić. 
Pominąłęm tu ciekawe rozważania na temat religii  monoteistycznych czy zjawisk z zakresu psychologii społecznej.
Pytany o apostazję stwierdził, że jest  to poddanie się procedurom kościelnym, w efekcie których i tak pozostaje zapis w księdze parafialnej, ale opatrzony dodatkowo wpisem "fugitivus", czyli zbieg. Więc poddawanie się tej procedurze właściwie niczego nie zmienia.
Dzięki elokwencji byłego zakonnika i błyskotliwemu poczuciu humoru, książka czyta się sama. Jest tu dużo zdjęć obrazujących biografię rozmówcy
Okładka książki Bóg odszedł z poczuciem winy. Tadeusz Bartoś w rozmowie z Arturem Nowakiem autora Tadeusz Bartoś, Artur Nowak, 9788383912301


sobota, 14 marca 2026

Przeczytałem romans

Lektury dobieram sobie na różne sposoby: przeglądając tygodniki i miesięcznik "Odra", portale internetowe, przeglądając półkę nowości w lokalnej bibliotece. Raczej nie polegam na sugestiach znajomych, choć czasem się zdarza. A czasem po prostu coś mi wpada w ręce i wciąga.
Na podstawie tygodników sporządziłem listę książek, które chciałbym  znaleźć pod choinką i oddałem obu moim synowym. One już uzgodniły między sobą, która co kupi. I tak na podstawie notki w "Angorze" na liście życzeń znalazła się powieść Marleny Wittstock Pewnego razu w Wolnym Mieście (Szara Godzina, 2025), stanowiąca jak się okazało ostatnią część trylogii Miasto popiołów.  Taką obyczajową sagą, której akcja toczy się w Wolnym Mieście Gdańsku wśród zamieszkujących tu Niemców i stanowiących mniejszość Polaków.
Wojna rozdzieliła mających się ku sobie zamężną Niemkę Ritę, której mąż został wcielony do Wehrmachtu i rzucony na front wschodni. Została w swojej willi w Oliwie z kilkuletnim synem, który zmarł. Odwiedza go na cmentarzu.
Do Wehrmachtu został też wcielony w 1941 roku Jan, choć przecież był potrzebny w mieście jako strażak. Pociąg wiozący go na wschód został jednak wykolejony niedaleko Gdańska przez oddział lokalnej partyzantki o nazwie Gryf Pomorski. Lekko ranny został  rozpoznany przez znajomego sprzed wojny dowódcę oddziału i przystaje do zespołu. Jego żona trafiła do obozu w Stuthofie.
Kiedy wiadomo już, że Gdańsk został odbity od Niemców przez armię sowiecką. Jan decyduje się wracać do miasta. Traf chciał, że zobaczył w pobliżu cmentarza sowieckiego sołdata próbującego zgwałcić kobietę i już na niej leżał. Zdążył uderzyć go śmiertelnie kamieniem w głowę. Okazuje się, że kobietą jest Rita.
Zamieszkują na kilka miesięcy w leśniczówce poza miastem, a potem decydują się wrócić do miasta, opuszczonego tymczasem przez armię. Jej willa została zburzona, jego dom w centrum miasta ocalał.  Spokojne życie, w którym Jan utrzymuje całą trójkę pracując znów jako strażak, burzy jednak wieść, że w szpitalu leży ocalała z obozu żona Jana. Zabierają ją do domu. Rodzi się jeszcze ich córka. Wnet Rita zostaje jednak zdekonspirowana jako Niemka i zmuszona do wyjazdu do Niemiec, gdzie niedaleko Berlina ma rodzinę i tam wyrusza.
Na tym komplikacje się nie kończą, wręcz narastają, bo okazuje się, że mąż Rity wrócił z wojny, ale ale kto ciekaw, ten do książki sięgnie. Jak to w powieści tego typu sprawy powoli  zaczynają się układać, choć nie końca.
Powieść jest dość oryginalnie skonstruowana. Na przemian o wspólnych losach opowiadają Rita i Jan, prezentując swój punkt widzenia

Okładka książki Miasto popiołów autora Marlena Wittstock, 9788368302547

środa, 25 lutego 2026

Kryminał po czesku

 Rzecz dzieje się po czeskiej stronie pasma gór Szumawy u źródeł królowej czeskich rzek, tuż przy granicy z Niemcami i parę kilometrów od granicy z Austrią. Wiele lat po wojnie wciąż jeszcze tkwi wśród mieszkańców pamięć o umiejscowionym tu oddziale obozu koncentracyjnego, do którego co kilka miesięcy do pracy zwożono po około 150 jeńców sowieckich, a tych wcześniej dowiezionych nie odwożono, więc najpewniej ginęli lub umierali. 
Żyje tu mocno wiekowa kobieta z córką, zięciem i wnuczką. Wedle niektórych mieszkańców należała ona do załogi tego obozu.
Praktykujący tu lekarz Maryska znajduje w lesie na stoku góry siedemnastoletnią dziewczynę, ubraną w pasiak z gwiazdą Dawida. 
Policja powiatowa, którą kieruje zesłany za niedociągnięcia w komendzie stołecznej ze stolicy komisarz natychmiast podejmuje śledztwo, z którym wiąże nadzieje na odbudowanie pozycji zawodowej. Oczywiście przesłuchiwany jest i lekarz, który stara się gorliwie pomagać policji, czym zaczyna wzbudzać podejrzenie, że ma ze śmiercią  dziewczyny coś wspólnego.
Co było dalej, dowiedzą się ci, co zechcą sięgnąć po tę bez wątpienia świetnie napisaną powieść z zaskakującym -  jak to w kryminale - zakończeniem.
Autorka przekonująco przedstawia realia czeskiej prowincji, rysuje sylwetki postaci oraz tło historyczne i obyczajowe.



