środa, 4 czerwca 2014

Odjazdowi bibliotekarze Wrocławia pojadą po raz czwarty.

Inicjatywa koleżanek z Biblioteki łódzkiej Wyższej Szkoły Pedagogicznej sprzed kilku lat nabiera stale impetu. Z każdym rokiem mapa Polski coraz gęściej usiana jest punktami, którymi zaznaczono miejsca przejazdu barwnej kawalkady rowerzystów odzianych w kasaki lub koszulki z nadrukiem "Odjazdowy bibliotekarz" i logo imprezy.
We Wrocławiu taka kawalkada, organizowana przez koleżanki z naszej biblioteki, ruszyła pierwszy raz trzy lata temu sprzed Biblioteki Uniwersyteckiej i dojechała do Wyższej Szkoły Ewangelikalnej. Rok później z tego miejsca wystartowała i dojechała do biblioteki Uniwersytetu Ekonomicznego, a rok temu stamtąd ruszyła, by w obawie przed ulewą dotrzeć do Dolnośląskiej Szkoły Wyższej. Zrozumiałe więc, że tym razem biblioteka tej uczelni będzie miejscem startu.W sobotę 14 czerwca o 14.00. Meta zaś nie przy żadnej bibliotece ani uczelni, lecz na czynnej od niedawna marinie na Odrze na osiedlu Kozanów, w pobliżu komendy Policji.
Ale czytanie będzie! I to głośne, które organizuje Fundacja Domek Kultury, znana z tego, że organizuje akcje czytania dla dzieci w różnych miejscach Wrocławia. Dlatego w tym roku na imprezie milej niż zwykle widziane będą dzieci. Wskazane jest też zabranie ze sobą książek - dla dzieci i dorosłych -  na wymianę z innymi uczestnikami imprezy.Będą też warsztaty, w ramach której doświadczeni specjaliści rehabilitacji, współpracujący z wyczynowcami, będą uczyli zasad rozgrzewki przed dłuższymi wyprawami rowerowymi, wykorzystania roweru jako urządzenia do ćwiczeń oraz  unikania lub rekompensowania większych obciążeń związanych z jazdą rowerem.
Chętni będą mogli bezpłatnie popływać sobie kajakami. No i będzie wspólne grillowanie i biesiadowanie, a także rozdanie upominków. Ja tradycyjnie funduję nagrodę dla rowerzysty(ki), który dotrze na metę jako ostatni. Ale nie później niż pół godziny po przybyciu całej kawalkady. Uznałem, że wobec tego, że każdy już w domu jakąś książkę ma, będzie to butelka wina bordeaux.
Jeśli ktoś zechce dowiedzieć się więcej, zachęcam do odwiedzenia strony www naszej biblioteki: www.biblioteka@dsw.edu.pl

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Kraków, Związek Radziecki i znów Kraków. Henryk Markiewicz opowiada

Niedawno pisałem tu o wspomnieniach Zygmunta Blumenfelda, starszego o dziewięć lat lat kuzyna Henryka Markiewicza i ich wspólnej odysei od Krakowa przez Lewów, Syberię do Uzbekistanu. Tam ich drogi się rozeszły, gdyż starszy z nich dostał się do armii gen. Andersa, a młodszy miał mniej szczęścia.
Dziś  przeczytałem - od początku do końca - wywiad-rzekę, którą na początku obecnego stulecia przeprowadziła z samym Henrykiem Markiewiczem, zmarłym niedawno wybitnym teoretykiem i historykiem literatury, znanym szerzej jako autor \zbioru cytatów i aforyzmów "Skrzydlate sowa".  Poznałem dzięki temu dalsze jego losy w Związku Radzieckim oraz dzieje powojenne. Jeśli to, że osiadł w Krakowie do końca swego długiego życia nazwać dziejami.
Urodzony w 1922 r. w spolonizowanej rodzinie żydowskiego współwłaściciela firmy zajmującej się importem alkoholi szybko posiadł umiejętność czytania i zanim zastała go wojna miał za sobą  lekturę całej niemal klasyki literackiej polskiej i europejskiej oraz cały szereg publikacji w prasie codziennej i literackiej. Podpisywał je na ogół kryptonimami i nie zdradzał swego wieku, w obawie, że zostałyby odrzucone.  Na zsyłce, która była następstwem odmowy przyjęcia obywatelstwa radzieckiego, z konieczności nauczył się rosyjskiego i czytał, co mu wpadło w ręce, nie wyłączając tekstów Lenina, Stalina i Plechanowa.
Kiedy armia Andersa  opuściła Związek Radziecki zaczął się okres głodowania, w wyniku czego zmarł jego ojciec, on sam zaś z ledwością uszedł z życiem trafiwszy do szpitala,  gdzie najpierw został odkarmiony, a potem wyleczony, najpewniej z tyfusu. Zanim szpital został zlikwidowany już jako ozdrowieniec za dodatkowe dwie kromki chleba z omastą pracował jako noszowy, a potem nocny stróż.A że przybywało dzieci, stworzono przy szpitalu ochronkę, a Markiewiczowi zaś, z uwagi na oczytanie i kulturę słowa powierzono zadania wychowawcy. Gdy powstał i został uznany przez Stalina (inni twierdzą, że został z jego inicjatywy stworzony) Związek Patriotów Polskich, ochrona przekształcona została w szkołę podstawową z językiem polskim, a Markiewicz został nauczycielem .Musiał radzić sobie z nimi mając tylko własną pamięć szkolnego elementarza, własnych lektur oraz  pisanych jeszcze w Krakowie rozprawek o poszczególnych wybitnych pisarzach.

