niedziela, 9 marca 2025

Praga i... Lwów

Jeszcze w grudniu kupiłem powieść nieżyjącego już od 40 lat czeskiego pisarza Oty Filipa, jak wielu innych zmuszonego przez władze komunistyczne do emigracji. I jak wielu innych osiadłego w Niemczech.
Jego powieść
Cafe Slavia,
opublikowana w 1974 r. nie miała szans ukazania w Czechosłowacji. Zaczyna się niewinnie. Oto narrator przechodząc codziennie przez Most Karola, nadkładając drogi, bo lubi ten most, zaczepiony jest przez starszego mężczyznę. Traktuje  go opryskliwie, ale w końcu nawiązują rozmowę. Ów nieznajomy twierdzi, że obserwuje narratora od dwudziestu lat i okazuje się, że zna adres jego zamieszkania. I że właśnie w nim w 1912 r. miał okazję widzieć i słuchać przemawiającego... Lenina. I od tego czasu on już, zdeklasowany austriacki hrabia Nikolaus Belecredos przejmuje narrację opowiadając w ciągu kolejnych, trwających pięć lat historię swego życia, ujmując ją w sumie w 82 opowieści.
Jako dziecko zadziwił się znajdującym się tuż przy moście przed pierwszym gmachem uniwersytetu, pomnikiem cesarza Karola. Otóż zdało mu się, że z cesarskiej szaty sterczy wycelowany na południe odlany z żelaza penis. Ale patrząc nań z innej perspektywy widać, że cesarz trzyma zwinięty w rulon akt ustanowienia uniwersytetu.
Pierwszą boną młodego arystokraty była fałszywa, jak się później okaże księżna Myszkina. Czytając mu baśń i kiedy doszła do zdania, że krasnoludki roześmiały się na cały głos ha, ha, ha, według niej brzmiało to ga, ga ga. I w ogóle bardzo do tej głoski wymawianej jako "g" przywiązywała wagę.
Potem już takich zabawnych historii nie ma.  Hrabia wiodący żywot birbanta miewał rozmaite romanse, a czasem tylko przypadkowy seks, został ojcem kilkorga dzieci, nie poczuwając się do ojcowskich zobowiązań. Pomieszkiwał w kilku swoich pałacach w Pradze i na prowincji. Często bywał w mieszkaniu, gdzie gromadzili się czescy i austriaccy lewicowcy i anarchiści i tam widział przemawiającego Lenina. Miejscem niemal codziennych bywań była też tytułowa Cafe Slavia, gdzie w samo południe siadywał przy tym samym stoliku i obsługiwany był przez tego samego kelnera, który stał się powiernikiem jego radości i trosk.
I ta kawiarnia i kelner Anton przez dziesiątki lat była stałym punktem, stanowiącym punktem , w którego tle toczyła się historia: I wojna, ustanowienie państwa Czechosłowacji, druga wojna, a po niej komunistyczne rządy. Nowe państwo potrzebowało gmachów na potrzeby publiczne. Hrabia Belecros oddał na potrzeby ambasady Chun swój pałac, sobie zatrzymując kilka pokojów, które stały się jego mieszkanie i przyczyną późniejszych kłopotów. Bo kiedy nastały rządy komunistów został oskarżony o koneksje z agentami chińskimi i spędził pięć lat w więzieniu. A kelner Anton okazał się agentem.
Pominę opisane szczegóły państwa komunistycznego, budowy i rozbiórki kolosalnego pomnika Stalina, zapędzania inteligencji do niebezpiecznych prac fizycznych.
W oczach bohatera powieści nie rządy CK Austrii, nie wojny, ale rządy komunistów były najgorszym okresem w historii Czech i ich mieszkańców
Nie dziw więc, że autor nie miał szans na publikację swej powieści i w ogóle uprawiania  twórczości literackiej w ojczyźnie

 

