wtorek, 14 grudnia 2021

Książka o Słowacji

 Byłem kilka razy w Słowacji, miałem tam przyjaciół we współpracującej z wrocławskim Instytutem Bibliotekoznawstwa Katedrze Księgoznawstwa Uniwersytetu Komeńskiego oraz w słowackich bibliotekach.Co prawda było to dość dawno, w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Mile wspominam moje pobyty w Bratysławie, Popradzie i Koszycach.
Toteż gdy znalazłem chyba w "Angorze" notkę o książce UFO nad Bratysławą Weroniki Gogoli (Czarne, 2021), zamówiłem ją sobie i w try miga przeczytałem. Tytułowe UFO "lata" nad Bratysławą już blisko pół wieku. Jest to przypominająca talerz kosmiczny restauracja umieszczona na wierzchołku pylony mostu na  Dunaju. Rozpościera się z niej widok na miasto po obu stronach rzeki i zdającego się na wyciągnięcie ręki zamku Marii Teresy, górującego nad miastem. Byłem tam jako uczestnik grupy seminarium naukowego. Ale przewodniczka oprowadziwszy nas dookoła wnętrza oznajmiła, że na obiad tam z pewnością nas nie stać i zaprowadziła na obiad do pobliskiej restauracji nad Dunajem, z widokiem na most i na zamek.
Miałem tam zabawny epizod. Otóż teściowa poprosiła o kupno... gumy do majtek, której używała do szytych poszewek na poduszki i fartuchy. Sklep z pasmanterią znalazłem blisko Univerzitnej Kniżnicy (to tylko historyczna nazwa, uniwersytet ma swoją odrębną bibliotekę). Stanąłem w kolejce, a g dy przyszła na mnie kolej, poprosiłem o tę gumę po rosyjsku, gdyż zdawało mi się, że to będzie dla sprzedawczyni bardziej zrozumiały język niż polski. Pani za ladą jednak mnie ominęła i zaczęła obsługiwać następną osobę w kolejce. Stanąłem więc poza kolejką i po chwili zastanowienia znów się w niej ustawiłem. I gdy przyszła znów na mniej kolej poprosiłem o tę gumę po polsku. Pani się uśmiechnęła i po spytaniu jak wiele jej potrzebuję podała dwa pęczki po pięć metrów. Po prostu nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo Słowacy byli antysowieccy. Reżim komunistyczny był tam bowiem dalece trudniejszy do zniesienia, a do tego dołożyła się pamięć interwencji "armii sprzymierzonych" w 1968 r.
Autorka, Polka zamieszkała obecnie w Bratysławie, pisze o Słowacji po 1993 r., gdy stała się ona odrębnym państwem. Co zresztą wydawało się dla Słowacji niekorzystne, gdyż pod względem liczby ludności, zaawansowania gospodarki oraz liczby większych miast, niekorzystne. Był to jakby akt zaspokojenia ambicji liderów grupy polityków, którzy chcieli mieć  swoje państwo i nim rządzić.
Dość groteskowo w oczach autorki wyglądały usiłowania historycznego uzasadnienia ciągłości dziejów narodu słowackiego przez stawianie pomników postaci nie tak znowu świetlanych, żeby uznać ich za bohaterów narodowych i nie  całkiem przy tym słowackich, lecz raczej morawskich. Ale jak wiemy zawsze znajdą się tacy historycy, którzy napiszą historię pod upodobania władzy i artyści, którzy wykonają jej zamówienia. Autor pomnika króla Svatopluka, "przed którym drżał cały świat" wsławił się wcześniej pomnikiem milicjanta postawionym w centrum Bratysławy.
Historia tego samodzielnego już państwa to na przemian rządy nacjonalistów kończące się skandalami (Meciar po zamordowaniu syna prezydenta Kovaca, Fico po zamordowaniu dziennikarza i jego narzeczonej) i demokratów. Tym drugim udało się wprowadzenie Słowacji do Unii Europejskiej, NATO i do zastąpienia korony przez euro. Obecnie znów rządzą demokraci, a prezydent Zuzana Ciaputova  cieszy się rosnącą popularnością.
Oprócz rozdziałów poświęconych historii i charakterystyce Słowaków (ale to kraj, którego część obywateli wciąż mówi po węgiersku, a część swoistą gwarą ukraińską i ma swoje szkoły, mieszkańcy lubują się w pływaniu i surfowaniu, do czego nie trzeba morza, wystarczy duże jezioro, a jest ich trochę w Słowacji) są historię anegdotyczne. Na przykład ta o Janosiku, który był Słowakiem i nie był taki święty (łupił ze swoimi ludźmi przejeżdżających kupców, ale zrabowane towary sprzedawał), ale ma swoją legendę, bo walczył z księciem z austriackiej dynastii Habsburgów.  Polski serial i jego bohater nie przypadł Słowakom do gustu, mówili, że to raczej polski Rambo, a nie ich Janosik.
Autorka wspomina też swój udział w charakterze konsultantki w przygotowywanym w popradzkim teatrze musicalu o... Janie Pawle II. W przedsięwzięciu brali bowiem udział w większości ateiści, łącznie z reżyserem. Spektakl wyszedł dość obrazoburczy, ale publika ciągnęła z obu stron Tatr i  oglądała go z nieudawaną nabożnością.
Słowacja to nasz sąsiad, ale książka Weroniki Gogoli uświadomiła mi, jak mało o nim i jego mieszkańcach wiemy. Teraz wiem o wiele więcej