czwartek, 29 maja 2014

Szewach Weiss o sobie, Izraelu i sławnych Zydach

Szewach Weiss, urodzony w Borysławiu w Galicji w rodzinie żydowskiej przetrwał lata wojny dzięki pomocy polskich rodzin. Jako dziecko po krótkim pobycie we Włoszech w obozie przejściowym osiadł ostatecznie w Izraelu.Tam ukończył szkoły studia i zaczął robić karierę naukową jako politolog i zarazem karierę polityczną, dochodząc do stanowiska marszałka Knesetu, a potem jeszcze ambasadora Izraela w Polsce na początku bieżącego stulecia. Mimo podeszłego wieku (dobiega osiemdziesiątki) wciąż jest czynny w życiu politycznym i dość regularnie przybywa do Polski, gdzie jest cenionym komentatorem spraw Bliskiego Wschodu. Tym bardziej, że dobrze - i barwnie -  mówi po polsku.
Tytuł jego książki "Ludzie i miejsca" jest bardzo adekwatny do zawartości. Autor wspomina tu miejsca, w których znalazł się w swoim długim życiu oraz ludzi, z którymi się w ciągu swojej kariery naukowej i politycznej zetknął. W ostatniej części zaś pomieścił zwięzłe sylwetki Polaków żydowskiego pochodzenia lub tylko z Polski pochodzących, wcześniej publikowane w prasie polskiej, głównie w "Rzeczpospolitej".  Dla kogoś, kto już o narodzie żydowskim, jego dziejach i wybitnych przedstawicielach wie to i owo jest ta ostatnia część jest najmniej interesująca.
Zdecydowanie ciekawsze są relacje z rozmaitych miejsc na całym świecie i spotkań ze współczesnymi znakomitościami tego świata. Z czułością wspomina odwiedzane swoje rodzinne strony, ludzi, dzięki którym przetrwał z rodziną wojnę. Potwierdza to, co wspominają inni. O ich ukrywaniu się wiedziały tylko osoby wtajemniczone, musieli się chować (m.in. w specjalnej skrytce między dwiema ścianami, z których jedna była dobudowana tak blisko wzdłuż tej już stojącej, żeby sprawiały razem wygląd grubszego muru)   przed każdym, kto odwiedzał gospodarzy.
Najciekawsza dla mnie jest pierwsza część książki, w której autor krótko i barwnie pisze o powstawaniu państwa Izrael, jego krótkiej historii i o twórcach tego państwa. W znakomitej większości urodzonych w Polsce  i rozmawiających ze sobą po polsku. Autor miał nadzieję, że państwo Izrael ułoży sobie pokojowe relacje z sąsiednimi państwami oraz z Palestyńczykami. Za kres nadziei uznał wzniecone m.in. przez obecnego premiera, demonstracje i seanse nienawiści przeciw premierowi państwa Icchakowi Rabinowi, zakończone zamachem na jego życie w 1995 roku. Do dziś gniewają go i budzą smutek wszelkie przejawy wrogości i agresywności polityków izraelskich wobec ludności arabskiej.
Napisana ze swadą książka uzupełniona jest dość bogatym zestawem fotografii. Choć ma  ona charakter popularny nie zawadziłby tu indeks nazwisk. Tym bardziej, że pojawia się ich wiele.
Zamknąłem ją z poczuciem, że wzbogaciłem swoją wiedzę o państwie Izrael, jego polityce wewnętrznej i relacjach zagranicznych oraz o niektórych wielkich tego świata. Gdyby tak jeszcze udało się spełnić marzenie o zobaczeniu tego kraju!