 ***

Druga książka z ostatniego czasu to biografia wielkiego polskiego, choć urodzonego jako Austriaka, naukowca Rudolfa Weigla, który w dość specyficznych sposób uratował tysiące Polaków zamieszkujących Lwów przed śmiercią bądź wywózką na roboty w Niemczech.
Dla niego też, podobnie jak dla Hirszfelda I wojna światowa stała się polem doświadczalnym do badań. Przejęła go częsta w okopach, w brudach i wyczerpaniu zachorowalność na tyfus, który dziesiątkował żołnierzy. Po zakończeniu wojny, gdy Polska odzyskała państwowość Weigl przyjął polskie obywatelstwo i zatrudnił się na wydziale biologii (bo był mikrobiologiem) Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie w rezultacie badań odkrył etologię choroby i udało mu się uzyskać szczepionkę, która pochodziła z odpowiednio  zarażonych wszy, które w większej liczbie piły ludzką krew. Jej produkcja na szerszą skalę wymagała jednak zorganizowanej na szeroką skalę akcji karmienia tych wszy.
W tym celu trzeba było stworzyć instytut, który oprócz badaczy zatrudniałby ludzi, gotowych do karmienia wszy, po uprzednim ich zarażeniu, a następnie wypreparowaniu z nich jelit  wypełnionych ludzką krwią.
Skonstruował więc drewniane pudełeczka z jednej strony z zamocowanych tkaniną, w których mieściło się do 500 wszy (które osiągały do pół centymetra!), które przez tę tkaninę przez pół godziny do 45 minut karmiły się krwią z ludzkich ud łydek lub przedramion, do których były przymocowywane w liczbie od jednego do kilku takich pudełek.  Wszy zaś były hodowane na miejscu i skupowane.
Do produkcji szczepionki zatrudniano trzy grupy pracowników: karmicieli (którzy co kilka dni przychodzili i siedzieli z tymi zainstalowanymi na kończynach pudełkami), strzykaczy, którzy zarażali każdą z wszy i preparatorów, którzy z nakarmionych wszy wyjmowali jelita i po odwirowaniu krwi napełniali nimi ampułki ze szczepionką. Bywało nierzadko, że ci pracownicy sami zarażali się tyfusem i musieli to odchorować. W warunkach pokojowych szczepionka była potrzebna zwłaszcza w środowiskach wiejskich, ale też i była eksportowana.
Druga wojna oznaczała najpierw zajęcie Lwowa, a więc i uniwersytetu przez Sowietów, a potem na kilka lat przez Niemców. Produkcja szczepionki była potrzebna i jednym i drugim, ale także ludności polskiej. Niemcy zaproponowali Weiglowi przyjęcie obywatelstwa Niemiec, do czego zachęcali go obietnicą stworzenia dobrze wyposażonego zakładu w Berlinie i wsparcie starań o uzyskanie nagrody Nobla, do której wcześniej był kilka krotnie zgłaszany., Jednak odmówił. Pozwolono mu jednak nadal produkować szczepionkę, a zatrudnieni przy niej ludzie zyskali swego rodzaju immunitet chroniący przed łapankami i wywózką do Niemiec. Weigl przyjął wtedy misję ratowania polskiej inteligencji. Zatrudniał przede wszystkim naukowców, artystów i specjalistów z różnych dziedzin.  Karmicielami byli m.in. Andrzej Szczepkowski, pisarz Mirosław Żuławski (na podstawie jego wspomnień, syn Andrzej Żuławski nakręcił film "Trzecia część nocy"), matematycy Bronisław Knaster i Stanisław Orlicz czy rektor UJK Stanisław Kulczyński (póżniejszy rektor Uniwersytetu Wrocławskiego) oraz wielu młodszych naukowców, którzy po wojnie stali się profesorami uczelni w PRL. W sumie ocalił tym sposobem kilka tysięcy Polaków, także pochodzenia żydowskiego.
Po wojnie uczony trafił na Uniwersytet Jagielloński, ale stworzono mu taką atmosferę (m.in. oskarżono o sprzyjanie Niemcom), że nie odczuwał już tej radości tworzenia i wagi tego, co zdziałał i co nadal, ale na mniejszą skalę, robił. Zmarł w 1957 r., kiedy chyba rok wcześniej opracowano już syntetyczną szczepionkę na tyfus, dzięki czemu choroba została definitywnie pokonana.
Autor książki zwraca uwagę, że w Polsce powojennej nie został należycie uznany. Nie ma u nas pomnika, a jedynie tablicę pamiątkową, którą dziś przechodząc obok Instytutu Immunologii i Badań Doświadczalnych przy ul. Rudolfa Weigła, naprzeciw Kliniki Wojskowej jego imienia, sfotografowałem

