poniedziałek, 28 marca 2022

Wrocławskie kamienice i... pszczoły

 Jako trzecią w kolejności przeczytałem drugą część cyklu prezentacji wrocławskich kamienic i jej mieszkańców. Tych istniejących i tych, po których zostały z ledwością dostrzegalne ślady. Bo albo zostały zbombardowane doszczętnie, albo w takim stopniu, że po wojnie resztki zostały rozebrane. Bo stolica potrzebowała cegieł.
W tej części mowa jest o przedwojennych mieszkańcach, zarówno Niemcach, jak i Polakach lub małżeństwach mieszanych. Większość po wojnie została wysiedlona, ale niektórzy zostali. Nieliczni, już w podeszłym wieku zdecydowali się powrócić do rodzinnego miasta, żeby zobaczyć jak wygląda ono trzydzieści lub nawet znacznie więcej lat po jego opuszczeniu lub pokazać je swoim dzieciom i wnukom, czasem dzieci lub wnuki zmarłych tymczasem swoich przodków zechcieli zobaczyć, gdzie mieszkali ich rodzice lub dziadkowie. A przy okazji chcieli pokazać, w jak pięknym mieszkali mieście, więc odwiedzili i Rynek, i Park Szczytnicki, dworzec kolejowy i wciąż zaniedbaną budowlę nazywaną dziś Wzgórzem Partyzantów
Dziś w znacznej części kamienice odzyskały dawny blask - albo tylko od zewnątrz, ale też w wielu też zachowały się klatki schodowe, szyby w oknach lub nawet witraże, które należało tylko odrestaurować i uzupełnić ubytki.
Więc zyskałem nowy impuls, żeby wybrać się w niedawno jeszcze zakazane okolice ul. Żeromskiego, dworca Nadodrze lub tzw. Trójkąta Bermudzkiego, ale przejść się nie budzącą do niedawna uwagi ul. Piastowską, kard. Wyszyńskiego czy Cybulskiego.
I korzystając z pięknego wiosennego dnia zrobiłem sobie wędrówkę ul. Wyszyńskiego i sąsiednimi. Spotkałem tezy wymienione przez Joannę Mielewczyk kamienice - dwie przy tej ulicy i jedną przy ul. Żeromskiego. Przy okazji zaś kilkanaście wartych uwagi innych, niektóre już odnowione, przynajmniej z zewnątrz, ale większość , wcale nie mniej wartych uwagi, wciąż jeszcze w stanie zaniedbania. Niestety, dziś już nie da się wejść do korytarzy, żeby zobaczyć budowane  z pietyzmem schody, witraże w oknach, czy plafony. Wejść strzegą powszechnie zamontowane domofony.


Już kilka tygodni temu przeczytałem powieść norweskiej pisarki Mai Lunde pt.
Historia pszczół  (Wydawnictwo Literackie, 2022). Są to właściwie przeplatane trzy historie, dziejące się w trzech różnych czasach i  miejscach, historie. Jedna dzieje się w połowie XIX wieku w Anglii, a jej bohaterem jest eksperymentujący z ulami pszczelarz. Kiedy już udało mu się  zaprojektować drewniany ul, że specjalnie urządzonym wnętrzem, który sporządzony przez miejscowego stolarza, został zaakceptowany przez pszczoły i można było świętować sukces, okazało się, że nie był pierwszy. Zamówił bowiem książkę cenionego śląskiego pszczelarza, a gdy już ją przeczytał, zniszczył ze złości swoje dzieło, bo okazało się, że nie był pierwszy.
Druga historia dzieje się na początku XXI w. w Stanach, gdy pszczelarstwo zdawało się osiągnęło przemysłowe rozmiary, związane z transportem pszczół do rejonów, w których pożytek mieli i pszczelarze, zapewniający pszczołom połacie sadów owocowych, a sadownikom zapylenie kwitnących drzew owocowych. Szyki jednym i drugim pomieszały jednak anomalie klimatyczne, niszczące sady i choroby atakujące roje pszczół.
Trzecia historia  dzieje się pod koniec XXI wieku w Chinach, kiedy na skutek skażenia środowiska i rabunkowej gospodarki kapitalistycznej pszczoły już wyginęły i jedynym sposobem na otrzymywanie owoców jest zapylanie kwiatów przez ludzi. I jak to w państwie totalitarnym ludzie, na ogół kobiety otrzymują areały sadów do zapylenia, mężczyźni wykonują inne zajęcia, a  dzieci spędzają czas w szkole. Państwo totalitarne nie liczy się zbytnio z ludzkimi uczuciami, starannie wydziela dni wolne od pracy i ewentualne  zwolnienia okolicznościowe. A gdy dziecko zachoruje tak, że wymaga hospitalizacji, rodzice całkowicie tracą nam nim kontakt i kontrolę.
Te trzy historie spaja traktat poświęcony pszczołom sprzed stuleci, która jest nie tylko inspiracją dla pszczelarzy, ale i przestrogą przed bezmyślną eksploatacją zasobów ziemi, a przytoczone historie stanowią w jej świetle ilustrację skutków
A teraz czytam naprzemiennie dwie książki: eseje ukraińskiej wybitnej pisarki Oksany Zabużko Gwiazda Piołun (Agora, 2022, nb. "piołun" to po ukraińsku Czarnobyl) oraz monografię pracownika naukowego Dolnośląskiej Szkoły Wyższej dra Konrada Rejmana Etyka radykalna jako emancypacja : o wojnie i pokoju z perspektywy pedagogicznej  (Wydawnictwo Naukowe DSW, 2021, a faktycznie 2022). Wydawnictwo trafiło w czas, a rozważania autora o naturze wojny zdają się wyjątkowo trafne w świetle  tego, co dociera do nas zza wschodniej granicy.