niedziela, 22 lutego 2026

Dziennik węgierskiego pisarza

Już chyba pisałem o tym, że lubię czytać pamiętniki, dzienniki i wspomnienia znaczących postaci w świecie literatury i polityki. Przeczytałem np. wszystkie dziesięć tomów Dzienników politycznych Mieczysława F. Rakowskiego.
A zaczęło się od pozycji w lekturach do wykładu o współczesnej literaturze polskiej na I i II roku studiów. Był to pierwszy tom dzienników Jerzego Putramenta zatytułowanych Pól wieku. Potem był chyba Alfabet wspomnień Antoniego Słonimskiego i wiele późniejszych alfabetów (m. in. Kisiela i Urbana), Nowy świat i okolice Tadeusza Konwickiego, a w ostatnich latach m.in. Teodora Parnickiego, Stefana Chwina, Jacka Dehnela, kilka tomów dzienników Jana Józefa Szczepańskiego i Józefa Hena. W części dlatego, żeby poznać realia i klimat, w którym autorzy żyli i tworzyli, jak wyglądał ich proces twórczy, co stanowiło impuls ich działań lub podejmowania tematów lub  Nierzadko ich lektura motywowała mnie do głębszego poznania ich twórczości, ale częściej znajomość twórczości kazała mi sięgnąć po autobiograficzne materiały ich twórców.
Mieszanka tych motywów, a także lektura powieści Siostra, o której niedawno pisałem,  skłoniła mnie do kupienia i przeczytania opasłego drugiego tomu Dziennika Sandora Marai'ego, obejmującego lata  1949-1956, choć bardziej byłem ciekaw jego przeżyć wojennych zawartych w dziennikach czasu wojny. Ale pierwszego tomu nie ma w sprzedaży, a i biblioteki publiczne, a pewnie i większość naukowych, nie są skore do gromadzenia tego typu twórczości.
Był bardzo płodnym i uznanym pisarzem, ale już po wojnie władze komunistyczne zdecydowała o wycofaniu jego książek z bibliotek i księgarni i skazaniu ich na przemiał. Narastający terror władz, zapełnianie więzień "wrogami ludu" skłoniły pisarza do ermigracji w 1948 r.. Osiadł wraz z żoną i przybranym synem Lajosem w Neapolu, na co uzyskał zgodę władz państwa, którą jednak musiał co roku prolongować, bez widoku na możliwość osiedlenia się na stałe,
Od początku 1949 roku rozpoczyna się tom dziennika pisarza. Autor zachwyca się miastem, które już pod wojną poznał i jego częścią nad samym morzem, w którym zamieszkał. Może po raz któryś odwiedzać muzea i galerie, odwiedzać ulubione lokale gastronomiczne, odbywać długie spacery i wędkować. Często towarzyszy mu Lajos, który nie bez trudu aklimatyzuje się w miejscowej szkole i integruje z kolegami, ale szybko uczy się włoskiego. 
Nie jest wolny od trosk, bo zaczynają mu się kończyć fundusze. Wprawdzie podpisuje umowy na tłumaczenia swoich książek, ale wydawcy (niemieccy, brytyjscy, amerykańscy) nie rozliczają się  się uczciwie z należnych honorariów, a czasem wykonują dodruki bez jego wiedzy i zgody. Z czasem jednak te stosunki zaczynają się regulować. A ponadto pisarz nawiązuje współpracę z Radiem Wolna Europa. Jeździ do Rzymu, gdzie w tamtejszej rozgłośni daje swoje felietony i inne artykuły, a później powstaje możliwość nagrywania ich na miejscu i wysyłania do rozgłośni. 
Regularnie pisuje listy do brata, który pod innym nazwiskiem tworzy jako reżyser teatralny i filmowy, dokąd władze nie zamkną mu ust,i do matki. Obojgu grozi objęcie nakazem wysiedlania z Budapesztu osób mających rodzinę za granicą. Ostatecznie jednak do tego nie dochodzi.
Oczywiście, pisarz śledzi wieści z jego ojczyzny, które znajduje w dostępnej prawie i radiu.
Będąc świadomym, że pobyt w kochanym Neapolu jest coraz bardziej niepewny, Marai czyni starania o prawo osiedlenia się w Stanach Zjednoczonych. A gdy ją dostaje, osiada w Nowym Jorku. Lokalne władze i środowisko artystyczne zapewniają mu wygodne mieszkanie na obrzeżach miasta, nad rzeką Hudson, gdzie znowu może oddać się ulubionemu wędkowaniu i spacerom. 
Pisarz zafascynowany jest Ameryką i samym Nowym Jorkiem. I nie ma już problemów natury bytowej. Nadal współpracuje z RWE, publikuje  i wydaje książki.
W 1956 r. po upadku Rewolucji Węgierskiej rozgłośnia funduje mu podróż do Mochachium, gdzie może spotkać się z matką i bratem, którym umożliwiono wyjazd do Niemiec.
Autor przedstawia się jako konserwatysta i żarliwy katolik. Często przytacza jakąś myśl z Ewangelii lub któregoś z myślicieli katolickich. Ale też dzieli się własnymi myślami. Żadnej nie odnotowałem, bo co tu mówić, zdały mi się powierzchowne lub mało oryginalne.
Ze wstrętem wyraża się o osobach homoseksualnych, których nazywa wprost pedałami. Ale nie biorę tego za przejaw konserwatyzmu, lecz jako świadectwo epoki. Wtedy - i wiele dziesiątków lat potem - tak się o nich mawiało.
Z biografii pisarza wynika, że kochał swoją o rok od niego starszą żonę. Ale o ile często pisze o swoim synu, z którego postępów w nauce, dojrzałości myśli jest dumny, a o żonie ani słowa. Może to też świadectwo epoki?

Okładka książki Dziennik 1949-1956 autora Sándor Márai, 9788307034126

wtorek, 17 lutego 2026

Polska pod okupacją kościoła

Już chyba ponad miesiąc temu przeczytałem książkę Gehenna : kościelna okupacja Polski (Agora, 2025), która jest wywiadem-rzeką Artura Nowaka z prof. Stanisławem Obirkiem, który kilkanaście lat temu po zamknięciu mu ust przez władze zakonu jezuitów poczuł się zmuszony do opuszczenia zakonu oraz stanu duchownego. Jest obecnie profesorem na Uniwersytecie Warszawskim i zdeklarowanym krytykiem kościoła, a polskiego w szczególności.