Café Slavia - książka  Profesor Weigl i karmiciele wszy - Mariusz Urbanek












poniedziałek, 13 stycznia 2025

Moje lektury 2024 roku

Nie było mnie tu pół roku. Wakacje nie mają dla mnie znaczenia, gdyż od kilku lat mam je nieustannie.
Na początku lipca dość szybko przeczytałem powieść M.S. Margot (tak się podpisuje belgijska pisarka Margot Vanderstraeten Mazel tow, wydawaną w 2018 e. przez Wydawnictwo Czarne. Mazel tow znaczy po prostu dobre życzenie, jak np. na szczęście, często używane jako toast,  tak jak u nas Na zdrowie!
Nie wiedziałem bowiem, jak się zabrać do napisania wrażeń z lektury. A to sympatyczna historia studentki, która zgodziła się być kimś w rodzaju pomocy do wychowania dzieci w rodzinie ortodoksyjnych antwerpskich Żydów. Nie guwernantki, gdyż dzieci w różnym wieku - od uczennicy starszej klasy podstawówki po studenta. Powoli okazuje się, że dzięki odpowiedniemu podejściu, cierpliwości poznaje podopiecznych niejednokrotnie lepiej, niż wynikałoby to z opisu rodziców na rozmowach wstępnych.
Ale ta powieść, sprawiająca wrażenie, że oparta w jakimś stopniu na osobistych doświadczeniach autorki, to historia wzajemnego przenikania się kultur. Narratorka już dzięki wspólnemu zamieszkaniu z irańskim studentem stała się otwarta na inne kultury, krok po kroku wnika w codzienność (i święta) Żydów i jednocześnie wzbudza rosnące do niej zaufanie i nawet z latami powoduje, najpierw wśród młodych, a potem i dorosłych rezygnację z żelaznych zdawałoby się zasad. Tym bardziej, że młodzi jedno po drugim opuszczają Antwerpię i w ogóle Europę, a rodzice ich odwiedzają.

A potem przeczytałem jeszcze:

Dwunaste nie myśl że... Filipa Springera
Dystopia Vincenta V. Severskiego
Nie Anioł Mieczysława Gorzki
Sedno sprawy Grahama Greene'a
Bila Voda
, cz. 1 Kateriny Tućkovej (druga część wyjdzie w marcu)
Boże Narodzenie w Pradze Jarosława Rudiśa
Kairos Macieja Siembiedy
Biała elegia Han Kang

A drugie tyle, albo jeszcze więcej... mam w czytaniu. I do jakiejś części nie wiem, kiedy wrócę. Tym bardziej, że pod choinką czekało na mnie pięć zapowiadających się intrygująco książek. Na pewno dokończę Nie mów żegnaj Han Kang. Już jestem dalej niż w połowie
Mazel tow