https://czarne.com.pl/uploads/catalog/product/cover/1396/large_ufo_nad_bratyslawa.jpg


wtorek, 7 grudnia 2021

Wrocławskie kamienice

Jako bibliotekarze emerytowani mamy z zoną ten przywilej, że wciąż możemy pożyczać na dłużej książki z "naszych" bibliotek i nie płacić kary za przetrzymanie. Choć gotowi jesteśmy zwrócić je natychmiast, gdy ktoś  zgłosi pilną potrzebę sięgnięcia do nich lub wypożyczyć. Co nie znaczy, że nie kupujemy sobie nowości, których biblioteki nie zakupią, no nie mają takiej potrzeby.
Ale właśnie skończyłem czytać (i oglądać, bo książka zawiera liczne fotografie, aktualne i archiwalne) tom dwunastu rozmów o tyluż wrocławskich kamienicach. A właściwie o trochę większej ich liczbie, gdyż ich lokatorzy zmienili parę adresów, zanim znaleźli swoje miejsce na (wrocławskiej) ziemi.  Albo już ją opuścili.
Jest to bogato ilustrowany plon radiowych rozmów wrocławskiej dziennikarki Joanny Mielewczyk z mieszkańcami lub wspomnień o nich, opowiedzianych autorce. O tyle bardziej atrakcyjny, że najpiękniej opisane w narracji rozmówców (płci obojga) i autorki ulice, kamienice, klatki schodowe i wnętrza nie oddadzą tego, co można zobaczyć na zdjęciach.
A mowa jest o na ogół o mieszkańcach domów mieszczańskich, dziś nazywanych klasą średnią, z drugiej połowy XIX i pierwszych lat XX wieku, z efektownymi bramami, bogato zdobionymi klatkami schodowymi, z witrażami zamiast zwykłych szyb w oknach, ze stylowymi meblami i budzącymi podziw piecami po - wysoki - sufit. Po wojnie wiele z nich przez lata pozbawione były zewnętrznych ozdób, a nawet balkonów. I w takich kamienicach, które przetrwały cudem bombardowania przez sowiecką armię, która ulica po ulicy docierała do centrum,żeby w końcu spowodować kapitulację Festung Breslau.

