Zastanawiając się nad treścią tego, co chciałbym tu napisać, uświadomiłem sobie jak wiele jest do opisania.
Przez cały czas PRL-u prywatna gospodarka rolna była rozdrobniona i wielokulturowa. Zwłaszcza w tak małej wsi, jak Uniejowice, w której przez pierwsze blisko 15 lat po wojnie nie było sklepu, a do najbliższego miasta można było dostać się tylko pieszo lub zaprzęgiem konnym. Owszem, przejeżdżały dość regularnie samochody ciężarowe z naczepą przykrytą plandeką i wyposażoną w ławki wzdłuż burt i z jedną pośrodku. Ale przewoziły one robotników do kopalni rud miedzi w odległych o kilkanaście kilometrów Iwinach w połowie drogi do Bolesławca lub w Wilkowie za Złotoryją. Dojeżdżało do nich po kilka osób z naszej wsi, ale nikogo więcej nie zabierano. Chyba że za danie w łapę kierowcy. Dopiero pod koniec lat pięćdziesiątych podobne pojazdy, zwane popularnie budami, zaczęły jaździć jako pasażerskie pod firmą PKS. Kilka lat później pokazały się autobusy "San". Pamiętam, że taką budą, a potem już autobusem jeździłem z mamą do Złotoryi na targ i pomagałem sprzedawać jaja, a potem byłem prowadzony do fryzjera.
Umożliwiły one dojazd paru osobom do pracy w Złotoryi oraz uczniom tamtejszego liceum i szkół średnich w Legnicy. Ci drudzy w Złotoryi przesiadali się na pociąg.
Więc gospodarstwo rolne musiało zapewnić nie tylko wywiązanie się tzw. obowiązkowych dostaw (mój tato musiał co roku dostarczyć za psi grosz, za mniej więcej połowę ceny urzędowej, dwie tony zboża ii 260 kg żywca), ale i zaspokoić potrzeby żywnościowe rodziny. Siano więc i sadzono zboża, rośliny okopowe, pastewne, oleiste, warzywa i drzewa owocowe. W ogrodach hodowano też rośliny ozdobne.