sobota, 6 lipca 2024

Wypędzenie po czesku

Im dalej od wojny tym lepiej znamy historię wysiedlenia lub przesiedlenia (jak mówi historiografia polska) lub  wypędzania (jak piszą Niemcy) Niemców z dzisiejszych naszych Ziem Zyskanych, jak pisze o nich Zbigniew Rokita.  Już nie tylko z rozpraw naukowych i dokumentów osobistych (dzienników, pamiętników, wspomnień), ale i osnutej na tym epizodzie historii beletrystyki.
Ale niewiele lub zgoła nic nam nie wiadomo, jak to wyglądało po wojnie w Czechosłowacji. Ogólnie wiadomo, że odniemczanie dawnego terenu zamieszkałego w większości przez Niemców przebiegło dość bezwzględnie i dokładnie.
Autorka, czeska pisarka Katerina Tućkova, bohaterką powieści uczyniła Gertę Schnirch, dziewczynę żyjącą w Brnie w rodzinie mieszanej, jakich zresztą w tym mieście było wiele. Matka była Czeszką i kultywowała czesko-morawską tradycję, zaś ojciec Niemcem, pod którego wpływem był jej brat. Różnica postaw uwyraźniła się w czasie wojny, podczas której matka Gerty zmarła, ojciec, którego dziewczyna wręcz nienawidziła, gdzieś w zawierusze wojennej przepadł, a brat poszedł na front.
A po upadku Niemiec zaczęło się wypędzanie Niemców. A właściwie Niemek, ich dzieci i starszyzny, bo mężczyźni w sile wieku albo zginęli, albo trafili do sowieckiej niewoli. W Brnie to wypędzenie przybrało postać podobną do opisywanych już wojennych marszów śmierci, jak w przypadku zmuszonych do opuszczenia Breslau jej mieszkańców, (też właściwie głównie mieszkanek z dziećmi). Spotkało to też Gertę, która pod koniec wojny została matką. Setki wypędzonych zmarło z braku sił, jedzenia i picia pędzona z użyciem broni przez milicję, która nie wahała się jej użyć, jak nie posługując się kolbę, to strzałami,  ale i cywilnych Czechów, uzbrojonych w kije i łopaty. Był wśród nich stróż z kamienicy, gdzie rodzina Schnirchów mieszkała, a Gerta bezskutecznie próbowała prosić, żeby zgłosił, że jest córką Niemca i Czeszki.
Większość wypędzonych trafiła do nieodległego od Brna obozu koncentracyjnego, gdzie też szalała śmierć.
Gertę wraz z kilko innymi młodymi Czeszkami uratowały ich maleństwa. Trafiły do bogatego gospodarza, gdzie od świtu do nocy pracowały w polu za samą tylko strawę, a dziećmi zajęła się matka gospodarza. We trzy spały na jednej pryczy.
W końcu dzięki znajomego sprzed wojny młodego człowieka, który dostał się do władz Brna, wróciła z dzieckiem  do swego miasta. Dopóki miała - przez dwa lata - opiekę tego urzędnika odżywała, zwłaszcza, że była wraz córką zaopatrywana w żywność. A potem już żyła jako obywatelka drugiej kategorii. Jako Niemka  wykonywać mogła tylko pracę fizyczną i to za stawkę specjalnie określoną dla Niemców. I taką też dostała emeryturę.
Przy życiu trzymała ją tylko konieczność zapewnienia życia dziecku i przyjęła postawę, że na nic nie ma prawa liczyć.
Wszystko to rzucone na tło rządzonej przez komunistów Czechosłowacji, w której za każdy przejaw krytycyzmu wobec władz szło się do najniżej wynagradzanych i często uciążliwych prac. Spotkało to też jej chwilowego opiekuna, który uparł się, że napisze raport o marszu śmierci zgodnie z prawdą.
Trudno tu opowiedzieć całą historię, łącznie z ostatnimi dniami życia bohaterki.
To trzeba przeczytać
Okładka książki Wypędzenie Gerty Schnirch Kateřina Tučková