okładka

poniedziałek, 26 maja 2014

Czym jest ateizm

Przeczytałem książkę, niegrubą "ateizm" brytyjskiego filozofa Juliana Bagginiego (Warszawa : PWN, 2013). Czytałem z radością, jaka daje podążanie za myślami wytrawnego filozofa, który stara się dociec istoty poruszanych kwestii, odsłaniając logiczne mechanizmy wnioskowania i zarazem jakby zatkać dziury tam, gdzie czytelnikowi może zdawać się, że coś nie zostało dostatecznie wyjaśnione i uargumentowane.
Autorowi towarzyszyły dwa cele: wyłożenie istoty ateizmu oraz wyposażenie ateistów w narzędzie do dyskutowania z deistami, których nazywa czasem antyateistami.
Chociaż w końcowym rozdziale przytacza zdanie znanego filozofa religii Alvina Plantingi, który kwestie istnienia Boga czy bogów nazywa wiarą, rozumianą jako "specjalne źródło wiedzy, do której nie można dotrzeć na drodze czysto rozumowej". I pisze, że skoro wewnętrzne przekonanie jest podstawą przeświadczeń religijnych, to nie ma sensu dowodzenie ISTNIENIA Boga. Traci też sens atakowania wierzących przez ateistów dowodami, które mają podważać przyczyny ich wierzeń, skoro nie są to przyczyny prawdziwe. Nie trzeba dodawać, że w zależności od regionu świata zamieszkiwanego przez wyznawców istnienia Boga, jego wyobrażenie jest inne. I każdy kościół uważa, że to jego Bóg jest ten prawdziwy.