Władza ludowa z braku lokali mieszkalnych dzieliła takie mieszkania na kilka mniejszych, przedzielonych byle jak postawionymi murowanymi ścianami,  z tandetnymi kuchniami piecami i ubikacjami po jednej na kilka mieszkań. Przez kilka lat mieszkaliśmy w takim mieszkaniu we cztery rodziny ze wspólną kuchnią i łazienko-ubikacją. Zarówno brama wejściowa, jak i klatka schodowa nosiły jeszcze ślady dawnej świetności. Dziś na zdjęciu z zewnątrz kamienica wygląda trochę lepiej, brama też solidniejsza, ale jak jest w środku?
Bardzo interesujące są, momentami dramatyczne historie ludzi, którzy w większości tuż po wojnie znaleźli się we Wrocławiu, przeszedłszy wcześniej gehennę wojny, hitlerowskie więzienia i obozy, a we Wrocławiu trud odgruzowywania i odbudowy miasta.
Natomiast niektóre z kamienic zdają się dzięki staraniom mieszkańców, administratorów i wrocławskiego samorządu odzyskać dawną świetność.
Są też w  książce kamienice, które tkwią już tylko w pamięci ich lokatorów. Zburzone podczas wojny do szczętu lub zburzone do szczętu już po wojnie, bo Warszawa domagała się cegieł, a "cały kraj odbudowywał swoją stolicę". Dziś w tych miejscach stoją - niezbyt okazałe - "budowle socjalizmu".
Przypominają się studenckie lata, kiedy to nasz przybyły z Łodzi na studia kolega zakochał się we Wrocławiu. Już na pierwszym roku uzyskał uprawnienia przewodnika turystycznego. Na nas, kolegach z roku i z pokoju w akademiku ćwiczył oprowadzanie po mieście. Oczywiście głównie po starówce i jej zabytkach. I barwnie o nich opowiadał, okraszając to anegdotami z tymi obiektami związanymi. Ale w programie wycieczki musiały być też "budowle socjalizmu". Oprowadzał więc nas wzdłuż odcinka dzisiejszej ulicy Piłsudskiego od Dworca Świebodzkiego po ówczesny Plac PKWN oraz pod tzw. "żyletkowiec" przy ul. Grabiszyńskiej. Później żelaznym punktem wycieczek był trzonolinowiec u zbiegu Dworcowej i Kościuszki.
Po lekturze tej książki chciałoby się pójść i zobaczyć kamienice, w pobliżu których mieszkałem w różnych akademikach i które obojętnie mijałem jeżdżąc na zajęcia na uczelni, potem chadzałem w różnych sprawach prywatnych i zawodowych, niektóre zaś omijałem, bo mawiało się, że były niebezpieczne. Teraz zdają się zachęcać do podziwiania i dostrzegania szczegółów, których gdyby nie ta książka, nigdy bym nie dostrzegł.
Ale dopiero gdy zejdą śniegi i znów będzie zielono. A tymczasem zbliża się choinka i trzeci tom "Kamienic" na pewno się pod nią znajdzie. Nie wiadomo tylko, komu się trafi. Ale będziemy ją sobie w rodzinie pożyczać, podobnie jak tom pierwszy.
PS.
Trafił się mojej żonie z dedykacją od autorki



sobota, 4 grudnia 2021

Grzechy główne Kościoła w Polsce

Już ponad miesiąc temu skończyłem lekturę książki Gomora : pieniądze, władza i strach w polskim Kościele (Agora, 2021) duetu Artur Nowak (prawnik) i Stanisław Obirek (teolog).
Autorzy postanowili nie szukać jakichś nowych sensacji, uznając, że bezmiar ujawnionych przez dziennikarzy niegodziwości, których dopuścili się hierarchowie polskiego Kościoła, nie bez przyzwolenia, ale i przykładu kurii Watykańskiej w czasach pontyfikatu Jana Pawła II i Benedykta XVI oraz pobłażliwości obecnego papieża Franciszka I. O tym co się działo na dworze obu pierwszych wymienionych papieży w szczegółach zobrazował Frederic Marcel w książce Sodoma, o której tu pisałem kilka miesięcy temu. Autorzy Gomory poświęcili dużo uwagi wyznaczonemu przez Wojtyłę nuncjuszowi w Polsce abpowi Józefowi Kowalczykowi, poniekąd wbrew tradycji, bo Watykan zwykle wysyłał w charakterze nuncjuszy biskupów i kardynałów spoza kraju, w którym pełnili swoją misję. I to on stał papieskimi decyzjami o nadawaniu sakr biskupich i/lub władań nad diecezjami i archidiecezjami takim - nie waham się użyć słów - kreaturom jak Głódź, Dzięga, Jędraszewski, Depo, Dec czy Tyrawa, żeby nie wydłużać listy. I on patrzył przez palce na szalbierstwa Rydzyka i niewykluczone, że stał za udzieleniem mu audiencji papieskiej. Benedykt XVI był kontynuatorem "dzieła" Jana Pawła II. Próbował ograniczyć bezmiar rozpasania w Watykanie i okolicach, ale zdał sobie sprawę, że ta maszyneria jest nie do zatrzymania i abdykował. Z kolei Franciszek sam owszem nosi się i mieszka skromnie, wykonuje gesty sprawiające  pozory życia w zgodzie z Ewangelią. Próbował też powściągnąć rozpasanie moralne hierarchów, dokonując swego rodzaju czystki w episkopacie Chile. Ale jeśli chodzi o hierarchów polskich przeniósł największego gorszyciela wśród biskupów Jędraszewskiego do Krakowa. Niemal każde jego kazanie to spektakl nienawiści,  Jest coś bardzo wymownego w tym, że tysiące wiernych, nie znających jeszcze wtedy (część do dziś udaje, że nie wie) o grzechach Jana Pawła krzyczała pod jego oknem przy Franciszkańskiej w Krakowie "Zostań z nami", a niedawno pod tym samym oknem tłum zezłoszczonych na Kościół stojący za ograniczeniami praw kobiet rozlegało się wykrzykiwane z setek jeśli nie tysięcy gardeł "Wypierdalaj!".