środa, 29 maja 2024

Darek

 Mieszkaliśmy z Darkiem w akademikach uniwersyteckich przez wszystkie lata studiów. Przyjechał do Wrocławia na studia z Łodzi, gdzie ukończył dwuletnie studium bibliotekarskie i był przewodnikiem miejskim. Przeżywał jeszcze traumę po śmierci młodszego brata, zamordowanego w Jarocinie, gdzie uczył się w  Technikum Leśnym. W miarę jak zaczął wracać do równowagi ujawniał się jego charakter, równego kolegi, skłonnego do żartów i robienia kolegom kawałów. Początkowo upatrzył sobie zwłaszcza mnie. I robił to dotąd, dokąd nie zareagowałem obojętnością. Wtedy powiedział, po co to. Mianowicie żebym nie traktował siebie nazbyt poważnie i wyzbył się kompleksu prowincjusza. Pomogło i jestem mu za to wdzięczny. W ogóle lista dowcipów robionych przez niego lub z jego poduszczenia jest długa. Może kiedyś o nich jeszcze opowiem, bo wiele było dość oryginalnych.
Od pierwszego dnia zachwycił się Wrocławiem. W czasie jakiejś rozmowy powiedział, że gdyby ziejącymi wtedy pustkami okolicami wzdłuż ul. Powstańców Śląskich zapełnić śródmieściem Krakowa okolonym Plantami, Wrocław byłby najpiękniejszym miastem w Europie. No cóż, nie jeździło się wtedy do Włoch czy Hiszpanii... Niemal z marszu zapisał się na kurs dla przewodników po Wrocławiu i chyba po roku zostały mu tylko zajęcia praktyczne, czyli oprowadzanie po mieście. My, koledzy z pokoju stanowiliśmy dlań grupę turystów. Co parę dni zabierał nas na wycieczkę. Oprowadzał ze znawstwem i dowcipem. Do dziś utrwaliły mi się zwłaszcza nazwy patronów kościołów i świątyń innych wyznań. Czym kilka lat później zaimponowałem mamie i treściowej.
Wrocławiem interesował się do końca życia. Zamieszczał artykuły i wzmianki w lokalnej prasie, polemizował z innymi autorami, a gdy pojawiły się media społecznościowe pisał o Wrocławiu na swoim profilu w Facebooku.
Studiowanie przychodziło mu z łatwością, dzięki czemu w porę zaliczał wszystkie przedmioty i zdawał egzaminy. Ale i tu ujawniała się jego zdolność do żartów. Przygotowywał szczegółowe pytania i odpowiedzi, którymi przerzucaliśmy na tzw. giełdzie, czyli pod drzwiami pokoju, w którym odbywały się egzaminy. Reakcją był ni to podziw, ni przestrach koleżanek wyrażający się okrzykami typu "Ale oni są obryci!". Ale wychodziliśmy z egzaminów z ocenami średnimi lub nieco więcej niż średnimi.
Po studiach zatrudnił się wraz z całą grupą koleżanek i jednego kolegi z roku w Bibliotece Politechniki Wrocławskiej, która chętnie zatrudniała absolwentów bibliotekoznawstwa. Ożenił się wtedy z naszą koleżanką z roku, ja zaś z koleżanką studiującą o rok niżej. Był świadkiem naszego kościelnego ślubu. Spotykaliśmy się wtedy dość regularnie. Ostatni raz w pełnym składzie spotkaliśmy się późnym latem 1974 r. Wspólnie oglądaliśmy pamiętny mecz Polski z Argentyną podczas Mundialu w Niemczech, zakończony dla Polski zdobyciem srebrnego medalu. Małżeństwo jednak nie przetrwało. Oboje zresztą niebawem wstąpiło w nowe związki. Drugie małżeństwo okazało się szczęśliwe i trwałe. Nie miałem okazji poznać drugiej żony Darka, ale mówił o tym swoim małżeństwie nie ukrywając satysfakcji. Sprawdziło się ono także w ostatnich latach, gdy Darka dotknęła, jak się okazało nieuleczalna choroba.