W moim odbiorze, prof. Birek przekonująco dowodzi, zwłaszcza w pierwszym rozdziale, że Polska została wciągnięta w sferę władz kurii rzymskiej. O czymś, co głosi się jako chrzest Polski niewiele w gruncie rzeczy wiadomo. Niemiecki biskup Thietmar, żyjący na przełomie X i XI wieku, zwolennik cesarza Henryka II, kronikarz Niemiec, twierdził, że państwo Mieszka I jest krajem pogan i powinno został schrystianizowane. Gall Anonim, zakonnik i żyjący jeszcze później Wincenty Kadłubek, zakonnik, późniejszy jeszcze kronikarz sławili już Mieszka I, którzy przyjął chrzest, choć nie dysponowali żadnymi źródłami, żeby ustalić datę, kiedy to się stało. Nie wiadomo, jakim cudem przyjęto oficjalnie nie tylko rok, ale i datę tego zdarzenia. Pisali o tym, jak tworzył na ziemiach polskich biskupstwa i sprowadzał księży i biskupów. Choć tak naprawdę ludność na niektórych obszarach jeszcze w XIV w. czciła bożków słowiańskich.
Jakoś nie uwypukla się tego, że koronę na głowę Bolesława Chrobrego, który zdecydowanie umacniał władzę kościoła, włożył cesarz niemiecki w imieniu cesarstwa rzymskiego. I od tego czasu kontrolę nad rządami kolejnych władców w mniejszym lub większym stopniu sprawują biskupi i kardynałowie, ustanawiani przez Rzym, a tzw. lud Boży przez szeregowych kapłanów. A poniekąd puentą tej historii jest konkordat z 1993 r. , który faktycznie jest dyktatem Watykanu pod adresem rządu Polski.
Autorzy przypominają, że wszelkie bunty przeciw władzy, która wg kościoła pochodzi od Boga, były potępiane przez hierarchów kościoła.
W następnych rozdziałach mowa jest o korzeniach i historii antysemityzmu w kościele, o Janie Pawle i jego kręgu towarzysko-"zawodowego", o strażnikach naszej moralności i wybitnej roli w tym dziele zakonu jezuitów z Piotrem Skargą na czele, o kulcie maryjnym i wkładzie kard. Wyszyńskiego w dziele umocnienia kultury maryjnego, z którym wiązało się radykalne spłycenie katolicyzmu, sprowadzającego się do coraz bardziej czczych rytuałów.
Rozdział o wyzysku poświęcony  jest przywilejom dla kościoła nadanym mu przez  władze III Rzeczypospolitej. Jeśli się te wszystkie dobra zbierze w jednym miejscu, obraz okazuje się przerażający. Za to, że kościół siłami paru biskupów i księży wspierał opozycję w PRL-u zbiera do dziś olbrzymi haracz. Nie tylko w formie tzw. Komisji Majątkowej, która oddała lub wprost przekazała nieruchomości wartości ponad 6  miliardów złotych i ok. 66 tys. hektarów ziemi, w tym dobra, które z natury rzeczy nie mógł odebrać PRL, np. na Ziemiach Zachodnich. Kilka miliardów złotych uzbierało się się w formie Funduszu Kościelnego, wypłacanego co roku przez ponad 30 lat w kwocie, która już znacznie przekracza ćwierć miliarda rocznie. Miliardy płyną do Kościoła na skutek dyktatu Watykanu na skutek konkordatu. Państwo zobowiązało się do niekontrowanej przez nie katechezy od przedszkola po szkoły średnie, ustanowienie kapelanów w jednostkach wojskowych, na policji, w wojsku, szpitalach, a nawet w kancelarii prezydenckiej.  To nie koniec listy, autorzy wymieniają jeszcze inne.
Jako kluczowy odebrałem rozdział zatytułowany "Zniewolony umysł.  Katolicka toksyna". Autorzy stwierdzają coś co widać gołym okiem:że kościół w Polsce zamknął się w przedsoborowym bunkrze, że w teologii panuje całkowity marazm. Nie podejmuje się żadnych prób wyjścia poza myśl Jana Pawła. Cytatami z niego przeplatanymi zdaniami z Ewangelii żongluje się jak piłeczkami w cyrku. Cóż się dziwić, gdy polski papież ostro reagował na wszelkie przejawy wolnej myśli teologicznej na Zachodzie!
Stałym motywem w dyskusjach są utyskiwania na upadek moralności, co Jan Paweł II ujął w słowach, że człowiek  dziś żyje tak, jakby Boga nie było". Jakby nie zauważali, że z życia codziennego zniknęła niemal całkowicie przemoc, że nie rządzą nami okrutni władcy, a władza jest z wyboru i nie wymusza bezwzględnego posłuszeństwa, że w kulturze Zachodu eliminuje się dyskryminację mniejszości, że staliśmy się wrażliwi na dobrostan zwierząt itd. Kościół chciałby nadal żyć przeszłością ze wszystkimi jej patologiami oraz strachem przed Obcym. Ale w kościele, zwłaszcza polskim, dyskryminacja mniejszości, głoszenie posłuszeństwa, w tym żony wobec męża trwa jak gdyby nigdy nic. Zamiast ewangelizacji wytyka się nie tylko ateizm, ale i wszelkie "nowoczesne" praktykowanie wiary, np. księży , jak to się określa kościoła otwartego wraz z ich środowiskami.
Może nie nazwałbym tego gehenną, ale wpływ kościoła na nas wszystkich - wierzących i niewierzących jest  przemożny




środa, 7 stycznia 2026

Ostatnio przeczytałem

Przeczytałem jesienią parę książek, ale do tej pory nie podzieliłem się wrażeniami.
Oto one:

Marek Krajewski: Pojedynek (znalazłem u szwagrostwa podczas późnych wakacji, bo nic z domu nie zabrałem)
Jan Śtifter: Kolekcjoner śniegu
Petra Klabouchova: Źródła Wełtawy (lubię czeską literaturę)
Kamil Janicki: Warcholstwo
Sandor Marai: Dziennik 1949-1956)
Artur Nowak, Stanisław Obirek: Gehenna : kościelna okupacja Polski (mam zaczęte wrażenia z lektury, ale coś zacięło się z pisaniem)
Tadeusz Bartoś, Artur Nowak: Bóg odszedł z poczuciem winy
Olga Tokarczuk: Opowiadania bizarne
Imre Kertesz: Los utracony
Leelo Tungal Mała towarzyszka i listy

 
A trochę mam zaczęte z zamiarem dokończenia

Jan Grabowski: Na posterunku : udział polskiej policji granatowej w zagładzie Żydów
Joanna Kuciel : Chłopki : opowieść o naszych babkach
Kacper Pobłocki: Chamstwo

Wrażenia z lektury części z nich mam zamiar spisać
Bóg odszedł z poczuciem winy. Tadeusz Bartoś w rozmowie z Arturem Nowakiem Bartoś Tadeusz, Nowak Artur

poniedziałek, 1 grudnia 2025

O parcelacji majątków po 1945 r.