Zaś nakładane kary na niektórych biskupów budzą tylko złość i zgorszenie. Bo cóż to za kara opuszczenie kurii, zobowiązanie do wynagrodzenia krzywdy według własnego uznania ukaranego, czy zakaz uczestniczenia w ceremoniach kościelnych? A już zwłaszcza, gdy nie są one egzekwowane! Poza tym kuria watykańska nadal jest bezsilna wobec tego, co wyprawia Rydzyk.
W pierwszej cześć książki, zatytułowanej Siedem grzechów głównych Kościoła autorzy zbierają różne niegodziwości, jak dbałość o wizerunek Kościoła nawet kosztem ukrywania trybu życia księży, a zwłaszcza hierarchów i ukrywania księży pedofilów przy zupełnej obojętności wobec losów ich ofiar, ukrywanie majątku , im wyżej w hierarchii tym ściślejsza, wystawne życie biskupów w kręgu służalczych kurialistów, chciwość (istnienie nieoficjalnej taryfy za bierzmowanie, odwiedzanie parafii itd.), posiadanie kochanek itd. i systematyzują jako popełnianie siedmiu grzechów głównych. Choć czasem te grzechy wykraczają poza treść owych grzechów, gdy piszą o operowaniu przez biskupów strachem, lub raczej straszeniem np. zesłaniem księży do biedniejszych prowincjonalnych parafii lub do klasztoru, a księża straszą np. odmową udzielenia sakramentów.
Opisy poszczególnych typów przewin autorzy wieńczą czymś, co nazywają zasadami obowiązującymi w Kościele.
Oto [przykłady pierwsze z brzegu:

Wejście w konserwatywną narrację z naciskiem na seksualność to bardzo często stosowana strategia obronna zdemoralizowanych seksualnie hierarchów.

Pisał o niej też Martel w swojej Gomorze. Albo:

Katolickie wychowanie w modelu grzeczności i usłużności, stosunek dzieci wobec starszych oraz kobiet wobec mężczyzn to jądro przemocy w rodzinach i małżeństwach.

Albo:

Każda władza, a już szczególnie absolutna władza biskupia korumpuje, oducza empatii, tworzy dystans, bo w pałacowej perspektywie nie sposób poczuć zapachu owiec.

Niestety, nie ma tu żadnej zasady do grzechu lenistwa. A piszą tu o zblatowaniu hierarchów z każdą władzą, także PRL-owską, łącznie z licznymi przypadkami delatorstwa oraz o ubóstwie zasobów intelektualnych, które sprawia całkowitą bezradność biskupów wobec pojawiających się problemów, wobec których Kościół powinien sposoby ich rozwiązywania.