Kiedy przy jakiejś okazji spotkaliśmy się kilka lat później, Darek z entuzjazmem opowiadał o swojej nowej pracy w utworzonym  w 1974 r. przedsiębiorstwie POSTEOR, zajmującym się wdrażaniem postępu technicznego. Zajmował się tam informacją naukową i widać było, że to było coś dla niego, bo dawało mu poczucie pracy nad czymś nowatorskim. A gdy znów spotkaliśmy się po kilku latach, chyba podczas spotkania koleżeńskiego w ćwierćwiecze ukończenia studiów, Darek pracował w energetyce, co sprawiało dość wędrowny tryb życia. Chwalił się  swoim synem, że ukończył dobre liceum, potem, że studiuje, a potem, że ma ciekawą pracę z granicą i wiele podróżuje.
Spotykaliśmy się podczas kolejnych spotkań, a potem częściej gdyśmy obaj przeszli na emeryturę, choć obaj nie od razu całkiem. Darek  prowadził jeszcze firmę zajmującą się pośrednictwem pracy. Zdarzało się, że nasze rozmowy przerywały telefony - ktoś poszukiwał pracy, ktoś informował, że już ukończył kurs kwalifikacyjny, a ktoś inny dziękował za pomoc w znalezieniu pracy.
Wtedy poznałem trochę innego Darka: refleksyjnego, więcej słuchającego innych niż opowiadającego o sobie, zadającego dociekliwe pytania. Chyba podczas naszego ostatniego spotkania powiedziałem mu wprost, że jest mądrym człowiekiem, z którym rozmowa daje dużą satysfakcję.
Potem już tylko telefonicznie dzieliliśmy się uwagami o tym, co się wokół nas dzieje, wciąż bowiem interesowały go sprawy naszego miasta, co się dzieje w świecie. Mówił, że ma trudności z chodzeniem, więc już raczej trudno będzie się spotkać. Dwa lata temu opowiedział, że dopadł go rak podniebienia i przysłał zdjęcie Darka, jakiego nie znałem - szczupłego, starszego pana, siedzącego przy torcie urodzinowym. Stuknęło mu 75 lat.  Bo zawsze był dosyć okrągły. Raz opowiedział mi, że syn przez cały dzień obwoził go po miejscach, które darzył sentymentem. Obiecywał sobie, że latem następnego roku usiądziemy sobie w ogrodzie w jego posesji i długo porozmawiamy. Ale rak zaatakował tym razem gardło. Kiedy zadzwoniłem do niego jesieni zeszłego roku, już niewiele zrozumiałem z tego, co był w stanie wydobyć z siebie przez zaatakowaną krtań. Potem jeszcze kilka razy próbowałem się dodzwonić. Telefon był czynny, ale głuchy. To nie zwiastowało niczego dobrego.
I oto dziś dowiaduję się, że Darek Niszewski, mój bliski, a przez lata wręcz serdeczny kolega, zmarł przeżywszy 77 lat, właściwie niespełna 78.
We wtorek 4 czerwca o godzinie 13.00 na Cmentarzu Grabiszyńskim odprowadzimy Go w ostatnią drogę