Z wszystkich obietnic zawartych w Manifeście PKWN władza ludowa najskwapliwiej zabrała się za odebranie majątków obszarnikom, za których uznała wszystkich ziemian posiadających ziemię powyżej 50 hektarów i za nakazanie im zamieszkania o co najmniej 50 km od swych majątków. 
Niemal z dnia na dzień dotychczasowe rodziny, pojedynczo lub w kilka rodzin, stanowiące czeladź lub pracujące "na pańskim" wprowadzały się na pokoje, a dotychczasowym właścicielom do czasu opuszczenia majątku wyznaczały mieszkanie w służbówce lub w oficynie pałacu czy dworu, a bywało, że w wyznaczonym miejscu budynku gospodarczego. Uznały za swoje zawartość szaf, spiżarni, stodół oraz inwentarza żywego.
O część zasobów upominały się też skutecznie rodziny nie zamieszkałe w pałacach, szabrowano więc meble i urządzenia,. W tym celu do wsi zjeżdżali też szabrownicy z miast, czasem uciekając się do przemocy.
Tu i ówdzie, zanim do pałaców zdążyli wprowadzić się chłopi, zajęli je sowieccy żołnierze i oficerowie, dokonując wstępnej grabieży i zostawiając po sobie ślady, które miały okazać pogardę dla "panów".
Żeby zapanować nad jakim takim ładem powstawały komitety folwarczne złożone z miejscowych chłopów. Starały się one sprawiedliwie podzielić ziemie, łąki, lasy i zwierzynę. A ze strony Państwa Ministerstwo Reform Rolnych wyznaczało lokalnych pełnomocników. Ci zaś korzystając ze swych uprawnień bywało, że wysiedlali z zajętych pomieszczeń chłopów, żeby np. przeznaczyć je lokalnym działaczom PPR lub milicjantów.
O tym przeczytać można w monografii Anny Wylegały Był dwór, nie ma dworu: reforma rolna w Polsce (Wydawnictwo Czarne, 2022), w której autorka skupiła się na przebiegu reformy w dzisiejszym województwie świętokrzyskim, uznając, że przebiegała ona podobnie na innych obszarach Polski. Oczywiście z wyjątkiem tzw. ziem odzyskanych.
Kupiłem tę książkę, ale po przeczytaniu pierwszych nieco ponad stron odłożyłem ją na półkę z innymi niedoczytanymi książkami.
Ale gdy wróciłem do niej, szybko przeczytałem następne pod 250 stron.
Bo następny rozdział poświęcony jest losom wygnanych ziemian. Na ogół znaleźli sobie zajęcia w miastach jako urzędnicy, rachmistrze, sklepikarze lub nauczyciele. Część zatrudniła się w powstałych na miejscu dawnych ziemskich majątków jako agronomowie lub zarządcy. Ale zostali zdemaskowani jako dawni obszarnicy i nierzadko trafili na kilka lat do więzień za rzekome oszustwa.
Adresy części z nich zostały ustalone i ci doświadczyli pomocy ze swoich dawnych "poddanych", którzy dostarczali im płodów ze swoich gospodarstw.
A dwory? Jedne zaniedbywane popadły w ruinę po paru latach, inne przetrwały dłużej jako siedziby zarządów spółdzielni produkcyjnych lub wiejskie świetlice zanim się nie rozpadły i zostały rozebrane, więcej szczęścia miały te, które zamieniono na szkoły lub urzędy władz lokalnych.
Część z nich przetrwała do lepszych czasów, zostały odnowione i przeznaczone na hotele, pensjonaty lub inne usługi. Część zrujnowanych dworów zostało zakupione przez prywatne osoby, m.in. potomków dawnych właścicieli i stanowią miejsce ich bytowania. Niektórzy właściciele umożliwiają ich zwiedzanie.
Autorka w pracy nad monografią skorzystała nie tylko z zachowanych źródeł, ale też z przeprowadzonych rozmów z osobami, które były mieszkańcami wsi i pamiętały ich właścicieli, świadkami akcji parcelacji i dalszych losów dworów.

piątek, 14 listopada 2025

Czarna zaraza we Wrocławiu w powieści

Kiedy we Wrocławiu wybuchła epidemia ospy, byłem jeszcze licealistą i śledziłem jej przebieg w lokalnej prasie, radiu i w telewizji, gdy zdarzały się wolne chwile, bo bo było lato i pora różnych prac polowych, a ja mieszkałem na wsi i miałem pewne obowiązki.
Wieści były dość tragiczne, bo umierali ludzie i odnosiło się wrażenie, że umiera ich wiele, miasto zostało zamknięte, zastosowano różne środki ostrożności, obowiązkowe  szczepienia, szpitale przestawiły się na inny tryb, a chorych i podejrzanych o zachorowanie na ospę do specjalnie urządzonego izolatorium w Szczodrem koło Długołęki.
Po dwóch miesiącach było już po wszystkim.
Kilka lat później ukazał się film Romana Załuskiego "Zaraza" który pokazał epidemię z perspektywy zaangażowanych w działanie ludzi, co prawda fikcyjnych, ale kto śledził epidemię w mediach, mógł dobrać do tych postaci klucz.
Ale oto na kilkanaście dni przed emisją serialu telewizyjnego "Czarna śmierć" trafiła do mnie powieść Katarzyny Drogi Czarne lato (Znak, 2025) Taka nie dążąca do rewolucji formalnych i artystycznych w literaturze, ale dążąca do pokazania grozy sytuacji przez perspektywę konkretnych ludzi. Dlatego autorka ukazała tu autentyczne postaci lekarzy pod ich prawdziwymi imionami i nazwiskami. Co prawda nierzadko wkłada w ich ustawa słowa, których one być może nie wypowiedziały. Ale jest to zabieg często stosowany w powieściach i widowiskach historycznych.
Ale w efekcie czytelnikowi bliższe stają się postaci szczególnie zaangażowane w walkę z epidemie, które stały się bohaterami niejako niechcący, bo akurat kierowały szpitalami, były cenione jako specjaliści i z tej racji skierowane na pierwszą linię i podołały oczekiwaniom. To dzięki nim,a takkże cichym bohaterom, czyli pielęgniarkom, kierowcom, innych osób działających na drugiej i trzeciej linii udało się ukończyć walkę w dwa miesiące, a liczbę zmarłych zamknąć na siedmiu osobach.
Ciekawe są też takie wątki, jak narady kierownictwa województwa i miasta, podczas których widoczne staje się kunktatorstwo dyktowane ideologią polityczną. BO jak tu ogłaszać stan epidemii i zamykać miasto akurat w państwie socjalistycznym i to akurat na parę dni przed obchodami 22 lipca (co na to towarzysze w Komitecie Centralnym powiedzą) i na nieco ponad dwa miesiące przypadające Mistrzostwa Europy w Koszykówce?. I jednocześnie widać odwagę lekarza wojewódzkiego, który stawia twardo sprawę ochrony ludności przed epidemią.
W powieści oczywiście musi pojawić się wątek. Początkowo nie godząca się na cenzurowanie jej tekstów lokalna dziennikarka, krok po kroku przekonuje się do argumentów sekretarza propagandy, by w końcu urzec się osobą  wyraźnie starszego od siebie funkcjonariusza.
Zwłaszcza wrocławianie chętnie sięgną po tę książkę
Czarne lato. Opowieść o miłości i śmierci w czasie epidemii ospy we Wrocławiu