Druga część książki, zatytułowana Nadzieja, w której znać rękę teologa, prof. Obirka, w gruncie rzeczy nie daje nadziei. Mowa jest tu o rozmijaniu się biedniutkiej intelektualnie teologii, którą kieruje się polski Kościół wobec myśli Franciszka. Obecny pontifex wskazuje współczesne i przyszłe wyzwania stojące przed Kościołem i jego kapłanami i sam jest na nie otwarty, o czym świadczą jego pisma, wypowiedzi i decyzje dotyczące m.in. różnych modeli rodziny, równych praw dla mniejszości seksualnych, szukanie rozwiązań wobec kryzysu klimatycznego. Polscy biskupi zaś albo ich nie chcą widzieć, a jak niektórzy widzą, to postrzegają je jako zagrożenia dla społeczeństw, w tym wiernych i ich zachowań. Po prostu nie są na nie intelektualnie ani organizacyjnie gotowi. Zostaje więc tylko zaklinać rzeczywistość i straszyć ludzi
Wątlutką nadzieję dają nieliczni intelektualiści w Kościele, którzy chyba przez niezrozumienie tego, o czym mówią i piszą są tolerowani oraz młodsi biskupi, którzy otrzymali sakrę od Franciszka. Na razie jest ich garstka i nie mają chyba żadnego wpływu na to, ci wyczyniają Nominanci Wojtyły.

Cennym uzupełnieniem książki jest rzadka we współczesnym piśmiennictwie bibliografia adnotowana 32 publikacji książkowych polecanych przez autorów oraz liczący ponad setkę wykaż źródeł wykorzystanych w książce.
Gomora. Władza, strach i pieniądze w polskim Kościele





niedziela, 31 października 2021

Andrzej Kłossowski - wspomnienie o przyjacielu

Wnet minie ćwierć wieku od śmierci wybitnego badacza dziejów polskiej książki za granicą w XIX i XX wieku i zarazem mego przyjaciela Andrzeja Kłossowskiego.
Poznałem go chyba w 1973 r., gdy powierzono mi funkcję  sekretarza redakcji najbardziej chyba wtedy prominentnego czasopisma bibliologicznego "Studia o Książce". Opublikowałem już w nim wtedy chyba dwie recenzje, z czego byłem bardzo dumny, wszak napisałem je raptem dwa lata po studiach i to na prośbę mego niedawnego znakomitego wykładowcy, a potem szefa, prof. Krzysztofa Migonia. Ale w ogóle mój dorobek publikacyjny był wtedy nader skromny. W roli sekretarza przyszło mi wnet protokołować posiedzenie Komitetu Redakcyjnego, w skład którego wchodziły tuzy ówczesnego bibliotekoznawstwa i bibliologii, których nazwiska znałem jako autorów publikacji, które gorliwie śledziłem jako świeżo upieczony nauczyciel akademicki. Protokołując nie potrafiłem wtedy kojarzyć twarzy z nazwiskami. Ale prowadzący posiedzenie jako redaktor naczelny mój mistrz prof. Karol Głombiowski ułatwił mi pracę udzielając głosu dyskutantom z podaniem ich nazwisk.
Wśród zebranych był Andrzej Kłossowski, którego nazwisko już znałem jako autora książki o Księgarni Luksemburskiej w Paryżu, którą utworzył i prowadził syn Adama Mickiewicza Władysław. Został powołany do rady jednocześnie jako przedstawiciel Ministerstwa Kultury, w którym wtedy pracował.
Wiedział, że członkowie Komitetu Redakcyjnego, z wyjątkiem redaktora naczelnego, jego zastępcy i sekretarza, nie mają prawa do egzemplarzy kolejnych tomów, ale wiedział też, że jako sekretarz redakcji mam do rozdysponowania bodaj   30 egzemplarzy z przeznaczeniem na wymianę międzybiblioteczną. Rozsyłałem je więc do bibliotek ośrodków kształcenia bibliotekarzy, które miały swoje biblioteki oraz do większych bibliotek naukowych nie mających prawa do egzemplarza obowiązkowego. Zasugerował mi jednak, że stworzy filię Uniwersytetu Bayobong z siedzibą w Warszawie, pod jego prywatnym adresem domowym. Po konsultacji z zastępcą redaktora naczelnego poszedłem na to. I wysyłałem mu co roku kolejny tom, a on je kwitował "urzędowymi" pismami, które pisał na maszynie na zaprojektowanym przez siebie papierze firmowym, stosując polszczyznę kogoś, kto z trudem oswaja się z językiem polskim. Bo w ogóle miał fantastyczne poczucie humoru. Po kilku latach przeniósł się do Biblioteki Narodowej i jako jej sekretarz naukowy rewanżował się tomami "Rocznika Biblioteki Narodowej", której też został sekretarzem redakcji. 