czwartek, 22 maja 2014

Julian Fercz

Znów przychodzi mi pisać o kimś bliskim w czasie przeszłym. Dziś rano ktoś niepodpisany imieniem i nazwiskiem, ale najwyraźniej w poważnym tonie przekazał mi informację o śmierci Pana Juliana Fercza, informując zarazem o terminie pogrzebu.Nie mając zapewne innego kontaktu, napisał to pod moim poprzednim wpisem, tym o książce Oksany Zabużko.
Może kogoś zdziwi, że o kimś bliskim piszę per Pan. Bo - powinienem zaznaczyć - mimo pewnej zażyłości tak się do siebie nawzajem zwracaliśmy od prawie pół wieku. Był bowiem moim wykładowcą. Na I roku studiów miał dla nas wykłady z historii bibliografii. Dość erudycyjne, nasycone licznymi nazwiskami i tytułami, które podawał dość jednostajnym głosem. I właściwie bez chwili wytchnienia. Wchodził do sali wykładowej, obliczonej na mniej osób niż liczył nasz rocznik, jakby układający harmonogram z góry zakładał niepełną frekwencję, i zaczynał mówić już od drzwi. Ale jako egzaminator był łagodny, uprzejmy i rzeczowy.
Potem sam pracując jako wykładowca polecałem studentom lekturę opracowanego przezeń wspólnie z Aleksandrą Niemczykową skryptu "Wstęp do nauki o książce i bibliotece", który doczekał się pięciu czy nawet sześciu wznowień.
Przestaliśmy się jednak widywać. Podobno zatrudnił się w którejś z wrocławskich bibliotek uczelnianych. Ponownie pojawił się w moim krajobrazie dzięki informacji, że na początku lat 80tych został w wyniku konkursu dyrektorem owoczesnej Akademii Ekonomicznej. Dowiadywałem się też, że bywał regularnie obecny na procesach działaczy opozycyjnych, Frasyniuka, Bednarza i innych. To z pewnością zaważyło na tym, że na jednej kadencji się jego dyrektorowanie skończyło.
A że była możliwość zatrudnienia Go w Bibliotece Uniwersyteckiej, gdzie trzeba było przyspieszyć opracowanie zbiorów zabezpieczonych, więc się nie wahałem i powierzyłem mu funkcje kierownika sekcji w Oddziale Alfabetycznego opracowania Zbiorów. Tym bardziej, że Pan Julian biegle władał kilkoma językami. Słyszałem, że jako dziecko długo chorował i dla zabicia czasu uczył się języków obcych. Slyszałem go zresztą "w akcji", wygłaszającego referaty i żywo dyskutującego po niemiecku i angielsku. Niewtajemniczonym należy się informacja, że zbiory zabezpieczone w Bibliotece Uniwersyteckiej to były głównie zbiory dawnej Biblioteki Miejskiej oraz innych bibliotek i księgozbiorów prywatnych głównie z terenu Dolnego Śląska, po wojnie wcielone t tworzącej się właśnie Biblioteki Uniwersyteckiej. Pod jego kierunkiem prace wyraźnie przyspieszyły. Ale po dwóch chyba latach pojawiła się potrzeba obsadzenia zwolnionego stanowiska zastępcy dyrektora, odpowiedzialnego za funkcjonowanie oddziałów zbiorów specjalnych. I tam sobie znakomicie radził. Był bowiem nie tylko wytrawnym fachowcem, co mu pomagało, bo miał autorytet w gronie wielu wybitnych pracujących tam bibliotekarzy, ale umiał ich słuchać, nie bał się zasięgać ich zdania, ale decyzje podejmował suwerennie i bez ociągania.
W 1990 r. zmontowało wokół nas aferę, w wyniku której obaj straciliśmy stanowiska. Jak później przyznał ówczesny rektor uniwersytetu, w nowych uwarunkowaniach politycznych chciał dać dyrektorskie stanowisko swemu poplecznikowi. Który, jak się później okazało, całkiem dobrze sobie radził. W przeciwieństwie do rektora, który został zdymisjonowany przed końcem kadencji. Pan Julian został w bibliotece na szeregowym stanowisku, ja jednak wybrałem własną drogę. Pracował tam do emerytury, a potem jeszcze kilka lat w niepełnym wymiarze czasu pracy.
Spotykaliśmy się jednak od czasu do czasu przy piwku, ale także na spotkaniach naukowych utworzonego w 1990 roku Polskiego Towarzystwa Bibliologicznego. Przez jedną kadencję, na początku obecnego stulecia wspólnie przewodniczyliśmy Oddziałowi Wrocławskiemu PTB, Pan Julian jako prezes, ja jako jego zastępca.
Kierując w tym czasie Biblioteką Dolnośląskiej Szkoły Wyższej zapraszałem go z racji tej funkcji, ale też z szacunku dla jego dorobku i zaangażowania, na organizowane przez nas konferencje naukowe. Gwarantował bowiem, że w wyniku sumiennego słuchania wystąpień postawi pytania i zainicjuje tym sposobem dyskusję. I zawsze tak było.
Kilka lat temu zaszczycił nasz rocznik na spotkaniu w 40-lecie ukończenia studiów. Znakomicie się czuł w naszym towarzystwie, a mnie po cichu się zwierzył z podziwu, dla rzeczywiście nieprzemijającej urody moich koleżanek. One zaś zgodnie stwierdzały, że wyglądał jak wtedy gdy miał dla nas wykłady, przed półwiekiem.
Już jako emeryt wczuł się, podobnie jak ja, w losy pracowników Biblioteki Uniwersyteckiej, z których wielu doznało krzywd ze strony obecnej dyrekcji, tracąc kierownicze stanowiska,  przenoszonych z działu do działu bez wyraźnego dania racji lub zgoła pozbawianych pracy. Konsultowaliśmy się zresztą wzajemnie w tych sprawach.
Ostatni raz był u mnie w bibliotece w tej sprawie jakieś półtora roku temu. Zaowocowało to publikacją jego artykułu w "Bibliotekarzu". Replika, z jaką się spotkał była niesmaczna. Wyrzucano mu podeszły wiek i wyrażano bezsilność, że jako emeryta nie można go już w żaden sposób "postawić do pionu".
Ostatnio zaczęło mnie niepokoić jego milczenie.  Kilka dni temu wysłałem do Niego maila. Bez odpowiedzi. Co prawda Pan Julian nie zwykł odpowiadać natychmiast, więc czekałem. Odpowiedź przyszła skądinąd i nie taka, jaką sobie obiecywałem.