czwartek, 25 września 2025

Dwie wakacyjne lektury

Spędziliśmy trzy udane dni u rodziny w Rybniku i w Raciborzu. Nie brałem z domu żadnej książki do poduszki, bo zwłaszcza żona bratanka jest czytająca. A przy łóżku wyznaczonym dla nas leżała niewielka książka Anny Anders-Nowakowskiej, zawierającej wspomnienia córki generała Władysława Andersa z pierwszego małżeństwa (Mój Ojciec Ojciec generał Anders, Rytm, 2006)  dowódca Samodzielnej Brygady Kawalerii, jak to wojskowy przenoszony był ze swoim oddziałem do różnych garnizonów na Kresach, a rodzina wraz z nim. I wciąż w kręgu innych rodzin oficerskich, co zapewniało im godne warunki życia w kręgu innych rodzin oficerskich, a ona w związku z tym zmieniała szkoły. Ale że wszędzie szybko się aklimatyzowała i zdobywała nowe kręgi koleżanek wspomina swe dzieciństwo i młodość jako sielankę. Podobnie jak małżeństwo, oczywiście z oficerem kawalerii znacznie starszym od Niej Bernardem Janem Romanowskim.
Dramat zaczął się wraz z początkiem wojny. Po inwazji Ojciec i mąż ruszyli na front.
Ona z matką z olbrzymimi perypetiami też tam dotarły. Ojciec leżał ranny w szpitalu, z pozwoleniem władz sowieckich dokarmiany. Ale niebawem został  aresztowany, a następnie przewieziony do  więzienia na Łubiance do Moskwy i rodzina nie widziała go już aż do końca wojny.
Obie kobiety uznały, że przebywanie w strefie zajętej przez bolszewików jest dalece bardziej ryzykowne, niż pod okupacją niemiecką. Matka jednak jednak pozostała we Lwowie i dotarła do Warszawy później. Anna dzięki i sprytowi, urokowi osobistemu - była piękną kobietą - ale i łapówkom przekroczyła granicę w Przemyślu i dotarła do Warszawy. Znalazł się tu też jej mąż.
Oczywiście  wdała się, podobnie jak jej matka w konspirację, w wyniku czego często musiała zmieniać mieszkania. Oczywiście wzięła udział w Powstaniu Warszawskim jako łączniczka.
Po wojnie dowiedziała się, że jej ojciec wraz z żołnierzami II Korpusu znajduje się w Anconie. Znów nie bez perypetii obie z matką i małą córeczką dotarły tam i okazało się, że ojciec ma nową towarzyszkę życia. Ale zapewnił im wszystkim umundurowanie, a żonie (wciąż jeszcze, ale rozwód niebawem został przeprowadzony) i córce znalazł zatrudnienie. Wystarczające, żeby też zwiedzić najpiękniejsze miasta Włoch. A po opuszeniu Włoch wystarczyło pieniędzy, żeby poszaleć w Monte Carlo i w Paryżu. W końcu wraz z wielu kombatantami i jej rodzinami osiadła w Kanadzie. Po śmierci na raka pierwszego męża znów szczęśliwie wyszła za mąż i wiodła dostatnie życie. Zmarła w 2006 r.
Wydająca się prostą historią, spisaną ze swadą i okraszoną licznymi fotografiami niewielka starannie wydana książka,okazała się zajmującą lekturą - niby wspomnieniami, ale momentami dzięki opisanym trudnymi przeżyciami, które trochę dzięki przypadkowi, trochę dzięki sprytowi lub szczęściu, ale i lekkości narracji, przypominającą powieść sowizdrzalską
668763 Mój ojciec generał Anders

Druga książka to kolejna powieść Vincenta V. Severskiego Krawiec (Czarna Owca, 2025). Wprawdzie to najnowsza powieść, ale sięga genezy zespołu tworzonego  w 2003 r., a więc w przededniu akcesu Polski do Unii Europejskiej.  przez pułkownika Leśnego, młodej agentki Moniki i współpracującego z nimi tajemniczego Greka Dimę.
A celem polskiego kontrwywiadu i współdziałających z nimi agentów brytyjskiej M16 jest sowiecki bezwzględny szpieg i morderca o nazwisku (a może pseudonimie) Portnoy, czyli właśnie Krawiec.o którym wiadomo, że ma dotrzeć do czarnogórskiego nadmorskiego miasteczka Budva, gdzie zacumowany jest efektowny wielkich jacht pewnego rosyjskiego oligarchy. A w tle polityka polska, któremu oczywiście grozi niebezpieczeństwo