Historia pszczół - Lunde Maja

niedziela, 6 lutego 2022

Powieść kryminalna i powieść policyjna

 Żeby zapewnić mi odtrutkę od trudnych tematów, jak holokaust czy niewolnictwo chłopów, eufemistycznie nazywane pańszczyzną Gwiazdor (bo u nas , gdzie przeważa tradycja wielkopolska, prezenty przynosi Gwiazdor) przyniósł mi pod choinkę dwie powieści kryminalne. A właściwie dość niekonwencjonalny kryminał amerykańskiego autora Harlana Cobena i powieść policyjną wrocławskiego zyskującego poczytność autora, Mieczysława Gorzki.
Powieść Mów mi Win obywa się niemal zupełnie bez policji. Agent tajnej policji nadaje bohaterowi temat, który może bohatera zainteresować, bo w domu zamordowanego znaleziono skradziony rodzinie jeden z dwóch cennych obrazów. Czasem sumuje i analizuje zdobytą przez bohatera wiedzę, a ten, członek rodziny milionerów, traktuje podpowiedziane mu śledztwo jako urozmaicenie w życiu, w którym właściwie wiedzie próżniacze życie. Ot, zagra ze starym, po udarze, ojcem w golfa, poleci samolotem z jednej rodzinnej rezydencji do drugiej, odwiedzi kogoś z rodziny, a na noc zadzwoni do jednej z ulubionych call girls. Bo wygodnie mu z nikim się nie wiązać
Pierwszy raz zdarza mi się czytać powieść kryminalną, którą opowiada bohater, podkreślający swoje bogactwo, wręcz epatujący nim, przywiązanie do luksusu oraz wynikające z bogactwa przywileje, jak przydatne w życiu koneksje lub uchodzenie na sucho drobnych występków, które z pewnością nie uszłyby uwagi zwykłym śmiertelnikom. Tym sposobem autor zawiera dyskretną krytykę współczesnych amerykańskich lub może szerzej kapitalistycznych stosunków społecznych.
I jak to często w powieściach kryminalnych bywa, każdy nowo stwierdzony fakt, układający się w łańcuszek z poprzednimi, każe szukać sprawcy morderstwa nie tak daleko od prowadzącego śledztwo, jak mógł przypuszczać.


Nieco podobnie jeśli idzie o dochodzenie do prawdy, rozwija się akcja powieści Polowanie na psy , osadzona, jak u tego autora w realiach Wrocławia i wydziału kryminalnego wojewódzkiej komendy policji, co każe mówić w tym przypadku raczej o powieści policyjnej niż kryminalnej. Początkowo akcja toczy się dwutorowo, we współczesnym Wrocławiu, gdzie ofiarą pada policjant oraz czterdzieści lat wcześniej, kiedy idzie wraz z żoną wysoki funkcjonariusz partii. Dwie zupełnie nie powiązane ze sobą zbrodnie, po nich seria następnych, wiodą doświadczonego komisarza Zakrzewskiego do wspólnego mianownika.  Każda następna śmierć policjanta dostarcza powodów, żeby widzieć myśliwego w kimś, kto miał coś do ukrycia, albo nosi w sobie jakąś urazę, z którą sam sobie nie radzi. I trzeba się spieszyć, bo giną osoby coraz bliżej współpracujące z prowadzącym śledztwo.
Rzadko zdarzają się kryminały  nie zakończone rozwiązaniem  zagadki. Ten do nich nie należy. Ale co się tymczasem nadzieje!...