Bywał też regularnym uczestnikiem konferencji naukowych organizowanych przez Instytut Bibliotekoznawstwa, w którym pracowałem jako asystent, a potem adiunkt. Prezentował referaty ze swego warsztatu naukowego, a zajmował się historią, a potem też dniem dzisiejszym książki polskiej na obczyźnie. Na jednej z konferencji przedstawił właśnie warsztat badacza tej książki oraz problemy związane z jej badaniem. Jakoś ok. 1980 r. Andrzej zrobił doktorat u swego mistrza,  sędziwego już wtedy prof. Ksawerego Świerkowskiego. Podstawą była pewnie, nie pamiętam, monografia kolejnej polskiej oficyny wydawniczo-księgarskiej za granicą. Utrzymywał zresztą serdeczne relacje z polskimi drukarzami, księgarzami, wydawcami i bibliotekarzami w całym świecie.
Przełomowy moment naszej przyjaźni, także z jego żoną Małgorzatą, dyrektorką biblioteki w Ministerstwie Pracy (z wszystkimi zmianami jego nazw), nastąpił, gdy  w 1981 r. zostałem wybrany na przewodniczącego Zarządu Głównego Stowarzyszenia bibliotekarzy Polskich. Dostałem od nich obojga serdeczny i zarazem zabawny list, w którym zaoferowali mi możliwość kwaterowania u nich podczas mych przyjazdów do Warszawy. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że przyjdzie mi tam bywać tak często na dzień, dwa, a czasem trzy. Do listu dołączona była wizytówka w kształcie karneciku. Na pierwszej stronie był mój adres służbowy siedziby SBP, na drugiej służbowy w moim miejscu pracy, na trzeciej mój adres prywatny, a na czwartej adres mojej prywatnej rezydencji w Warszawie, czyli ich adres domowy.
Był to dla mnie duży zaszczyt, gdyż podobną zażyłością z Kłossowskimi cieszyli się i pysznili tylko nieliczni moi koledzy w instytucie, niedawni moi wykładowcy.
Oczywiście starałem się nie nadużywać gościnności Małgosi i Andrzeja. Ale przez osiem lat mniej więcej raz w miesiącu kupowałem butelkę wódki lub winiaku, piłkę tenisową i jechałem do nich na Służewiec Przemysłowy. Były kanapki, nierzadko coś na ciepło i biesiadowaliśmy bywało do północy. A pokoik biurowy gospodarza służył mi za sypialnię. Wyprowadzaliśmy wspólnie ich jamnika Aneksa (a gdy wpadł pod auto, jego następcę Aneksa II) na spacer, a pies bardzo mnie polubił. Podbiegał do mnie, kładł piłkę tenisową na kolanach i czekał, kiedy ją rzucę. Więc rzucałem. Dywan w pokoju nie bł przyciśnięty żadną nogą stołową, krzesłem czy fotelem, więc fruwał często w powietrzu, co nie budziło zachwytu gospodyni.
Zdarzyło się kiedyś, że z dwóch następujących po sobie wieczorów u Kłossowskich wyjeżdżałem z nową, liczącą niespełna 200 stron  książką Andrzeja. Bodaj o drukarzu Anatolu Girsie. Oczywiście z dedykacją. Andrzej opowiedział przy okazji, że napisał najpierw obszerny artykuł o drukarzu, ale jako sekretarz redakcji "Rocznika Biblioteki Narodowej" odrzucił go jako zbyt obszerny. Więc nieco go skrócił i opublikował jako... książkę! Cały Andrzej!
Z tym dorobkiem awansował na zastępcę dyrektora Biblioteki Narodowej. Ale uzyskawszy habilitację, zrezygnował z tej funkcji, zadowalając się stanowiskiem kierownika stworzonej przez siebie Pracowni Badań nad Polską Książką za Granicą. W tej roli zainicjował znakomitą serią książek o zbiorach zagranicznych w bibliotekach polskich. Jednocześnie podjął pracę jako profesor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.  Wypromował kilka roczników absolwentów bibliotekoznawstwa, a jego erudycyjne wykłady, wygłaszane z właściwą mu błyskotliwością i humorem cieszyły się znakomitą frekwencją.
Z czasem zaprzyjaźniliśmy się rodzinnie, czyli do kręgu przyjaciół  doszła moja żona i Kłossowscy bywali u nas w domu, a my oboje u nich.
W latach dziewięćdziesiątych bywałem u nich już rzadziej, gdyż po dwóch kadencjach jako przewodniczącego stałem się tylko członkiem Zarządu Głównego, ale i jako przewodniczący dwóch komisji stałych oraz juror Nagrody Naukowej SBP. W którym zresztą zasiadał też Andrzej.
Długo walczył z nałogiem palenia, które zalecali mu lekarze, bo miewał problemy z sercem. Najpierw żartował sobie, że rzucanie palni to żadna sztuka. Rzucał je bowiem wiele razy. Ale w końcu, nie bez problemów, rzucił.
I zupełnie najniespodziewaniej ostatniego dnia stycznia 1997 r. zatelefonowała Małgosia, że Andrzej zmarł. Jak się potem dowiedziałem, poczuł się źle w pracy i za radą podległej mu pracownicy nie czekając końca dnia pracy pojechał do domu. Małgosia powróciwszy ze swojej pracy zastała go martwego.
Długo zbierałem się z napisaniem o Nim. Ale w końcu uznałem, że Święto zmarłych, w ćwierćwiecze po śmierci będzie taką okazją.
Nie mam Jego zdjęcia. Andrzej nie lubił pozować do zdjęć.  Miałem kopię jednego z listów, którego oryginał już dawno przekazałem do Biblioteki Narodowej. Muszę go jednak wśród moich szpargałów odnaleźć. Może, wraz z wieloma innymi jego listami posłuży do rzetelnej biografii tego wybitnego bibliotekarza i bibliologa.