Brak dostępnego opisu zdjęcia.



wtorek, 28 maja 2024

Pożegnanie z Breslau

Dwa lata temu miałem już do czynienia z powieścią w formie pamiętnika, gdym przeczytał i opisał tu swoje wrażenia z lektury powieści Dom sióstr Charlotte Link. I znów na taką trafiłem. Autorka powieści Niebieska walizka : pożegnanie z Breslau (wyd. 2, Silesia, 2024) Marianne Wheelaghan w prologu pisze, jak to przypadkiem w sypialni zmarłej w Szkocji matki niebieską walizkę z nalepkami różnych miejscowości, świadczącej o licznych podróżach właścicielki, a w niej listy, pocztówki, wycinki z gazet oraz notesiki z  zapiskami znajomym pismem matki.

Po wahaniach autorka zdecydowała się je uporządkować, złożyć w całość i zrobić użytek z części listów, przetłumaczyć na angielski i przy okazji "wygładzić" narrację, a listom z dzieciństwa matki nadać bardziej dojrzałą postać.
Przedmowy tłumacza powieści Marcina Melona i wrocławskiego literaturoznawcy Wojciecha Browarnego maja uwiarygodnić autentyczność odnalezionych dzienników i listów, choć wydawca zaznacza, że to jednak jest powieść.
Dziennik dwunastoletniej Toni Natchitzki, uczennicy szkoły katolickiej, zaczyna się w połowie 1932 roku. Dziewczynka zajęta jest swoimi sprawami, niezbyt lubianą szkołą, w której można oberwać od siostry Gertrudy trzcinką, relacjami rówieśniczymi i rodzinnymi. Wraz z rodzicami - ojcem urzędnikiem miejskim, matką lekarką, dwiema dorastającymi  siostrami i dwoma nieco starszymi braćmi zamieszkuje w eleganckiej kamienicy przy reprezentacyjnej wtedy Kaiser Wilhelm Strasse, a dziś ulicy Powstańców Śląskich. Z pamiętnika rysuje się obraz mieszczańskiej wielkomiejskiej rodziny, w której ojciec w sposób dość apodyktyczny decyduje o edukacji i przyszłości córek, mniej rygorystyczny jest wobec synów, matka zaś troszczy się o byt codzienny i nie potraf zdobyć się na okazanie dzieciom czułości. Z okazji urodzin czy świąt dzieci dostają prezenty, nawet zabierane są do wytwornych restauracji, ale nie mogą wychylić się poza uroczysty, sztywny rytuał. Pod rygorem kary.
 Ojciec decyduje, że najstarsza córka pójdzie do klasztoru (okoliczności sprawiają, że jednak wyjdzie za mąż, a stan zakonny pisany jest młodszej córce. Wojna i tak pokrzyżuje plany całej rodzinie.
Militaryzacja III Rzeszy sprawia, że rodzice Toni tracą pracę i w celu zarobkowania  osiedlają się dzisiejszym Wleniu, gdzie ojciec kupuje kawiarnię. Toni jednak tęskni za dużym miastem i  wraca do Breslau i zamieszkuje u starszej siostry Tam przeżywa czas wojny, zatrudnia się jako trawmwajarka, ale jak wzyscy mieszkańcy musi zadowalać się malejącycmi przydziałami żywności, a szczególnie chleba, a gdy Breslau staje się twierdzą zmuszona jest do udziału w wypędzeniu z miasta. Jednak wyczerpana ryzykując zabiciem wraca do miasta i tu  przeżywa jego zniszczenie, zmuszona do pracy przy odgruzowywania miejsca pod pas startowy dla samolotów złorzeczy dowództwu twierdzy. Jak inne Niemki boi się sołdatów sowieckich, owianych legendą okrutników, rabusiów i gwałcicieli. Podobne wieści dostaje w listach od siostry, która osiadła z mężem w Berlinie i też przeklina dowództwo armii i władz miasta. Szczęśliwie omija ją najgorsze. Po wojnie wraca do Wlenia, gdzie układają się jej nawet relacje z polskimi osiedleńcami. Jednak w październiku 1947 r. jest wyczytana do wysiedlenia.
Pamiętnik uzupełniają, i przydają mu autentyczności, listy i zdjęcia. Opowiedziałem jej treść pobieżnie, w nadziei, że zachęci innych do przeczytania całości.
Poruszająca lektura, pozwalająca spojrzeć na III Rzeszę i jej upadek oczami zwykłych Niemców, nie tylko dorosłych.
Książka została starannie wydana przez wydawnictwo Silesia Progress, a zasadniczy zrąb poprzedzony opowieścią tłumacza Marcina Melona o tym, jak trafił na tę powieść i zdecydował się  uprzystępnić ją polskim czytelnikom oraz słowem wstępnym wrocławskiego polonisty Wojciecha Browarnego.
Literatura piękna - Niebieska walizka. Pożegnanie z Breslau