czwartek, 11 września 2025

Wakacje "weterana pracy" bibliotecznej

Można rzec, że wakacje jeszcze w trakcie, bo niespodziewanie wypadną jeszcze dwa tygodnie nad morzem, ale już po sezonie. Ma to swoje dobre strony, bo plaże i Trójmiasto będą już mniej zatłoczone, ale i gorsze, bo trzeba się cieplej ubrać i być przygotowanym na większe kaprysy pogody.
Ale w tym roku tak jakoś trafialiśmy, że trafialiśmy w większości na pogodne, a czasem wręcz upalne dni.
Tym razem zaczęliśmy je pod koniec czerwca od Krakowa, dokąd podążamy niemal co roku, począwszy od 1995 r.  Od kiedy są problemy z parkowaniem, a więc już od kilkunastu lat jedziemy tam autobusem - wygodnie i taniej niż same opłaty za przyjazd autostradą, a kwaterujemy zwykle blisko dworca autobusowego i zarazem krakowskiego Rynku. Odwiedzamy - można rzec - stare kąty. A więc właśnie Rynek, przechadzka Drogą Królewską do Wawelu i powrót Kanoniczą, Kazimierz i w tym roku po raz pierwszy Podgórze z imponującym sanktuariom, widocznym już w całej okazałości z Kładki ojca Bernatka. Ale oczywiście zwiedziliśmy dokładnie wnętrze wraz z kaplicami. W Krakowie bowiem wszystkie ważniejsze kościoły są otwarte. Nawet Kościół Mariacki, choć za opłatą. Chyba, że chce się z dala zobaczyć nawę główną i ołtarz Wita Stwosza.
Nie tak, jak we Wrocławiu, gdzie większość ważniejszych kościołów (poza katedrą) można zobaczyć tylko przez kratki zaraz po wejściu, albo i tyle nie.
Udało mię nakłonić żonę do odwiedzenia Nowej Huty, choć byłem pełen obaw, że będzie rozczarowana. Tymczasem bardzo się jej podobały szerokie ulice i w ogóle dużo zieleni i kwiatów, układ urbanistyczny i dużo ławek, tak ważnych dla seniorów, a Nowa Huta zbudowana dla młodych rodzin robotniczych jest dziś dzielnicą ludzi starszych.
Nie mogliśmy pominąć ul. Floriańskiej i wstąpić na kawę w słynnej Jamie Michalika, gdzie mieliśmy pierwszą randkę we wrześniu 1969 r.
Jeden tydzień lipca spędziliśmy w Wielkopolsce, skuszeni możliwością zwiedzenia miasteczka Pyzdry, przez które na przełomie stuleci przejeżdżaliśmy parę razy w drodze z Kalisza do Gniezna.  Miasteczko pięknie prezentowało się na wysokim brzegu nad Wartą w telewizyjnym cyklu "Polska z Góry".  Ze wspominanego zamku królewskiego nie ostały się nawet ruiny, tylko kawałek muru nad samą rzeką, stanowiący fragment murowanej ściany z wielkim muralem z widokiem miasta. Muzeum miejskie zastaliśmy zamknięte, podobnie jak wyglądający imponująco od strony Warty kościół pod wezwaniem Ścięcia Głowy Jana Chrzciciela  i inny kościół w pobliżu rynku zadrzewionym skwerkiem i pomnikiem przedstawiającym grupę powstańców wielkopolskich.
Zakwaterowaliśmy się zaś w dworku we wsi Podstolice kilka kilometrów od Wrześni. Piękne miejsce! Dworek zadbany. Od frontu niewielki taras, z którego (podobnie jak z okien naszego pokoju) rozciągał się widok na dość rozległy trawnik, za nim staw z fontanną, a z tyłu przestronny park. Wokół wiele krzeseł i ław, wiat na wypadek deszczu i wiata z kilkoma miejscami dla przyjezdnych samochodów. Posiłki podawane na na talerzach i w innych naczyniach Rosenthala, a korytarz wiodący do naszego pokoju z meblami z przełomu XIX i XX wieku, był jednocześnie wystawą dyfuzorów znanej firmy Berger. Oczywiście nie tylko do zobaczenia, ale i zamówienia i kupienia.
Najpierw jednak postanowiliśmy odwiedzić Wrześnię, przez którą przejeżdżaliśmy zwykle jadąc do rodziny żony do Gniezna, lub dalej - nad morze. Głownie lało, w ciągu paru minut zdołaliśmy przejść się przez rynek ładny rynek i zajrzeć przez drzwi do pobliskiego kościoła. Na Muzeum Dzieci Wrzesińskich w sobotnie popołudnie było za późno.
Sam byłem już ze dwa razy w Muzeum Adama Mickiewicza w Śmiełowie nad Wartą. W 1831 r. poeta gościł tam u właścicieli pałacu Gorzeńskich. Miał stąd przedostać się przez rzekę do powstania w Królestwie Polskim. Ale oczywiście okazało się to niemożliwe, więc kilka miesięcy zażywał gościny w różnych wielkopolskich dworach i pałacach, fetowany jako wieszcz narodowy i dusza towarzystwa. Muzeum zajmuje cały pałac i oba skrzydła. w Obszernym parku tracić można ogród Zosi, taki typowy wiejski ogród, z kwiatami i warzywnikiem.Pojechaliśmy jeszcze do Miłosławia, ale akurat pałac do 1939 r. będący we władaniu rodziny Kościelskich z rozległym parkiem, zajmowany od wojny przez szkolę, akurat był w remoncie. Obeszliśmy więc park, zrobiliśmy zdjęcia z Sienkiewiczem, mającym tu ławeczkę i wrócili na kwaterę.
Pobyt w Podstolicach wykorzystaliśmy też na odwiedziny krewnych żony w odległym o ok. 30 km Gnieźnie, a po drodze rzuciliśmy okiem na pałac w Czerniejewie, które restaurowany był pod kierunkiem kuzyna mojej żony, już blisko pół wieku temu.
Był jeszcze wyjazd rodzinny do Rybnika, który z roku na rok staje się coraz bardziej zielony i ma ładny rynek z efektownymi kamienicami sprzed ponad stu lat. Dzięki rodzinie poznaliśmy jeszcze jedno miasto, przez które przejeżdżałem wracając od rodziny w Rybniku, gdy jeszcze nie było porządnej autostrady, ale spiesząc się do domu nigdy się nie zatrzymałem. Racibórz okazał się pięknym miastem, ongiś stolicą księstwa, po którym stoi jeszcze zamek, rynek z imponującą kolumną Maryjną, ale w części na skutek zniszczeń wojennych uzupełniony powojennymi blokami.
Chyba już zrezygnuję z corocznej wyprawy w rodzinne strony oraz wyjazdów do atrakcji turystycznych wokół Wrocławia. Ale jeszcze czekają nas dwa tygodnie października w Gdańsku, gdzie mamy rodzinę (która w tym czasie będzie bawiła w Grecji) oraz wspólnych z żoną oraz moich osobistych przyjaciół.
W efekcie uznać trzeba, że wypoczęliśmy (od codziennego nic nie robienia, czyli codziennej krzątaniny, spacerów i spotkań) i jak  niemal co roku poznając nieznane dotąd miejsca w kraju.
PS.
System poplątał mi kolejność zdjęć. A więc od góry: Muzeum Mickiewicza w Śmiełowie, Pałać w Czerniejewie, Rynek w Rybniku, Nowa Huta, Sanktuarium św. Józefa w Krakowskim Podgórzu, rynek w Miłosławiu, Rynek w Pyzdrach z pomnikiem powstańców wielkopolskich, Dwór w Podstwolicach













środa, 3 września 2025

Powieść w powieści "Siostra"