piątek, 1 października 2021

Sady i ogrody w poniemieckich gospodarstwach

 Przy większości poniemieckich gospodarstw rosło po parę drzew owocowych, które tu i ówdzie zasługiwały na miano sadu.
Tak było w gospodarstwie rodziców. Na ogrodzonej parkanem około ćwierćhektorowej łączce rosły trzy jabłonie, dwie grusze, chyba cztery śliwy i jedna dość rachityczna wiśnia. Dwie rozłożyste jabłonie rodziły niewiele jabłek, a jedna z nich właściwie tylko co drugi rok. Nie znałem się na rodzajach jabłek, starsi mawiali, że kosztele. Owoce były duże, kolorowe i słodkie. Część zjadaliśmy, a co się przed nami udało uchronić, tata zakopywał w pszenicy na strychu i wytrzymywały do świąt Bożego narodzenia. Druga rodziła jabłka późnym latem lub zgoła jesienią. Przypuszczalnie były to jonatany. Owoce były kwaskowate. Mama robiła z nich mus na jabłecznik lub na nadzienie do pieczonych w piecu nadziewanych bułeczek, które nazywaliśmy pieczonymi pierogami. Trzecia to była dość młoda papierówka. Rodziła obficie i zrywaliśmy owoce nie czekając aż dojrzeją. Bo słodkie stawały się przysmakiem dla robaków.
Jedna grusza rodziła klapsy. Druga późno owocowała,a owoce smakowały dopiero, gdy miąższ zaczynał brązowieć. Wiśnia rosła tuż przy murze części mieszkalnej domu, a że zasłaniała okno, tata regularnie przycinał jej gałęzie. Owoców, szklanek, wystarczało właściwie tyle, żeby je na bieżąco zjeść.
Śliwy w części rosły w sadzie, a w części w ogródku. Rodziły węgierki i podobne w kształcie i smaku śliwki w kolorze żółtym. Tylko miąższ tak łatwo nie odchodził od pestek. Na bieżąco były jedzone, mama robiła knedle (jak to u nas nazywane pierogami), a poza tym smażone były na powidła. Pamiętam, że tu i ówdzie pędzono ze śliwek bimber.
Z wszystkich zabiegów sadowniczych znany był tylko jeden: bielenie wapnem pni drzew owocowych późną jesienią. Kiedy zaczynały się mrozy, pnie jabłoni ogacane były słomą. Tata zostawiał dwa snopy zboża, które na Boże Narodzenie stawały w kącie pokoju, a potem wracały do stodoły, żeby ewentualnie wykorzystać je do ogacenia drzew w sadzie. Słoma była prosta, więc nadawało się do tego celu.
Wzdłuż płotu odgradzającego sad od drogi, a właściwie szerszej ścieżki wijącej się przez środek wsi, rosły krzewy malin, zaś w poprzek sadu, dzieląc go na dwie części, rosły krzewy czerwonych porzeczek i agrestu.
Porzeczki rosły też wzdłuż drucianego ogrodzenia przydomowego ogródka.
Trawa między drzewami była wypasana przez domowe zwierzęta. W niektórych gospodarstwach między drzewami stało kilka lub kilkanaście uli pszczół.