środa, 2 lutego 2022

Russell - wspomnienie o brytyjskim przyjacielu

Lubię oglądać w telewizji programy podróżnicze w Planete+. Akurat wczoraj emitowany był film o podróży kolejowe na Sri Lance, do stacji znajdującej się wyżej niż najwyższa stacja kolejowa w Szwajcarii.
Po obejrzeniu pomyślałem, żeby dowiedzieć się, co dzieje się o moim serdecznym koledze sprzed lat Russellu Bowdenie, wybitnym bibliotekarzu brytyjskim, o którym wiedziałem, że po przejściu na emeryturę w 1994 r. osiadł tak jak  sobie obiecywał na Sri Lance. Stamtąd przysłał mi list. Jak zwykle odpowiedziałem, napisał jeszcze raz, też odpowiedziałem, ale najwidoczniej już list do Niego nie dotarł lub zwyczajnie nie napisał.  Korespondencja się urwała.
Wpisałem imię i nazwisko Russell Bowden w wyszukiwarce i okazało się, że osób o tym imieniu i nazwisku jest sporo. Dodałem więc słowo "librarian" i wtedy wyświetlił się ten jeden. Najpierw w formie profilu jako właściciela, a potem jako notka w "American Libraries Magazine". W ten sposób dowiedziałem się, że Russell nie żyje już od niemal równych sześciu lat, zmarł bowiem 27 stycznia 2016 r. w wieku 81 lat.
W swoim profilu Russell podał w porządku chronologicznym swoje zatrudnienia. Jako pracownik British Council kierował oddziałami w Indiach, Nigerii i Sri Lance.  Wtedy z pewnością zrodziła się w jego głowie myśl, żeby tam spędzić resztę życia. Zresztą, wielokrotnie o tym wspominał. Potem przez dwa lata był wykładowcą bibliotekarstwa na uniwersytecie Loughborough, po czym aż do przejścia na emeryturę zajmował stanowisko Deputy Chief Executive w brytyjskim Stowarzyszeniu Bibliotekarzy (Library Association, LA), co się tłumaczy jako administrujący stowarzyszeniem. LA co roku wybiera na dorocznym kongresie prezydenta, co jest funkcją honorową, na którą wybiera się zasłużonych bibliotekarzy, dobiegających końca kariery zawodowej.
Był aktywnym działaczem Międzynarodowej Federacji Stowarzyszeń Bibliotekarzy (IFLA), w której stworzył i kierował przez wiele lat Okrągłym Stołem Zarządzania Stowarzyszeniami Bibliotekarzy i doszedł do funkcji pierwszego wiceprezydenta. W uznaniu zasług otrzymał tytuł honorowego członka Federacji.

Poznałem Russela pod koniec sierpnia 1981 r., gdy nieoczekiwanie wybrany na prezesa Stowarzyszenia Bibliotekarzy Polskich wziąłem pierwszy raz w życiu dorocznym kongresie IFLA, wtedy w Lipsku. I do tego w spadku po poprzednim prezesie przypadł mi obowiązek wygłoszenia referatu o działalności SBP, jako jednym ze stowarzyszeń w kraju bloku radzieckiego. Dopiero na miejscu zorientowałem się, że przyjdzie mi wygłosić go na jednej z kilku sesji plenarnych i że będzie on tłumaczony na bieżąco we wszystkich językach kongresowych. Mając przygotowany tekst we francuskim, rosyjskim, angielskim i niemieckim, do prezentacji wybrałem tę wersję. Nie znając obyczajów w IFLA , wydało mi się to ukłonem w stronę gospodarzy. Tam czasem tam bez angielskiego ani rusz. Ja zaś znałem ten język z czasu studiów sprzed parunastu lat. Więc padające pod moim adresem pytania po odczytaniu tekstu tłumaczono mi na język gospodarzy. Na szczęście padło ich raptem dwa czy trzy i jakoś dałem sobie z nimi radę, gdyż niemiecki był mi lepiej znany.
Sesję prowadził właśnie Russell Bowden, który poinformował mnie, że w listopadzie wybiera się do Polski z misja zawarcia umowy między naszymi stowarzyszeniami Powstanie "Solidarności" i nadzieja na demokratyzację kraju czyniła dla Brytyjczyków dodatkowy argument za nawiązanie porozumienia. Powiedział też, że stworzyć w IFLA forum wymiany doświadczeń z działalności stowarzyszeń, właśnie okrągłego stołu i zachęcił mnie do udziału w jego pracach. Nie wiedziałem wtedy, że takie ogniwa są statutowymi formami działalności w ramach IFLA. 