Uznałem, że pora poznać twórczość wybitnych pisarzy węgierskich. Wcześniej przeczytałem - moim zdaniem znakomitą - powieść Miklosa Vamosa Księga ojców. Zacząłem od Sandora Marai'a (niektórzy piszą "Marai'ego"). W bibliotece osiedlowej nie znalazłem żadnej jego książki, a w pobliskiej księgarni była tylko powieść Siostra (wyd. 2, Czytelnik, 2024). Kupiłem i od razu zamówiłem drugi tom Dziennika, bo pierwszy, obejmujący lata II wojny jest niedostępny. Pewnie jest gdzieś w którejś bibliotece. Bo nie wiedzieć czemu lubię czytać dzienniki pisarzy, którzy na ogół odnoszą się w nich do tego, co dzieje się w ich krajach i w świecie.
Powieść po pierwszych stronach kojarzyła mi się trochę z Czarodziejską Górą Manna lub Empuzjonem Tokarczuk. Oto kilka osób (zdrowych) u progu II wojny spędza święta Bożego Narodzenia i kilka dni przed nimi (po nich pewnie też) w niewielkim pensjonacie na szczycie wzniesienia gdzieś w Siedmiogrodzie. Autor kreśli z grubsza gromadzące się na posiłkach osoby, w tym starsze małżeństwo, które akurat w przeddzień świąt zostaje zamordowanych. Przypuszczalnie w drodze samobójstwa.
Ale narratora intryguje postać starszego pana zajmującego sąsiedni pokój. To sławny wirtuoz fortepianu, już nie koncertujący, który stara się nie zwracać na siebie uwagi. Sąsiedztwo staje się jednak okolicznością sprzyjającą nawiązanie rozmowy. Kończy się ona wyznaniem muzyka, nie gra, gdyż ma niesprawne palce u jednej z rąk. I że on też pisze i obiecuje, że przyśle mu efekt swojej pisaniny, a pisarz zrobi z nim, co uzna za stosowne. I nagle opuszcza pensjonat.
Kiedy narrator stracił nadzieję na otrzymanie obiecanych płodów pisarstwa muzyka, dowiaduje się, że ten kilka miesięcy po upuszczeniu pensjonatu zmarł, ale na jego życzenie obiecany tekst został wysłany.
I przytoczony w powieści w całości. I to jest ta powieść w powieści. Muzyk otrzymał zaproszenie z Florencji na swój recital. Obiecuje sobie, że znów  odwiedzi ulubione miejsca, muzea i kościoły. Ale po recitalu ni stąd nie zowąd zasłabł i przez profesora miejscowej kliniki zostaje do niej zawieziony. Odczuwa potworne bóle, łagodzone raz mocniejszymi, raz słabszymi preparatami, które dają iluzoryczną ulgę, ale pielęgniarki (zakonnice) na polecenie profesora twierdzą, że to w obawie przez uzależnieniem. Profesor i jego asystent zapewniają, że go uleczą, choć jeszcze nie wiedzą, co to za choroba. I zapewniają, że go nie okłamują. Dialogi pacjenta z lekarzami wywołane dociekliwością pacjenta to skrzące się intelektualną biegłością rozmówców do smaczek sam w sobie w tej powieści.
Nagle, po usłyszeniu we śnie głosu ukochanej kobiety, żony starszego od niej dyplomaty, pacjent staje na nogi. A gdy dowiaduje się, że ta kobieta przez czas jego choroby wydzwaniała do szpitala chcąc wiedzieć, co z ukochanym (platonicznie?) postanawia do niej jechać i zamawia bilet do Aten. Tymczasem jednak wdaje się w rozmowę z jedną z pielęgniarek, z oznakami toczącej ją śmiertelnej choroby. Używającą w swej pracy tylko utartych zwrotów udaje się pacjentowi skłonić do wierzeń osobistych. Chyba pod jej wpływem i wiadomości, że na ostatnie dni życia zabrano ją ko klasztoru, zmienia decyzję i zamawia bilety na pociąg do domu - do Budapesztu.
Nie ma tu wartkiej akcji, są znakomite obserwacje i dialogi. Można rzec, nawiązując do reklamy pewnego piwa, że  to nie jest powieść do połykania strony za stroną, to jest powieść do smakowania

Siostra Marai Sandor

 

poniedziałek, 18 sierpnia 2025

Życie zawnętrzne Annie Arnaud

Zachęcony swego czasu powieścią Lata świeżo upieczonej noblistki sięgnąłem po książkę Życie zewnętrzne (Wydawnictwo Czarne, 2025).
W pierwszym odruchu po przyniesieniu tego niewielkiego tomu, odłożyłem go i zabrałem się za co innego. Na pozór wyglądało to na ciąg nic nie znaczących opisów epizodycznych zdarzeń. Ale za drugim razem zauważyłem jakieś odniesienie się do jakiegoś zdarzenia opisanego w prasie francuskiej. Zrodziła się nadzieja, że może znajdę tu i opisy bardziej znaczących zdarzeń. Trop jednak był mylący. Ale znalazłem coś ciekawszego: Większość tych obserwacji, w dużej części wynikających z codziennych dojazdów koleją z przedmieścia do centrum Paryża, była opatrzone refleksją autorki i sprawiała w moich oczach wrażenie krótszych wierszy lub miniesejów podobnie jak w nich zakończonych mniej lub bardziej błyskotliwą puentą. I wtedy już przeczytałem wszystkie, ale nie ciurkiem, żeby nie stępić w sobie uwagi. Ale i przyjemności lektury.
Podobne obrazki od pewnego czasu zamieszcza w "Tygodniku Powszechnym" Eliza Kącka. Tyle że  w każdym zdają się mieć one wspólny mianownik.
Czytam je, bo uczą uważności i refleksyjności, której na ogół nam brakuje, bo żyjemy w pędzie. Jako tzw. weteran pracy, mogę ten pęd trochę zwolnić.
Zupełnie odmienna jest trzecia część książki. Autorka jest bywalczynią wielkich supermarketów i z perspektywy klientki obserwuje pracę zatrudnionych tam osób, klientów przygodnych i stałych. I dostrzega to, czego się na ogół nie widzi: nie tylko manipulowanie przez zarządzające korporacje cenami i zmianami ustawień towarów i i ekspozycji w witrynach, ale także nastawieniem na różna kategorie klienteli pod kątem zasobności ich portfeli, stylów życia pojedynczych osób i rodzin, płci,  upodobań, podatności na reklamy i sugestie personelu, wieku, a więc i np. wzrostu itd.
Zawarte tu obserwacje nie mają żadnych pretensji do naukowości, moim zdaniem nawet i literackości, ale składają się na łagodne, ale rzeczowe oskarżenie neoliberalizmu. Choć oczywiście nie widzi widzi dlań alternatywy.
A może to ja tak tego (nie) widzę?
Życie zewnętrzne - książka