A w ogródku rosły też różne kwiaty ogrodowe: piwonie, mieczyki, astry i inne. Latem mama na niedzielę cięła je na bukiet i stawiała na stół.
A pośrodku było kilka grządek warzyw: marchewki, pietruszki, koperku, czosnku i chyba też sałaty.
Oprócz tego w gospodarstwach były ogrody warzywne. W naszym rosła kukurydza, wczesne ziemniaki, groch, fasola, ogórki, pomidory (ach, jak pachniały, gdy zaczynały dojrzewać!),dynie, słoneczniki, rzodkiew i mak. Młoda kukurydza była często gotowana i był to dla nas przysmak. Lubie do dziś. Dojrzała, gdy łodygi już obsychały, była łuskana (brało się dwie kolby ocierały z pewnym naciskiem jedna o drugą i sypało się ziarno. Na mąkę kukurydzianą, ziarnami podlejszego gatunku, z końcówek kolb, karmiło się kury. Rzucając po prostu przed nie takie nie do końca obłuskane kolby. Resztki szły na gnojowisko i razem z obornikiem stawały się nawozem.
Nikomu w latach pięćdziesiątych na wsi mak nie kojarzył się z narkotykiem. Chociaż według opowieści mego wuja gdy byłem mały mama robiła wywar z makowin, polewała nim łyżeczkę cukru, zawijała to w bawełnianą szmatkę i robiła z tego swego rodzaju smoczek. Powodował on, że zasypiałem i spałem do obiadu, a rodzice mogli iść w pole. Drugi taki dostawałem po obiedzie i spałem do wieczora.
A w ogóle jako dzieci wysypywaliśmy z makowin ziarenka na dłoń i zjadaliśmy. Były lekko gorzkawe, ale bardzo nam smakowały. Jesienią jednak po prostu wyłamywało się główki i ziarno wysypywało do garnków, a z nich przesypywało do bawełnianego worka. Służył do posypywania  chleba, bułeczek i rogalików, po utarciu w makutrze, do wypieków jako nadzienie, bo mama piekła też pyszne bułeczki nadziane utartym makiem, placek makowy i oczywiście makowiec, nazywany w naszych stronach zawijańcem. A na wigilię utarty mak służył jako składnik kutii.
Zdarzało się też, że mama odważała kilogramowe porcje wsypywała do bawełnianych, szytych przez siebie woreczków i wraz z innymi produktami rolnymi woziła do miasta na targ.
Z całą pewnością pewnością sad, nazywany przez rodziców, a w konsekwencji i przez nas, dzieci, sadkiem, oraz przydomowy ogródek były kontynuacją działalności gospodarzy niemieckich. Podobnie było w przypadku innych gospodarstw. Tyle, że powoli podupadały, co było widać zwłaszcza po ogrodzeniach, które tam, gdzie było to konieczne, było łatane, gdzie ogrodzenie zdawało się niekonieczne, murszało lub było do końca rozbierane. Drzewa owocowe były przycinane tylko w razie uschnięcia  gałęzi. A gdy drzewo uschło całe, z ziemi wystawał karcz. A jabłonie rodziły coraz mniej owoców.
Na tym tle wyróżniało się tylko gospodarstwo kierowniczki szkoły i jej męża oraz plebania. Acz i tu z latami dawał się we znaki brak środków na remonty. Widać było jednak staranność w utrzymaniu tego, co się zastało.