Po powrocie do domu zacząłem uczyć się angielskiego z podręcznika i kaset. Więc gdy przyszło mi witać Russella na lotnisku Okęcie, radziłem sobie już lepiej, a dwa tygodnie jego pobytu i ciągłe wspólne towarzystwo pozwoliło nabrać niejakiej prawy. Było to tym łatwiejsze, że Russell mówił jakby był spikerem w BBC, tak wyraźnie, jak nikt inny, z czyją angielszczyzną w życiu się spotkałem. Odwiedziliśmy razem (i w towarzystwie opiekunki ze strony Ministerstwa Kultury) najważniejsze biblioteki w Warszawie, Jagiellonkę, Bibliotekę Uniwersytecką we Wrocławiu i gościliśmy z żoną i synkami w domu. No i prowadziliśmy formalne rozmowy o przyszłej współpracy, ale jeszcze nie finalne. Wiadomo było jednak, że Brytyjczycy z naszej strony wiele otrzymać nie mogą, tym bardziej, że Stowarzyszenie było "na garnuszku" Ministerstwa Kultury: żyło z dotacji ministerialnych, które władało też paszportami służbowymi zarządu SBP. A samo podlegało decyzjom politycznym partii. Więc żeby zaprosić gościa z zagranicy, trzeba mieć zgodę odpowiedniego departamentu ministerstwa, które zapewniało kwaterę w jednym z hoteli oraz osobę towarzyszącą. Jej zadaniem, najczęściej młodej władającej angielskim dziewczyny, było doprowadzenie gościa z hotelu do miejsca spotkania, oprowadzenie po miastach, pomoc w załatwianiu spraw bytowych (zakupy, impreza kulturalna, np. wieczór w operze),  a jak się niebawem przekonałem, także donoszenie gdzie trzeba w razie czego. Sam zresztą miałem zawsze takie opiekunki (bo trzy naraz) w NRD czy na Węgrzech.
W sierpniu 1982 r. z kolei ja byłem gościem brytyjskiego Stowarzyszenia Bibliotekarzy. Zaczęło się od udziału w dorocznej konferencji Stowarzyszenia w wielkiej sali konferencyjnej jednego z nadmorskich hoteli w Blackpool. I to mi już pozwoliło otworzyć oczy na to, co może znaczyć takie stowarzyszenie i jak działa. Już w pociągu znalazłem znaczących rozmiarów notę o mającym się odbyć w następnych dniach kongresie w "Times'ie", a na bieżąco o obradach informowała lokalna prasa, zamieszczając też zdjęcia, w tym jedno ze mną. Było nas troje przedstawicieli tzw. krajów socjalistycznych, z którymi LA rozpoczynało współpracę, czyli z Polski, Węgier i Chin. Musiałem naprędce obmyśleć speech i chyba nieźle mi poszedł, bom dostał coś, co można nazwać owacją. W kongresie brało udział około tysiąca uczestników.  Bo miał on problem walnego zebrania z udziałem wszystkich, którzy opłacili sobie udział i byli aktualnymi członkami LA. Czyli opłacili na początku roku składkę.
Konferencję prowadził właśnie Russell, a przy stole, przy którym zjadaliśmy posiłki, siedział on, ustępujący prezydent stowarzyszenia, a potem też nowo obrany, oraz goście zagraniczni. Pierwszy raz spotkałem się wtedy, że do śniadania podawano szampana!
Drugi tydzień pobytu spędziłem już w Londynie, codziennie pokonując pieszo niedługi spacer z hotelu w prominentnej dzielnicy Chelsea do siedziby LA, zajmującej kilkupiętrowy biurowiec, w którym, jak mnie informowano zatrudnionych było ok. 90 osób: pracowników biurowych, finansistów, specjalistów z zakresu bibliotekarstwa służących radą i pomocą członkom stowarzyszenia i pracowników wydawnictwa. LA jest czymś, co przypomina polskie korporacje lekarskie czy prawnicze, do którego należą osoby o uznanych kwalifikacjach do wykonywania zawodu. Członkostwo jest przepustką do jego wykonywania. Składki są więc wysokie, płatne raz na rok, w ich ramach członek otrzymuje prenumeratę miesięcznika "Library Association Record", prawo zakupu publikacji z odpowiednią bonifikatą (ok. 20 %) oraz rabatu w opłatach za udział w szkoleniach, seminariach i konferencjach. Stowarzyszenie w efekcie jest organizacją całkowicie niezależną, a jego głos w sprawach publicznych (sprawy kultury, nauki, praw pracowniczych) ma swoją wagę.
Odbyliśmy tam ze dwie tury rozmów o możliwościach i kierunkach współpracy, ale zdałem sobie sprawę, że z pozycji ubogiego krewnego, bo oczywiste było, że np. wymiana publikacji będzie nieekwiwalentna, ale powinniśmy dodawać przynajmniej spis treści książek i czasopism podawać także w wersji angielskiej.
W czasie tego pobytu zadzierzgnęła się moja przyjaźń z Russelem, zwłaszcza, że okazało się, że obaj lubujemy się w muzyce klasycznej. Byliśmy więc razem na wystawieniu "Zmierzchu bogów" Wagnera w Covent Garden z udziałem będącej wtedy u szczytu sławy Joan Sutherland. Zaczęliśmy więc dość intensywnie korespondować, wychodząc poza sprawy czysto zawodowe, a spotykaliśmy się zaś podczas dorocznych kongresów IFLA i zimowo-wiosennych naradach zarządu Okrągłego Stołu Zarządzania Stowarzyszeniami, do którego zarządu zostałem włączony i w ramach którego opracowywałem rozmaite raporty. Korespondencja między nami (przekazałem ją do zbiorów Biblioteki Narodowej) trwała aż do osiedlenia się Russella na Sri Lance.