wtorek, 22 lipca 2025

Christine. Epizod w aktywności słynnej polskiej agentki

Późną zimą 1941 r. Sowieci już nie mają złudzeń, że mimo porozumienia Ribbentrop-Mołotow Hitler szykuje napaść na ich kraj. Chodzi im tylko o to, żeby jak najdalej przesunąć ją w czasie i przygotować obronę. Wiele zależy od tego, żeby nie dopuścić do przystąpienia Jugosławii do porozumienia z Niemcami.
Wysyłają więc do Belgradu wypróbowanych agentów. Są tam już agencji brytyjskiej siatki M16, a wśród nich Christine Grandville, pod którym to nazwiskiem działa Krystyna Skarbek. Wybiera się tam też agent Abwehry porucznik Kruger, gdzie czeka już agentka Karin. Wprawdzie Żydówka, ale sprawna i ma ją w garści, gdyż jako zakładniczka mieszka w Warszawie jej matka, którą Abwehra z konieczności chroni. Pod tym imieniem Krystyna Skarbek, której zadaniem jest nie wzbudzając podejrzeń doprowadzić Niemca do dyskredytacji i zmusić do przejścia na stronę wroga. Kruger ma on też dbać o wpływy u Hitlera jego szefa Canarisa i stanowić przeciwwagę dla innego agenta niemieckiego Landaua, za którym stoi bardziej wpływowy w Berlinie Bormann. Zadaniem Niemców, zmuszonych przez niższego stopniem zewrzeć szeregi i oczywiście doprowadzić jak najszybciej do paktu z księciem Pawłem, który pełnił funkcję władcy z powodu niepełnoletności następcy króla.
Swoją rolę do odegrania ma premier kraju Cvetković, Chorwat, któremu bardziej niż o Jugosławię idzie o jego ojczyznę.
Wszystko ma się rozstrzygnąć podczas przedstawienia baletu "Jezioro łabędzie" w Tetrze Narodowym z udziałem monarchy, a właściwie w czasie przewidzianych półgodzinnych antraktów, choć jak można było przypuszczać szpiedzy także wymykali się ze swoich miejsc także podczas trwania przedstawienia. Zresztą, nie byli to miłośnicy muzyki i baletu.
Jak się skończył spektakl i zdarzenia po nim następujące, to już Czytelnicy muszą sami przeczytać.
Autor powieści Christine Vincent V. Severski (wyd. 2, Czarna Owca, 2024) zręcznie prowadzi narrację, w sposób wiarygodny wkłada w usta agentów dialogi i na wszelki wypadek wstawia fragmenty - fikcyjnych rzecz jasna - raportów pisanych przez agentów do swoich centrali. Bo i czytelnik bez nich może nie nadążyć za grą prowadzoną przez szpiegów. Zresztą narracja i raporty wzajemnie się uzupełniają, bo przecież agenci raportowali to, co uznawali za prawdę, nie zdając sobie sprawy, że byli świadomie wprowadzani w błąd. Sami wprowadzali w błąd i byli wprowadzani.
Christine. Powieść o Krystynie Skarbek - Piotr Niemczyk, Vincent Viktor Severski - książka

niedziela, 6 lipca 2025

Losy Żydów bieszczadzkich

 Bieszczady mają swego wiernego historyka. Krzysztof Potoczała jest dziennikarzem i reportażystą, który swoje zainteresowania skupił na historii najnowszej i dniu dzisiejszym Bieszczadów.
Najnowsza jego książka O czym drzewa w Bieszczadach nie szumią (Znak, 2025) jest pod wieloma względami wyjątkowa. W wyniku drobiazgowej analizy nielicznych dokumentów, lub zgoła mikrośladów, jak wytrawny śledczy odtworzył tragiczną historię rodziny Lejnnerów, z której z holokaustu ocalała tylko córka przedwojennego handlarza zbożem Szulamit (Salomea), który z Sambora przeniósł się do Ustrzyk Dolnych i jej brat. Który zresztą nie nacieszył się życiem, gdyż tuż po wojnie z obozu dipisów (osób, które ocalały z wojny, ale straciły miejsce zamieszkania) próbował przedostać się do Palestyny, ale  przeładowany ludźmi statek zatonął).
Początek dwudziestego wieku aż do rozpoczęcia wojny autor przedstawia nieomal jak każde inne kresowe miasteczko. Topografia, w tym dom zajmowany przez rodzinę Lejnnerów, życie społeczne, relacje między ludnością żydowską i polską, zajęcia, życie towarzyskie i religijne. Wystarczyło tylko przedstawienie amatorskie napisane przez miejscowego lekarza, żeby nacjonalistyczny lokalny pismak Klaudiusz Hrabyk (starsi pamiętają go jako herolda kierowanej przez PZPR i jej propagandę hecy antyżydowskiej w 1968 r.) napisał serię artykułów o antypaństwowej aferze w Ustrzykach.Po śmierci Piłsudskiego nastroje antyżydowskie wzmogły się, ale prawdziwa gehenna zaczęła się z początkiem wojny. Najpierw przyszli tu Niemcy, którzy zmuszali Żydów do rozmaitych prac, więzili i znęcali się nad nimi. Przyjście Rosjan przywitali z ulgą, ale ci szybko zaczęli robić bolszewickie porządki z kolektywizacją wszystkiego, co się dało, a opornych czekały wywózki , jak się wtedy mawiało "w głąb Związku Radzieckiego. Szulamit próbowała wtopić się w polskie środowisko, nauczyła się polskich modlitw i nawet wzięła katolicki ślub. Małżenstwo długo nie potrwało.
Wraz z napaścią Niemiec na Związek Sowiecki znów przyszli Niemcy. A wraz z nimi terror, strzelanie przez gestapowców, zwłaszcza przez komendanta z Sanoka, dla którego zabijanie Żudów sprawiało swego rodzaju zabawę lub zgoła przyjemność. W Ustrzykach powstało getto , do którego zwieziono Żydów z okolicznych wsi i miasteczek. Poszła doń wraz z rodzicami i rodzeństwem Sulamit. Stamtąd wywieziono Żydów do obozów koncentracyjnych, głównie do Sobiboru. Tam też trafiła rodzina Lejnerów.
W obozie zorganizowano próbę ucieczki, w której wzięła udział także Szulamit. W ponad stu uciekinierów do odległego o ok. sto metrów lasu uciekła garstka. Także postrzelona w nogę Szulamit. Udało się jej dotrzeć do Krakowa, do polskiej rodziny z Ustrzyk. Odkarmiona, ubrana, nie czuła się bezpiecznie w okupowanym Krakowie. Zdecydowała się na dalszą niebezpieczną drogę i już w pierwszych tygodniach po wojnie znalazła się w obozie dla dipisów. Jej nie udało się popłynąć do Palestyny, gdyż statek z nią został przez Anglików zawrócony. Tam wyszła za mąż, zatajając przed żydowskim mężem swoje wcześniejsze małżeństwo katolickie, i ostatecznie osiadła we Francji, gdzie dożyła sędziwego wieku. Nie zdecydowała się na podróż w rodzinne strony, żeby uniknąć wspomnień tragicznych przeżyć.  Zrobił to dopiero jej jedyny syn.
Jej historia potwierdza, że niemal wszyscy Niemcy, którzy trafili do gett i obozów uszli z życiem cudem. Łatwiej było tym, którzy mając rodziny na wsiach tam względnie bezpiecznie przetrwali wojnę. Jeśli nie doniósł na nich wścibski i chciwy sąsiad
O czym drzewa w Bieszczadach nie szumią. Ocalona z Sobiboru - tantis.pl