czwartek, 27 stycznia 2022

Wrocławskie kamienice i pałace

 Moja żona dostała pod choinkę trzecią część książki-albumu wrocławskiej dziennikarki Joanny Mielewczyk o wrocławskich kamienicach i jej mieszkańcach. Zadbałem zresztą o to i o dedykację Autorki dla niej.
Utrzymana w podobnej konwencji, czyli w formie rozmów z obecnymi lokatorami lub ich opowieściami. Ale jednak jest inna. W głównej mierze są tu opowieści o rodzinach polskich i niemieckich i ich mieszkaniach lub willach zbudowanych lub zamieszkałych przed wojną, często jeszcze przed pierwszą.
Lekarzy i adwokatów po latach praktyki z reguły stać było na zamówienie projektów willi według własnych marzeń lub zakupienie jej. Najczęściej na prominentnych w owych czasach Krzykach lub na Zalesiu. Ci, którzy zamawiali sobie projekt, zadbali o mieszkanie lub pokój dla służby, czasem też o  mieszkanie na wynajem lokatorom.
Drobni przedsiębiorcy i robotnicy zależnie od możliwości wynajmowali mieszkania w "dobrych" lub gorszych okolicach miasta.
Autorka poprzedziła rozmowy wstępem, w którym  zarysowała historię tuż powojennych wysiedleń ludności niemieckiej. W ten sposób wyjaśniła dzieje rodzin, które nie zostały wysiedlone. Były to bowiem rodziny polskie lub mieszane niemiecko-polskie bądź osoby, których wiedza i doświadczenie lub znajomość topografii miasta okazały się niezbędne do urządzania tu polskich instytucji lub zakładów rzemieślniczych. Jest też historia młodego Polaka, który został zesłany na roboty do Breslau. Został zatrudniony w fabryce pojazdów bojowych i ulokowany w mieszkaniu, w którym do dziś mieszkają jego potomkowie.
Niemal każda spisana tu historia jest na swój sposób dramatyczna. Przedwojenny restaurator, który mógł zostać po wojnie dzięki znajomości języka polskiego prowadził nadal restaurację, a kamienica w której mieszkał ocalała. Opierał się przed nacjonalizacją, ale wysokie domiary (narzucane krociowe podatki pod byle pretekstem lub nawet bez pretekstu) zmusiły go do zamknięcia restauracji i zatrudnienia się w państwowym zakładzie.
Jest historia przedsiębiorcy, która na pięterku swej willi na Zalesiu ukrywał swoją pierwszą żonę Żydówkę z rodziną, opłacając wysoko postawionych SS-owców za nie podejmowanie szczegółowych przeszukań domu. 


Jest ciekawa historia kobiety, która  zająwszy po wojnie mieszkanie znalazła wśród różnych papierów po niemieckich lokatorach zeszyt ze starannie prowadzonymi zapiskami, z narysowanymi lub wklejonymi obrazkami. Okazało się, że to coś w rodzaju pamiętnika dziewczyny, mieszkającej przed wojną w Zabrzu, przeznaczonego dla jej ukochanego, który został włączony do armii. Dzięki uporczywym staraniom znalazła w Niemczech syna adresata tych z zapisków, a on z kolei dotarł do córki autorki. W podzięce nowo poznani Niemcy podarowali znalazczyni fachowo skopiowaną i oprawioną książeczkę.
Jest historia bogatej rodziny ziemiańskiej, mającej swą siedzibę w Morawie k. Strzegomia, która zbudowała piękną willę,nieomal pałac przy dzisiejszym Pl. Powstańców Śląskich. A pałac w Morawie w 1945 r. posłużył szykującemu się do ucieczki gubernatorowi Hansowi Frankowi jako punkt przerzutu zagrabionych dzieł sztuki. Dzięki czemu opowiadająca historię willi  ówczesna dziewczynka mogła zobaczyć z bliska słynną "Damę z łasiczką" (a faktycznie z gronostajem) Leonardo da Vinci. A całą historię opowiedziała po przyjeździe do Wrocławia, żeby odwiedzić i dobra w Morawie i pałac we Wrocławiu. Teraz już jest znów zadbany, ale w czasie gdy niedaleko stamtąd mieszkałem był szary i nie wzbudził mego zainteresowania.
W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku dawni breslauerzy lub ich potomkowie zaczęli odwiedzać swoje miasto, nierzadko mogli wejść do mieszkań zajmowanych przez polskie rodziny. I w znacznej części dzięki temu, dzięki rozmowom z nimi tu na miejscu lub w miejscach ich obecnego zamieszkania w Niemczech, mogła powstać ta piękna, starannie opracowana księga, obfitująca w liczne fotografie dawnych budowli, ich stanu po wojnie i dziś już w dużej części odnowionych i kolorowych.
Wiosną i latem czekają mnie długie wędrówki po miejscach, które mijałem, a przy ul. Reja nawet przez kilka lat mieszkałem, ale które nie przyciągały mojej uwagi.
Autorka szykuje kolejny tom - o kamienicach lwowskich




piątek, 24 grudnia 2021

Trzy razy wygnany

Wygnano go trzy razy. Po raz pierwszy to była właściwie ucieczka z rodzinnego Poznania przed hitlerowcami i ich legendą państwa pozbawiającego Żydów wszelkich praw. Potem niespełna trzydzieści lat później, kiedy polskie państwo PZPR zarządziło prześladowanie Polaków pochodzenia żydowskiego, pozbawiając ich stanowisk kierowniczych i w ogóle pracy, a w końcu wydając paszporty w jedną stronę. Pozbawiono go wtedy etatu docenta na Uniwersytecie Wrocławskim oraz innych stanowisk. Po raz trzeci kilka lat temu został wygrany niejako symbolicznie, gdy otrzymywał doktoraty honorowe uniwersytetów w całym zachodnim świecie, gdzie cieszył  się sławą wybitnego uczonego, Uniwersytet Warszawski odmówił mu uroczystego odnowienia doktoratu, którym zwykle uczelnie obdarzają wybitne postaci nauki w półwiecze uzyskania na nich naukowego stopnia doktora.

Nie miejsce tu na opis drogi życiowej Zygmunta Baumana zawartych w poświęconych mu książkach, czy wspomnień jego żony Janiny, bo w skrócie można ją znaleźć w Wikipedii. Książka Artura Domosławskiego odsłania wiele dotąd nieznanych faktów o nim, jego rodzicach, dzieciństwie i edukacji w Poznaniu, a potem w Związku Radzieckim dokąd uciekł z rodzicami, gdzie w końcu po latach ciężkiej pracy i głodowania dostał się do szkoły średniej i uzyskał maturę. Potem była służba w wojsku, gdzie  dzięki wybitnym zdolnościom doszedł do stopnia majora, studia i praca naukowa, służenie wiedzą Komitetowi Centralnemu PZPR, wygnanie najpierw do Izraela, a potem  wreszcie znalezienie życiowej przystani na uniwersytecie w Leeds.

 
Ale poza tym autor tej opasłej książki szeroko rozpisuje się o motywach działań bohatera swej książki, o środowisku, życiu towarzyskim,w którym działał, przybliża treść najważniejszych publikacji oraz recepcję jego myśli w świecie. Stara się przy tym na tak daleki obiektywizm, na jak to jest możliwe, wskazując zarówno na uznanie dla jego twórczości naukowej, jak i na ich krytykę.
Mając już doświadczenie z recepcją jego książki o Ryszardzie Kapuścińskim, Domosławski zawiera interesujące uwagi o pisaniu biografii znaczących postaci, w jakim stopniu biografia własnością opisywanej osoby, a w jakim biografisty, zwłaszcza, gdy znało się ją osobiście, o tym, jak głęboko biografista może wnikać w życie osobiste opisywanej osoby, jak zachować w stosunku do niej obiektywizm i czy jest on możliwy. To są uwagi ważne dla każdego, kto ma jakieś doświadczenia w tym względzie lub przymierza się do takiej pracy.
Dużo miejsca autor poświęca ostatnim latom życia Baumana, gdy jako emeryt nie był związany zasadami piśmiennictwa akademickiego, ani samą tylko socjologią, którą badacz od początku swej naukowej aktywności widział szerzej, wchodząc na pola psychologii społecznej, nauk o kulturze i polityki. Znakomicie odczytał wtedy czas, który nazwał płynną rzeczywistością, która zmienia się znacznie szybciej niż dotychczas i zgoła nieprzewidywalny.
Pojęcie płynnej rzeczywistości weszło do słownia badaczy nauk społecznych w świecie. Nie bez pewnej satysfakcji autor pisze, że Bauman z żoną (już wtedy drugą, po śmierci Janiny, z którą przeżył ponad pół wieku uczony ożenił się ze swoja dobrą znajomą, koleżanką z pracy na UW, nb. córką Bolesława Bieruta) został przyjęty na audiencji u papieża Franciszka, a ten czytał jego książki i też posługiwał się w swych pismach i przemowach pojęciem płynnej rzeczywistości.
Ale wtedy właśnie, na fali narastającego nacjonalizmu w Polsce zaczęły znów spotykać go despekty.  Poza tym najbardziej dla Baumana bolesnym nieodnowieniem mu doktoratu na macierzystej uczelni, spotykał się z protestami nacjonalistów podczas jego odczytów na uniwersytecie Wrocławskim i im. Mickiewicza w Poznaniu, oraz wstrzemiężliwością w różnych formach honorowania go. Autor pisze, że tylko jedna, prywatna uczelnia warszawska przyznała mu tytuł doktora honoris causa. Mógł nie wiedzieć, że ten  tytuł nadała mu też Dolnośląska Szkoła Wyższa, co spowodowało w mieście nieprzyjemny dla uczonego rwetes. W tej sytuacji Bauman postanowił nie przyjeżdżać kolejny raz do Wrocławia, o czym powiadomił ówczesnego rektora prof. Roberta Kwaśnicę uprzejmym pismem.
Zresztą, jego pisma cieszyły się dużym zainteresowaniem, by nie rzec atencją wykładowców tej uczelni i polecane były studentom. Stwarzały bowiem kontekst edukacji młodzieży i dorosłych, pomagały znajdować sens życia i rozumieć wyzwania przyszłości. Jako ówczesny dyrektor biblioteki uczelnianej zamawiałem wiele egzemplarzy książek Baumana, a potem też dostępów do wersji elektronicznych.
A i sam się w nich zaczytywałem, o czym pisałem na moim blogu. A niektóre stoją u mnie na półkach.
Miniaturka